Strona główna


Refleksje po Dniu Matki

Czcij Ojca twego i Matkę twoją...


Moja refleksja poświęcona jest przede wszystkim Matkom, jest hołdem dla Matki. Chcę by była też hołdem dla Rodziny, tym samym hołdem dla Ojców, Dziadków, wszystkich członków szeroko rozumianej Rodziny. Na pierwszym miejscu jednak stawiam Matkę. Matkę dzieci – rodzicielkę i Matkę rodziny – ostoję. Chcę stanąć w obronie Matki, Jej dobrego imienia, Jej wizerunku, tak bardzo wypaczonego w obecnych czasach.

Wydawałoby się, że nie ma słowa bardziej świętego od słowa „matka”. Wydawałoby się, że wszędzie i zawsze Matka była i będzie otaczana czcią i miłością. Okazuje się jednak, że tak nie jest. I z roku na rok, choć obchodzimy Dzień Matki, choć przynosimy kwiaty swoim matkom, coraz mniej mamy w sobie szacunku dla Matki, coraz mniej zdajemy sobie sprawę z Jej miejsca i roli nie tylko w naszym życiu, ale również i w życiu społeczeństwa i Narodu. Jest to zjawisko rozpowszechnione powszechne, dotyczy każda grupę społeczną i wkrada się głęboko w nasz sposób myślenia. Oczywiście nie dotyczy to koniecznie konkretnych osób – wielu bowiem spośród nas jeszcze żywy szlachetny szacunek dla swoich rodziców, a szczególnie dla Matki. Powszechność zjawiska polega na zmianie myślenia o rodzinie i rodzicach w ogólności

Nie potrzeba chyba powtarzać, że chrześcijański model rodziny, wielopokoleniowej, wielodzietnej, szeroko rozgałęzionej, scalonej swoistymi więzami jedności został skutecznie zastąpiony w naszych umysłach modelem okrojonym, sprowadzającym rodzinę do małżeństwa z dziećmi, utrzymującej mniej lub bardziej luźne kontakty z protoplastami. Oczywiście nie wzięło się to z nikąd. Jest to wynik wieloletniej pracy socjotechnicznej, dobrze planowanej i sprytnie przeprowadzanej. W ten sposób, model rodziny, pierwotnie lansowany tylko przez ideologie marksistowskie, a potem przez wszelkiej maści liberalizmy zadomowił się na dobre u nas i niepostrzeżenie zmienił naszą mentalność. W ten nieustannie trwający atak na Rodzinę w niezwykle subtelny sposób wpisuje się atak na Matkę. Chodzi o zmianę sposobu myślenia o Matce. Jeśli bowiem dotychczas o Matce mówiono jako o osobie oddanej dzieciom i rodzinie i wręcz nie było w powszechnej świadomości pejoratywnego wydźwięku samego słowa „matka”, teraz wkrada się nowe pojęcie – „toksyczna matka”!

Pojęcie „toksyczni rodzice”, odmieniane na różne sposoby, wprowadziła w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku Susan Forward, amerykańska psychoterapeutka. Napisała ona kilka książek, które szybko stały się bestsellerami. Wszystkie traktują o „toksyczności” rodziców, matek, ojców, teściów. Zasadniczo podważają one w całości roli matki, ojca, teścia czy teściowej. Podważają wszystkie znane nam wartości wychowawcze, chrześcijańskie, wreszcie ogólnoludzkie. Są wykazem „grzechów” rodziców, uciskających na różne sposoby swoje dzieci – zakazując im oglądania telewizji czy nakazując odrobienia lekcji, dając im klapsa czy nakazując założyć ciepłe ubranie. Oczywiście S. Forward i inni psychoterapeuci jak Craig Buck (współautor Susan Forward), Letty Pogrebin (słynna feministka) czy Diane Ehrensaft pisząc kolejne poradniki „rodzinne” podtrzymują ideę toksyczności rodziców. Zwróćmy uwagę na mniej znaną u nas Diane Ehrensaft. Pracuje ona jako psycholog w Oakland i jest zwolenniczką „wolności płci”. Wprowadziła ona termin płeć kulturowa. Twierdzi ona, że nasza kultura wymusza na dzieciach rodzaj płci, nie zostawiając im prawa wyboru! Oto co ona mówi: Wiele młodych osób mówi, że nie akceptuje ograniczeń w ubiorze dla chłopców czy dziewcząt. Dla nich płeć to obszar kreatywnego działania. – Dorośli – dodaje – wprowadzając regulamin co do stroju, stają się policją seksualną1. Jej „dzieło” Mommies, Daddies, Donors, Surrogates (tytuł można przetłumaczyć jako: Matki, ojcowie, donory (spermy), surogaty, to ostatnie można rozumieć również jako in vitro) cytowana jest jako wspaniale przydatna książka dla nietradycyjnych rodzin i wszystkich (nauczyciele, ministrowie, terapeuci), który pracują z nimi. I jeszcze jedna postać – Patricia Love, doktor psychologii pedagogicznej, autorka książki Syndrom emocjonalnego kazirodztwa, w ktorej analizuje model emocjonalnego uzależnienia wyrobiony w rodzinie, gdzie rodzice spędzają wiele czasu z dziećmi (sic!). Autorka z naciskiem przestrzega, aby poprzez nadmierne zaangażowanie nie stali się oni źródłem niepowetowanych wypaczeń emocjonalnych potomstwa2. Takich „autorytetów” w ostatnich latach się propaguje. Ksiązki Susan Forwards są polecane przez psychologów, na internetowych forach są chwaleni przez „pacjentów”. Skutki tego są opłakane, bo każdy, kto ma mniejsze lub większe problemy w życiu i na swoje nieszczęście pobiegnie do terapeuty, może się usprawiedliwiać ze wszystkiego, ponieważ miał toksycznych rodziców, toksyczne dzieciństwo, może ma toksycznych teściów lub toksyczne dzieci. Ostatecznie skazany jest na klęskę, bo prowadzony przez „życzliwych” lub po prostu błędnie wyuczonych psychologów i socjologów uspakaja się i znajduje usprawiedliwienie dla siebie w „toksyczności” innych.

Wspomnijmy jeszcze o tym, że na naszych uczelniach istotnym wykładem jest psychologia Junga i Freuda. I dotyczy to nie tylko uczelnie świeckie, a również i katolickie. Nic dziwnego więc, że spotykamy się w prasie katolickiej z określeniem „toksyczni rodzice”. Pojawia się ono również w coraz częściej w praktyce duszpasterskiej. I to nie jako terminologia, a jako już przyjęty fakt – fakt istnienia toksycznych rodziców! Wystarczy wystukać w Internecie hasło „toksyczni rodzice duszpasterstwo”, by się przekonać, że jest wiele, naprawdę wiele inicjatyw duszpasterskich zajmujących się „toksycznymi” rodzicami. Oczywiście są to inicjatywy skierowane głownie do młodzieży, co powinno bardzo nas niepokoić. Młodzież bowiem z racji wieku jest łatwowierna i egoistyczna, łatwo więc przyjmuje tezę o toksyczności swoich rodziców. Są też artykuły i wypowiedzi ludzi kościoła, skierowane wprost do samych rodziców. Ostrzega się młodych przed możliwością stania się „toksycznym”, nadopiekuńczym i opiekuńczym, wręcz namawia się ich do pozbawiania się swojej toksyczności za pomocą literatury, pomocy terapeutycznej lub nawet pogłębienia swojej więzi z Bogiem. Ta ostatnia porada ma nadać całemu bełkotowi o toksyczności brzmienie chrześcijańskie. W tym wszystkim zapomniano o kondycji człowieka, o skażeniu natury grzechem pierworodnym. Zapomniano o katolickiej nauce i zamiast zgłębiać chociaż by takie dzieła jak Katolicka Etyka Wychowawcza o. J. Woronieckiego OP czy encykliki papieskie, a szczególnie encyklikę Divini Illius Magistri (o chrześcijańskim wychowaniu) Piusa XI propaguje się dzieła wyżej wspomnianych i im podobnych autorów.

Wszystko to jest niezmierne szkodliwe i chyba nie trzeba dodawać – antyrodzinne i antykatolickie. Na skutki nie trzeba czekać. Są one widoczne gołym okiem. Z jednej strony obserwujemy wręcz paniczny strach wśród młodych ludzi przed założeniem rodziny, z drugiej – niedługo urzędy państwowe będą odbierać nam dzieci pod pretekstem uchronienia ich przed naszą „toksycznością”. Policja rodzinna już zaczyna działać. Socjotechnika skutecznie wprowadza zmiany w wizerunku Matki i utrwala je w myśleniu społecznym jako nieodzowny element nowej „kultury europejskiej”. Każda praca w tym kierunku jest propagowana i nagradzana. Na dowód tego przypomnijmy fakt, że w 2004 roku literacką nagrodę Nobla otrzymała Elfriede Jelinek za „demaskowanie absurdalności stereotypów społecznych”. Jej najbardziej znana opowieść „Pianistka” jest (jak sama pisarka zaznacza) opowieścią o toksycznej matce! W ten sposób jest wprowadzana idea zaprzeczenia wartości macierzyństwa. Szkoda tylko, że również środowiska katolickie ulegają presjom socjotechnicznych.

Chcę być dobrze zrozumianą. Nie przeczę, że zawsze byli „wyrodni rodzice”. Znane jest pojęcie „wyrodna matka”. Ale nigdy nie robiono z tego reguły. Nigdy nie uczono jak się obronić przed „wyrodna matką” lub jak nie być taką. Teraz cala plejada socjotechników pracuje nad tym, jak wmówić ludziom, że bez pomocy psychologów i innych terapeutów nie dadzą rady być rodzicami, że matki bez ich pomocy łatwo staną się „toksycznymi”. Wmawia się ludziom, że to nasza kultura, kultura, w której macierzyństwo było zawsze najbardziej cenione, prowadzi nas do łatwego stania się „toksycznym”. Rozumowanie idzie mniej więcej tak: kobiecie wmówiono, że jej rola jest być matką. W związku z tym ona nie rozumie, że oprócz tego jest jeszcze córką, żoną, pracownicą itd. No i skupia się tylko na roli matki i staje się toksyczną. A przecież kobieta ma się realizować jako kobieta, a zapominając o tym – staje się toksyczną matką.

Oczywiście trochę skracam tok rozumowania zwolenników „toksyczności”. Skracam, ale nie owijam w piękne słowa. Otóż takie rozumowanie jest zakłamane. Kobieta nie ma „się realizować”. Ma realizować (użyjmy to same słowo, choć nie jest ono w pełni uprawnione), ma więc realizować swoje powołanie bycia kobietą . A podstawą bycia kobieta jest macierzyństwo. Przygotowuje ją do tej „roli” sama stworzona przez Boga natura, przygotowuje ją jej specyficzny sposób myślenia i odbierania świata jeszcze od najmłodszych lat. Zabawa dziewczynki jest przygotowaniem do macierzyństwa i proszę zwrócić szczególną uwagę na próby przedefiniowania zabawy z lalkami przez zastępowanie zwykłej lalki słynną Barbie. To jeden z elementów tej ukrytej walki z macierzyństwem. Jednak natura jest silniejsza i małe dziewczynki potrafią nawet ze strojnisi Barbie zrobić normalną lalkę. Choć trzeba przyznać, że jeden z celów lansowania Barbie jest w pełni osiągnięty, mianowicie nauczono dorosłych ubierać małe dziewczynki prostacko i wyzywająco. Ale to tak – na marginesie. Ważniejsze jest to, że wmawia się kobietom, że nie po to się urodziły by być matkami – matkami dzieci, domu, rodziny, ale po to by „siebie realizować”. Plan Boży jest jednak inny. Nikt nie ma siebie realizować, każdy – w planie Bożym – ma realizować swoje powołanie. I powtórzmy – powołaniem kobiety jest być Matką, a mężczyzny – Ojcem.3

W naszych czasach matka bardzo często jest poza domem. Oczywiste jest, że ideałem jest matka przywrócona rodzinie i nie zmuszana do pracy z powodów ekonomicznych lub prestiżowych. Bowiem gdy sytuacja ekonomiczna rodziny jest stabilna wmawia się matce, ze ma się realizować jako kobieta. Wmawia się, że jeśli nie pracuje zawodowo nic w życiu nie osiąga. Zmusza się ją do wyjścia z domu i do zaniedbania rodziny. A gdy zaczyna się troszczyć o dzieci i o ich problemy (nie raz z wyrzutami sumienia, często zdając sobie sprawę, że zaniedbuje z powodu pracy zawodowej ich wychowanie), to mówi się jej, że jest „toksyczna”. I tak mamy kolejne etapy w niszczeniu rodziny.

Matka – to słowo wyraża wszystko. Matka nie tylko rodzi dzieci i nie tylko się nimi opiekuje, matka tworzy atmosferę domu, nadaje mu ducha, organizuje życie domu, jest jego ostoją. Od niej zależy czy mąż będzie ojcem czy nie zostanie niedorosłym kochankiem swojej żony. Gdy staje się babcią nie przestaje być matką, gdy idzie do pracy, nie przestaje być matką. Nie ma innej roli dla kobiety, a przekonać się możemy o tym, gdy przyjrzymy się tym kobietom, które dla miłości do Chrystusa zrezygnowały z rodzicielstwa, siostrom zakonnym. One są właśnie dowodem na wielkie powołanie kobiety do macierzyństwa, realizując je często duchowo lub fizycznie opiekując się powierzonym sobie dzieciom, dorosłym, starcom, niepełnosprawnym itd. Opiekując się fizycznie i duchowo. Nawet czasami nie znając osobiście tych, którymi się opiekują, ale za to jakże skutecznie wspomagają ich modlitwą. Przypomnijmy, że kiedyś na podkreślenie tej właśnie roli kobiety, siostrom zakonnym przysługiwał tytuł „matka”, obecnie zachowany tylko dla przełożonych.

Na koniec przytoczmy rozważania księdza biskupa Henryka Muszyńskiego, wybitnego znawcy Biblii. Dotyczą one czwartego przykazania, konkretnie wersetów Wj 12, 20 i Pwt 5, 16.
Oto odnośnie wersety w przekładzie Biblii Tysiąclecia:
Czcij ojca twego i matkę twoją, abyś długo żył na ziemi, którą Pan, Bóg twój, da tobie. (Wj 12,20)
Czcij swego ojca i swoją matkę, jak ci nakazał Pan, Bóg twój, abyś długo żył i aby ci się dobrze powodziło na ziemi, którą ci daje Pan, Bóg twój. (Pwt 5,16)

Ksiądz biskup zwraca uwagę na to, że zwykliśmy nakaz ten odnosić przede wszystkim do dzieci, gdy tymczasem jego adresatem jest człowiek dorosły, zwłaszcza ojciec rodziny, który przejął władzę w rodzinie. Cześć - kabed, podobnie jak kabod (chwała) może być okazywana jedynie Bogu, osobom konsekrowanym Bogu i rzeczom sakralnym. Nakaz ten więc oznacza daleko większe wymagania co do szacunku okazywanego rodzicom. Nie chodzi tu tylko o szacunek oparty na autorytecie. Chodzi o cześć religijną, przykazanie to obowiązuje nie tylko moralnie czy etycznie, ale wręcz ma wymiar religijny. Dla wszystkich religii świata - stwierdza ksiądz biskup Muszyński - także dla Izraela, życie było sprawą świętą, było jakby dotknięciem Boga, który jest jedynym jego Dawcą i Panem. Wszystko, co się wiązało z tą przedziwną mocą, miało charakter święty i było otaczane czcią religijną. Rodziców, jak Boga, trzeba miłować całym sercem.

Zakończmy na tym nasze rozważania. Zwolennikom toksyczności rodziców przypomnimy na końcu jeszcze jeden werset w Pisma Świętego:
Bóg przecież powiedział: Czcij ojca i matkę oraz: Kto złorzeczy ojcu lub matce, niech śmierć poniesie (Mt 15,4)

Maria Kominek OPs
11.06.2010


1http://portalwiedzy.onet.pl/4870,11123,1586647,1,czasopisma.html (dostępne 21 maja 2010).
2Joanna Petry Mroczkowska, Rodzicom trzeba pomóc, W Drodze, 9 (1998).
3Osobnym zagadnieniem jest kryzys ojcostwa, którego jesteśmy świadkami.