MODLITWA JUBILEUSZOWA
na 800-lecie Zakonu


Boże, Ojcze miłosierdzia,
który powołałeś św. Dominika
na pełnego wiary
wędrownego kaznodzieję
i głosiciela łaski;
wylej na nas
Ducha Chrystusa Zmartwychwstałego,
abyśmy przygotowując się
do Jubileuszu Zakonu,
wiernie i z radością głosili
Ewangelię pokoju.

Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.
Święty patriarcha Dominik Guzman, założyciel naszego Zakonu († 1221)

Dominik urodził się w 1170 r. w Hiszpanii w mieście Caleruega. Był synem Feliksa Guzmana i bł. Joanny z Aza. Dali mu oni bardzo staranne wychowanie. Pod troskliwą opieką pobożnej matki i jej brata kapłana, Dominik był wychowywany w duchu katolickim. W 14. roku życia został wysłany do Palencji, gdzie oprócz znajomości nauki wymowy, filozofii i teologii nabył gruntownej wiedzy na temat Pisma Świętego i dzieł ojców Kościoła. W 25. roku życia poczuł powołanie kapłańskie i został kanonikiem regularnym w Osmie. Biskup Osmy, Diego d'Azevedo, wziął go ze sobą za towarzysza podróży do Danii. W drodze wiodącej przez Francję Dominik widział smutny stan tego kraju, szarpanego i niszczonego przez albigensów. Poczuł, że Bóg wzywa Go do pracy apostolskiej. Zaczął wtedy głosić kazania i żyć w umartwieniu, głęboko przejęty miłosierdziem dla dusz ludzkich. Pierwszy dom założył w Prouille - jest to pierwszy klasztor mniszek dominikańskich. Znalazły się tam ubogie córki szlacheckie i kobiety nawrócone z herezji albigensów. W ten sposób powstała żeńska gałąź Zakonu, zwana obecnie II Zakonem. Dominik wiedział, że nic nie jest bardziej potrzebne niż modlitwa, zapewnił więc sobie i swoim braciom "osłonę modlitewną". W roku 1215 tylko sześciu braci zechciało iść z nim i głosić Ewangelię w pełnym ubóstwie i o chlebie żebraczym. Niezrażony jednak małą ilością braci, Dominik udał się do Rzymu do papieża Innocentego III, by prosić o potwierdzenie Reguły nowego Zakonu. Potwierdzenie otrzymał dopiero od papieża Honoriusza III w roku 1216. Spełniając swój zamiar, rozesłał swych braci po dwóch do różnych krajów, by tam zakładać Zakon i rozszerzać go wszędzie. Jedna z tych par to pierwsi polscy dominikanie: św. Jacek i bł. Czesław. Zakon w bardzo krótkim czasie rozszerzył się, a sam Dominik zasłynął jako człowiek prawdy, gorliwy kaznodzieja i cudotwórca. Najsławniejszym z dokonanych przez niego cudów jest wskrzeszenie synowca kardynała Stefana w Rzymie. Wycieńczony pracą, Dominik zmarł w 1221 roku w Bolonii.

"W Nim spotkałem człowieka, który w całej pełni realizował zasady życia Apostołów. Nie wątpię, że przyłączył się do ich chwały w niebie" - to słowa papieża Grzegorza IX, który blisko znał św. Dominika i osobiście chciał przewodniczyć uroczystościom pogrzebowym, będąc jeszcze kardynałem i biskupem Ostii. Określają one dobrze świętość i charakter założyciela Zakonu Kaznodziejskiego. Z jego osobistego doświadczenia z pierwszych dziesiątków lat apostolstwa wśród albigensów celem stłumienia herezji oraz z doświadczeń jego pierwszych braci zrodził się konwent w Tuluzie, prototyp wszystkich innych. Dzięki łasce Pana dawny kanonik regularny z Osmy przekształcił się w wielkiego apostoła Słowa Bożego, spełnionego w Ewangelii. Jego dies natalis obchodzono 6 sierpnia w Bolonii, gdzie jego szczątki są przedmiotem wiekiej czci. Ponieważ jednak 6 sierpnia jest świętem św. Sykstusa, papieża i męczennika, ustalono 5 sierpnia jako dzień św. Dominika w czasie kanonizacji dokonanej przez Grzegorza IX. W tym samym dniu jednak w Rzymie przypada uroczystość Santa Maria Maggiore, wobec czego przy reformie liturgicznej św. Piusa V przeniesiono uroczystość św. Dominika na dzień 4 sierpnia. Ponieważ jest to dies natalis św. Jana Marii Vianney, proboszcza z Ars, przy reformie liturgicznej papieża Pawła VI przeniesiono uroczystość św. Dominika na dzień 8 sierpnia.

Zajrzyj także tutaj.


Z Libellus de principiis Ordinis Prædicatorum bł. Jordana z Saksonii, prezbitera

Jeszcze za swego życia błogosławiony Dominik jaśniał mocą nadprzyrodzoną i wsławił się licznymi cudami. Doniesiono nam o wielkiej ich liczbie, nie spisywano tego jednak z tej racji, że opowiadały o nich rozmaite osoby, a stąd relacja z tych faktów byłaby niejednoznaczna i wprawiłaby w niepewność tych, którzy zechcą ją czytać. Było zresztą coś wspanialszego i piękniejszego od cudów, a mianowicie jego doskonałość moralna oraz unoszące go porywy nadprzyrodzonego zapału. Była w nim zawsze stała równość usposobienia, chyba że jakaś ludzka niedola wzruszyła go, pobudzając do współczucia i miłości. A ponieważ radość serca radosnym czyni także oblicze, pogodna równowaga jego wnętrza wyrażała się na zewnątrz przez objawy dobroci i wesołość twarzy. Zachowywał tak wielką stanowczość w sprawach, których wykonanie osądził wobec Boga za słuszne, że nigdy - lub prawie nigdy - nie zgadzał się na zmianę decyzji podjętej po dojrzałym namyśle. Świadectwo czystego sumienia stale rozjaśniało wielką radością jego oblicze i "nie dawało zniknąć pogodzie jego twarzy".
Właśnie ze względu na tę radość bardzo łatwo zdobywał miłość ludzką i bez trudności od pierwszego wejrzenia wkradał się do wszystkich serc. Gdziekolwiek się obracał: w drodze ze swymi towarzyszami, na postoju z gospodarzem i resztą domowników, pośród możnych książąt i dostojników Kościoła, zawsze umiał znaleźć słowa budujące i opowiedzieć przykłady zdolne podnieść dusze słuchaczy do miłości Chrystusa i pogardy tego świata. Zawsze w słowach i czynach okazywał się człowiekiem Ewangelii.
W ciągu dnia nikt bardziej od niego nie włączał się w towarzystwo braci czy innych towarzyszy podróży, nikt nie był od niego weselszy. Ale w godzinach nocy nie było odeń gorliwszego w czuwaniu, modlitwie i błaganiu Boga na wszelkie sposoby. Płacz nadchodził dla niego z wieczora, a rankiem wesele. Dzień oddawał bliźniemu, noc Bogu. Powiedziano bowiem: "Pan udzieli mi swej łaski we dnie, a w nocy będę Mu śpiewał, będę sławił Boga mego życia". Płakał bardzo często i obficie, "łzy były mu chlebem we dnie i w nocy". W dzień - głównie wtedy, gdy odprawiał Mszę Świętą, co czynił bardzo często, a nawet codziennie, w nocy zaś - podczas swoich niestrudzonych czuwań.
Miał zwyczaj bardzo często spędzać noc w kościele tak, że mało kiedy wyznaczano mu jakieś łóżko do spania. Modlił się więc w nocy przez cały czas, jaki tylko mógł wyrwać słabości swego ciała. Gdy opanowywało go zmęczenie i myśl się mroczyła, zwyciężony koniecznością snu, opierał głowę na stopniu ołtarza czy gdzie indziej, lecz zawsze tak jak patriarcha Jakub na kamieniu, i przez chwilę spoczywał. Ale wnet znowu się budził, odzyskując ochoczość ducha i żarliwość modlitwy.
Wszystkich ludzi ogarniał ramionami swej miłości, a ponieważ kochał wszystkich, dlatego też i sam był przez wszystkich kochany. Wziął sobie za osobistą zasadę, by weselić się z ludźmi wesołymi, a płakać z tymi, którzy płaczą; promieniując serdecznością, zajmując się bliźnim z oddaniem bez reszty i współczując tym, którzy doznają jakiejś niedoli. Inna jeszcze cecha czyniła go drogim dla wszystkich: wielka prostota postępowania. Nigdy nie dało się zauważyć w jego słowach i czynach najmniejszego nawet śladu udawania czy nieszczerości.
Był prawdziwym miłośnikiem ubóstwa. Chodził w lichym odzieniu, w pokarmach i napoju okazywał skrajną wstrzemięźliwość. Unikał wszystkiego, co mogłoby choć trochę dogadzać smakowi, i zadowalał się najchętniej jedną skromną potrawą. Całkowicie panował nad swoim ciałem. Wina używał, rozcieńczając je wodą tak, aby i ciału dać to, czego potrzebuje, i nie narażać na zmącenie jasności umysłu.
[Któż byłby w stanie naśladować cnotę tego człowieka? Możemy go jednak podziwiać i jego przykładem mierzyć małoduszność naszych czasów. Czynić to, co on czynił, przekracza siły czysto ludzkie, jest dziełem jedynej w swoim rodzaju łaski: chyba że dobroć Boża w swym miłosierdziu raczy i dzisiaj komuś udzielić podobnych szczytów cnoty. Ale czy jesteśmy do tego przygotowani? Idźmy, bracia moi, stosownie do naszych możliwości śladami naszego Ojca, a jednocześnie składajmy dzięki Odkupicielowi, że dał swoim sługom na drodze, po której idą, tak wielkiego przewodnika, rodząc nas przez niego na nowo w świetle jego świętego życia.
Módlmy się do Ojca Miłosierdzia, byśmy za przewodem Jego Ducha, który "prowadzi synów Bożych", też mogli dojść do celu, jaki Ojciec nasz nam wyznaczył, do tego kresu niekończącego się szczęścia i szczęśliwości wiecznej, dokąd on sam wszedł szczęśliwie i na wieki. Amen.]