MODLITWA JUBILEUSZOWA
na 800-lecie Zakonu


Boże, Ojcze miłosierdzia,
który powołałeś św. Dominika
na pełnego wiary
wędrownego kaznodzieję
i głosiciela łaski;
wylej na nas
Ducha Chrystusa Zmartwychwstałego,
abyśmy przygotowując się
do Jubileuszu Zakonu,
wiernie i z radością głosili
Ewangelię pokoju.

Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.
Błogosławiony Michał Czartoryski, prezbiter i męczennik († 1944)

Jan Franciszek Czartoryski urodził się 19 lutego 1897 roku w Pełkiniach koło Jarosławia. Był szóstym z jedenaściorga dzieci Witolda i Jadwigi z domu Dzieduszyckiej.
Atmosfera domu była przesiąknięta głęboką wiarą: zarówno matka, jak i ojciec należeli do Sodalicji Mariańskiej. Rodzice świadomie starali się wychowywać w wierze swe dzieci, co zaowocował w przyszłości m.in. tym, że dwaj bracia Jana zostali księżmi diecezjalnymi, a siostra wizytką.
W wieku trzech lat Jan przeszedł ciężką szkarlatynę, po której częściowo stracił słuch. Po otrzymaniu starannego wychowania w domu, uczył się w prywatnej szkole "Ognisko" prowadzonej przez ks. Jana Gralewskiego w Starej Wsi pod Warszawą. Po maturze zdanej w Krakowie rozpoczął studia techniczne we Lwowie i ukończył je jako inżynier architekt. W międzyczasie brał udział w obronie Lwowa w roku 1920 i otrzymał za męstwo okazane w na polu bitwy Krzyż Walecznych.

Gdy w 1921 roku zaczęto we Lwowie organizować katolickie stowarzyszenie młodzieży "Odrodzenie", Jan Czartoryski był jednym z jego założycieli. Od 1923 roku był współorganizatorem wakacyjnych kursów "Odrodzenia". Od tego czasu był również regularnym uczestnikiem rekolekcji zamkniętych organizowanych przez związek. W 1924 roku odbył własne rekolekcje w klasztorze redemptorystów w Krakowie pod kierunkiem o. Bernarda Łubieńskiego.

W 1926 roku, po długich wakacjach spędzonych w podróży po Francji i Belgii, Jan wstąpił do seminarium duchownego obrządku łacińskiego we Lwowie. Po krótkim pobycie w seminarium opuścił je, a w rok później, 18 września 1927 roku, przyjął w Krakowie w kaplicy św. Jacka habit dominikański i rozpoczął nowicjat. W Zakonie otrzymał imię Michał. Po roku, 25 września 1928 r. złożył śluby zakonne. Już w trzy lata później, w 1931 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Po ukończeniu studiów teologicznych w 1932 roku, został wychowawcą najpierw braci nowicjuszy, a potem studentów. To trudne i odpowiedzialne zadanie wypełniło większość jego życia zakonnego. Oprócz tego przez jakiś czas był odpowiedzialny za budowę nowego klasztoru na Służewie. Gromadził wokół siebie środowiska inteligencji, zajmował się III Zakonem św. Dominika, głosił rekolekcje. Wiosną 1944 roku został skierowany do klasztoru na Służewie w Warszawie.

Wybuch Powstania Warszawskiego zaskoczył o. Michała na Powiślu. Ponieważ w wyniku walk została odcięta możliwość powrotu do klasztoru, zgłosił się on do dowództwa walczącego na Powiślu III Zgrupowania AK "Konrad" i został kapelanem powstańców. Większość czasu spędzał w szpitalu zorganizowanym w piwnicach firmy "Alfa-Laval" u zbiegu ulic Tamki i Smulikowskiego, opiekując się rannymi, niosąc otuchę i posługę duszpasterską. W zorganizowanej przez siebie kaplicy odprawiał msze. W nocy z 5 na 6 września odziały III Zgrupowania AK "Konrad" wycofały się z Powiśla do Śródmieścia. W szpitalu pozostali ciężko ranni żołnierze, kilka osób z personelu medycznego, cywile - i o. Michał.

Po wkroczeniu oddziałów niemieckich cywile oraz sanitariuszki zostali wyprowadzeni z piwnic i mogli opuścić miasto. Ojciec Michał był gorąco zachęcany przez przyjaciół, aby zdjął habit i w cywilnym ubraniu wyszedł ze szpitala. Nie przyjął tych propozycji; jedynie, jak przekazał jeden ze świadków, "łagodnie uśmiechnął się i powiedział, że szkaplerza nie zdejmie i rannych, którzy są zupełnie bezradni i unieruchomieni w łóżkach, nie opuści". Niemcy zatrzymali go w szpitalu. Około godziny 14.00 dnia 6 września w szpitalnym pomieszczeniu został rozstrzelany wraz z ciężko rannymi powstańcami, z którymi pragnął pozostać. Później ciała zabitych wywleczono na barykadę, oblano benzyną i podpalono. Ocalałe resztki pochowano tymczasowo na podwórzu pobliskiego domu. Kiedy w rok później przeprowadzono ekshumację zwłok w celu przeniesienia ich do wspólnego grobu powstańców na Woli, ciała o. Michała już nie rozpoznano.


Z pism bł. Michała Czartoryskiego, prezbitera i męczennika

Cel naszego życia to osiągać i osiągnąć zjednoczenie z Panem - mamy je osiągać na sposób ludzki, ale nie tylko ludzki, bo i Boży: przez łaskę, cnoty wlane, dary Ducha Świętego, przez życie nadprzyrodzone, które ożywia "coś", przedstawia "coś", nigdy nie jest "w powietrzu", ale w podmiocie naszego społeczeństwa: z duszą i ciałem. I dlatego potrzeba tylko cierpliwości względem siebie samego, względem swej duszy i ciała, skoro gdy nie możemy tak postępować, tak się oderwać od wszystkiego, tak się poddać niepodzielnie Panu jak czyste duchy, jak aniołowie. Pan Bóg chce nas mieć do czasu w ciele, ze zmysłami wewnętrznymi i zewnętrznymi; to On nam daje ten ciężar i trud, aby przez nie zasługiwać na nagrodę tak wielką, tak niepojętą. Nie ma nagrody bez zasługi - może być dar, ale nie nagroda. O tej cierpliwości tak głęboko i mądrze pisze św. Katarzyna Sieneńska. Ta konieczna cierpliwość wobec siebie to nie tylko łagodność i wyrozumiałość czy poddanie się z rezygnacją - ona jest nawet częścią cnoty męstwa (nie odwagi - to jednostronny jej objaw), trwania mimo wszystko przy Bogu. Jej najbardziej charakterystycznym objawem jest wytrwałość i to nie raz, kiedyś, choćby dla oddania życia za wiarę (to najszczytniejszy akt męstwa - męczeństwo), ale wytrwać przez moc łaski Bożej, wytrwać dla spełnienia woli Bożej, wytrwać dla miłości Bożej. Nie w ogóle w zasadach, w szczegółach, przeciwnościach, ale wytrwać na każde "teraz". W każdej chwili wytrwać przy zamiarze i pobudce Bożej, ciągle być przy intencji miłości Bożej, ciągle trwać w duchu ofiary dla Pana Boga: czy to będą rzeczy duże czy małe, ciężkie czy lekkie, miłe czy niemiłe.
Muszę przejąć się życiem zakonnym jako ofiarą dla Boga. Nie mam żyć sobie ani dla siebie, ale dla Boga, dla Jego spraw, dla dusz, które mają żyć Jego życiem. Do niektórych czynności i spraw zakonnego życia już się przyzwyczaiłem i wdrożyłem, ale to jeszcze mało, trzeba to rozszerzyć do wszystkiego. Muszę lepiej przemyśleć, przetrawić i zastosować w mym codziennym życiu tę prawdę, że w Ofierze świętej składam Bogu samego Chrystusa Pana, a raczej On sam się ofiaruje, oddaje za nas Bogu - a my mamy nie tylko łączyć się z tą Jego ofiarą przez dołączenie naszej intencji, przez współdziałanie i jak najbardziej świadome uczestniczenie i sprawowanie Jej, ale również dołączać i oddawać się Panu Bogu, i składać Mu nas samych wraz z naszymi codziennymi wysiłkami, pracami, trudami, modlitwami i ofiarami, które dla Boga czynimy. Wtedy nasze życie codzienne, zakonne, ofiarowane i oddane Bogu przez śluby i przez codzienną intencję - przez dołączenie do Ofiary najświętszej, najdoskonalszej i nieskończonej wartości - otrzyma najpełniejszy swój sens, będzie ściślej włączone do dzieła odkupienia, otrzyma zdrowsze, pełniejsze i żywsze życie nadprzyrodzone łaski. Tak urzeczywistni się w pełni hasło: "My przez Chrystusa do Boga".
Panie Jezu! Chcę zachować wszystkie przykazania Twoje i wszystko, cokolwiek nam mówiłeś - aby mieć miłość Twoją. I proszę, błagam (jak przykazałeś) w Imię Twoje: o miłość Twoją i łaskę, i życie nadprzyrodzone. Panie, nie ufam sobie, nic sam nie mogę prócz grzechu i zła - choć przyjdą bóle i trwogi, ufam, boś zwyciężył świat. Mogę ufać, bo Ty za nas Siebie ofiarujesz, abyśmy byli uświęceni w prawdzie!