MODLITWA JUBILEUSZOWA
na 800-lecie Zakonu


Boże, Ojcze miłosierdzia,
który powołałeś św. Dominika
na pełnego wiary
wędrownego kaznodzieję
i głosiciela łaski;
wylej na nas
Ducha Chrystusa Zmartwychwstałego,
abyśmy przygotowując się
do Jubileuszu Zakonu,
wiernie i z radością głosili
Ewangelię pokoju.

Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.
Błogosławiony Piotr Jerzy Frassati, tercjarz († 1925)

Pier Giorgio Frassati urodził się w 1901 roku w Turynie w rodzinie Alfredo Frassati'ego, wydawcy i właściciela dziennika "La Stampa" - jednego z najpoczytniejszych pism włoskich. Jeszcze jako dziecko Pier Giorgio odznaczał się wielką wrażliwością na cierpienia i biedę oraz wielką pobożnością. Jego rodzice byli bardzo niezadowoleni z zapatrywań Pier Giorgia. Nie spełniał on ich oczekiwań. Zamiast przygotowywać się do pięknej kariery, wolał nawiedzać chorych, pomagać biednym i przebywać na modlitwie.
28 maja 1922 roku Pier Giorgio wstąpił do III Zakonu Dominikańskiego w Turynie i przyjął imię zakonne Girolamo (Hieronim) na cześć Savonaroli, którego darzył wielkim szacunkiem i do którego się modlił. Miał wielkie nabożeństwo do Matki Bożej i św. Katarzyny Sieneńskiej. Codziennie odmawiał różaniec i nigdy nie zaniedbywał odmówienia Małego Oficjum do NMP. Gdy ktoś zapytał jego matkę, czy nie uważa, że Pier Giorgio powinien zostać księdzem, ona odpowiedziała: "Prędzej wołałabym go widzieć w trumnie!" Nie wiedziała zapewne, jak prorocze wypowiedziała słowa.
Pier Giorgio zmarł 4 lipca Roku Świętego 1925 po sześciu dniach ciężkiej choroby. Zaraził się chorobą Heinego-Medina od któregoś ze swoich podopiecznych. Umierał sam, jego rodzina dopiero na dzień przed śmiercią uświadomiła sobie, jaki jest jego stan. W dzień pogrzebu jego rodzice nagle zrozumieli, kim był ich syn - niezliczone tłumy przybywały na jego pogrzeb, żegnano go z płaczem i nieustanną modlitwą.

Pochowano go w grobie rodzinnym w Pollone, niedaleko Turynu. W 1981 roku, w związku z procesem beatyfikacyjnym, przeprowadzono ekshumację jego zwłok. Ciało jego znaleziono nietknięte, "twarz tryskająca młodością i pięknością". Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym 20 maja 1990 roku. Jest patronem młodzieży. Jego obrazy są malowane na podstawie zdjęć - najbardziej znany to obraz beatyfikacyjny, na którym jest na wycieczce górskiej, oparty na ciupadze, z fajką w ustach.


Ze świadectwa brata Marcina Stanisława Gilleta, biskupa i generała Zakonu

Kiedy w 1922 roku przebywałem w Turynie z okazji obchodów 700. rocznicy śmierci św. Dominika, podczas uroczystych liturgii, które się tam odbywały, miałem okazję poznać niektórych studentów z Trzeciego Zakonu Dominikańskiego. Wszyscy sympatyczni, lecz jeden zrobił na mnie szczególne wrażenie. Z jego osoby emanowała jakaś przyciągająca, pełna łagodności siła. Nazywał się Piotr Jerzy Frassati.
Był on członkiem tej wybranej grupy młodzieży, którą można dziś spotkać we wszystkich bodajże centrach uniwersyteckich. Mam na myśli młodych, którzy tęskniąc za tym, co nadprzyrodzone, posiadają prawdziwy zapał apostolski. Piotr Jerzy był dopiero studentem, lecz już wtedy widać w nim było człowieka, którym stałby się pewnego dnia: nie tyle intelektualista, to znaczy człowiek skłonny do tego, by całe swoje życie poświęcić na służbę swojej myśli, lecz raczej człowiek czynu, skłonny poświęcić całą swoją myśl na służbę życiu.
W rozumieniu tego młodzieńca czyn równał się postępowaniu według zasad chrześcijańskich. W jego zakres wchodziło zarówno życie wewnętrzne, jak i działalność zewnętrzna, życie osobiste, jak też rodzinne i społeczne. Działać znaczyło dla niego przede wszystkim żyć; a więc myśleć, czuć, kochać, angażować się ze wszystkimi zasobami i całą mocą natury i łaski.
Ośrodek działania był w nim, w głębi jego duszy, w byciu sercem przy sercu z Bogiem miłości, którego obecność go przepełniała. Tam znajdował on radość do życia i w wieku dwudziestu czterech lat znalazł moc do tego, by umrzeć. Przez całe studenckie życie był młodzieńcem pobożnym; jednakże pobożność nie zgasiła w nim nigdy bystrości spojrzenia, nie zaciemniła czoła, nie zniosła uśmiechu z jego oblicza. Przeciwnie, wszystko promieniało w nim radością, ponieważ pozwalał, aby jego piękna natura rozkwitała w Bożym słońcu. Wszystkie uczucia, które poruszają serce w duchu chrześcijańskim, znajdowały gościnę również i w jego sercu, w spontaniczności i niezrównanej ofiarności.
Kochał przede wszystkim swoją rodzinę, cierpiał, gdy ją zostawiał, i radował się z powrotu. Z tym samym zapałem kochał ojczyznę, którą pojmował jako przedłużenie rodziny, i Kościół jako poszerzenie ojczyzny w świecie duchowym. Te uczucia nie przeciwstawiały się w jego sercu, lecz harmonijnie współistniały i wzmacniały się nawzajem. Kochał Kościół - Matkę wszystkich ludzi. W swej szlachetności oddałby za niego życie z ochotą. A w Kościele pociągały go dusze przede wszystkim ludzi ubogich. Dzielił się z ubogimi tym, co posiadał. Tym, którym brakowało uczucia, dawał serce. Nieszczęśnikom, którzy nic o Bogu nie wiedzą i żyją w duchowym osamotnieniu, dawał przykład sprawiedliwego, który z wiary swojej żyje, i przyciągał ich do Boga, aby byli nasyceni.
W wieku, w którym sercami młodych targają namiętności i zagrażają zerwaniu wszelkich ograniczeń, Piotr Jerzy w swoim sercu gromadził wszystkie życiowe siły i je równoważył. Dzień po dniu, przed Bogiem i przed ludźmi uczył się przezwyciężać siebie samego i panować nad sobą. Można by powiedzieć, że przygotowywał się do misji przywódcy, jeśli prawdą jest to, że aby dobrze przewodzić innym, należy przede wszystkim posiąść umiejętność prowadzenia siebie samego.
Zamysły Boga są niepojęte, ponieważ widzi On rzeczy o wiele wyraźniej niż my i w szerszej perspektywie, wszystkie w całości i każdą w szczególe. Wolno nam jednak mniemać, że wzywając do siebie Piotra Jerzego w momencie, kiedy znający go pokładali w nim tyle nadziei, Bóg zechciał, aby jego nagła i niespodziewana śmierć jeszcze bardziej uwydatniła piękno jego życia i zwróciła na nie uwagę młodych, zdolnych czerpać z niego inspirację.