MODLITWA JUBILEUSZOWA
na 800-lecie Zakonu


Boże, Ojcze miłosierdzia,
który powołałeś św. Dominika
na pełnego wiary
wędrownego kaznodzieję
i głosiciela łaski;
wylej na nas
Ducha Chrystusa Zmartwychwstałego,
abyśmy przygotowując się
do Jubileuszu Zakonu,
wiernie i z radością głosili
Ewangelię pokoju.

Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.
Spojrzenie na dominikańskie wędrowanie
"Idźmy z radością i myślmy o naszym Zbawicielu"
Spojrzenie na dominikańskie wędrowanie


List generała Zakonu z 2003 r.


Drodzy Bracia i Siostry w świętym Dominiku!

Piszę do Was z pewnym drżeniem. Dla dodania sobie otuchy, zacznę od zwierzenia. Ostatnio przeczytałem na nowo i rozważałem przesłania, jakie kierowali do Zakonu ostatni czterej generałowie. Czterej, aby poprzestać tylko na tych, których Opatrzność oddała służbie Rodzinie Dominikańskiej od czasów Soboru Watykańskiego II do roku 2001. Mogę tylko zakrzyknąć: jakie bogactwo! Jaka głębia słowa tych, którzy głosili nam Słowo tak wielkodusznie i z takim oddaniem!1 Znając takie listy - to takie braterskie zwierzenie - jakże trudno jest pisać do Zakonu! Wydaje się, że wszystko już zostało powiedziane! Cóż owego mógłbym powiedzieć moim Braciom i Siostrom w św. Dominiku? Jednocześnie ze smutkiem stwierdzam, że w wielu wspólnotach - mam na myśli zwłaszcza braci - bardzo słaba jest znajomość Akt ostatnich kapituł generalnych, a przecież teksty te są prawdziwymi programami życia dominikańskiego na nasze czasy! I wreszcie, co zdarza się wielu ludziom, i to nie tylko w Zakonie, mam poczucie, że stoję wobec istnej "inflacji" dokumentów, tekstów, orędzi, listów na przeróżne tematy (ale nigdy nie ma czasu na to, by zdążyć przeczytać je z pożytkiem przed nadejściem kolejnego listu).


RÓŻNORODNE DOŚWIADCZENIA OSTATNICH SZEŚCIU LAT

1. Jakiś czas temu pewien brat prowincjał rozmawiał ze mną nieformalnie o sytuacji w swojej prowincji. Głośno myśląc, skarżył się z wyraźną nutą zniechęcenia: "w mojej prowincji nie mogę podjąć decyzji o żadnej asygnacie". Te słowa zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Wciąż myślę o nich i o tym, co oznaczają.

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że w ostatnich latach przeżyłem dwa zupełnie odmienne doświadczenia. Obowiązki prokuratora generalnego, stanowisko "osiadłe" jak mało które, pozwoliło mi jednak zetknąć się z wieloma sytuacjami delikatnymi dla życia dominikańskiego i zakonnego wielu braci i sióstr. Obecnie, sprawując posługę znacznie bardziej "koczowniczą", odwiedzając wspólnoty w różnych krajach, z zupełnie innego punktu widzenia odkrywam "symfonię polichromatyczną" Zakonu w Kościele i w świecie. Te dwie perspektywy doprowadziły mnie jednak do jednej intuicji. Pozwoliły mi odkryć coś, co naprawdę "blokuje", zagrażając korzeniom naszego powołania i posłannictwa w Kościele i w świecie: jest to pewnego rodzaju stagnacja. Inercja pociąga za sobą swoisty paraliż ("urządzamy się"), który w końcu zadaje śmiertelną ranę najbardziej wielkodusznym energiom naszego istnienia i naszego życia synów i córek św. Dominika.

2. Jedną z cech charakterystycznych, które Dominik z Caleruega ucieleśniał na wzór apostołów i które odziedziczyliśmy jako jego synowie, jest ewangeliczne wędrowanie. Mówiąc obrazowo, dzięki Bożej łasce rozsadził on granice pewnego "geograficznego" schematu, który zasadniczo opierał funkcjonowanie i życie Kościoła z jednej strony na strukturze diecezji, z drugiej zaś - co dotyczy życia zakonnego - na strukturze życia monastycznego i kanoników regularnych. Historia Kościoła misyjnego nie zaczyna się bynajmniej wraz z Zakonem Kaznodziejów: na przykład, iluż mnichów misjonarzy ewangelizowało wiele różnych regionów Europy! Dominik chciał jednak założyć in medio Ecclesiae taki Zakon, który składałby się z kaznodziejów i powoływałby kaznodziejów.


"W OWYM CZASIE..."
WYRUSZENIE W DROGĘ ZMIENIA ŻYCIE!


3. W dzieciństwie delektowaliśmy się słuchaniem i czytaniem prawdziwych lub fikcyjnych historii. Wiele z nich zaczynało się tradycyjnie: "Pewnego razu..." Zachowując właściwe proporcje, kiedy głosimy Ewangelię idąc za Jezusem Jego drogą, na ogół zaczynamy lekturę od słów "W owym czasie..."

Brat Jordan w swym Libellusie pisze ze świeżością ucznia, jakby chcąc w nas na nowo rozbudzić miłość do początków:

"Zdarzyło się więc podówczas, iż król Alfons Kastylijski powziął zamiar ożenienia swego syna Ferdynanda ze szlachetnie urodzoną panną z Marche. Udał się do biskupa Osmy i poprosił go, by był on jego rzecznikiem w tej sprawie. Biskup przystał na prośby króla. I wkrótce, (...) zabierając ze sobą męża Bożego, Dominika, subprzeora kapituły swego kościoła, ruszył w drogę i dotarł do Tuluzy"2.

4. W swej Historii św. Dominika, w której przecinają się różne wątki historyczne, Marie-Humbert Vicaire zaznacza, że Alfons VIII skierował to zaproszenie do biskupa Osmy w połowie maja 1203 roku. Słynny francuski biograf konkluduje za Jordanem: "Biskup spiesznie udał się w drogę, zabierając ze sobą Dominika. Było to mniej więcej w połowie października 1203 roku"3. 800 lat temu!

Nie czas tutaj i nie miejsce na wdawanie się w szczegóły czy podejmowanie wyczerpujących analiz historycznych i chronologicznych. Z całą pewnością wiemy jednak, że podróż ta zmieniła na zawsze życie obu przyjaciół. Zaraz po przejściu przez Pireneje ci dwaj mężowie Boży na własne oczy ujrzeli zjawisko, które znali dotąd jedynie z pogłosek: wyzwanie, jakie stanowił dualizm pochodzenia manichejskiego, głęboko zakorzeniony w tym regionie wśród rozmaitych grup i sekt. Wymownym przykładem tego, jakie wrażenie wywarła ta nowa rzeczywistość na dwóch wędrowcach, jest słynny epizod z oberżystą, opowiedziany przez Jordana:

"Tejże nocy, którą spędzali w mieście, subprzeor mocno i żarliwie zaatakował oberżystę zajazdu, heretyka, mnożąc dyskusje i argumenty mające go przekonać. Heretyk nie zdołał się oprzeć mądrości i duchowi, które były tak bardzo widoczne: dzięki interwencji Ducha Bożego, Dominik przywiódł go do wiary"4.

Jak wiadomo, "misja matrymonialna" wymusiła inną podróż, potem zaś zakończyła się bardzo smętnie. Klęska? Ale pełna nowego życia! Oto jak opowiada o tym Jordan z Saksonii:

"Bóg tak układał przyczyny podróży, mając na względzie własne, zbawcze cele, zwiastując przy okazji tej wyprawy inne, w inny sposób cenne zaślubiny między Bogiem i duszami, które chciał sprowadzić z całego Kościoła, z wielu błędów i grzechów, zaślubiny z wiekuistym zbawieniem. Potwierdziły to późniejsze wydarzenia"5.

5. Misja dyplomatyczna w imieniu króla - nieprzewidziana zmiana programu w życiu Diega i Dominika - to sposobność, która koniec końców nadaje inne zabarwienie ich historii, rozświetlonej odnowicielskim światłem łaski. Biskup i subprzeor kapituły katedralnej zostali powołani do wzrastania i do przynoszenia owoców w murach ogródka w Osmie, oto zaś roztoczył się przed nimi zupełnie inny horyzont Kościoła i historii. Niewątpliwie znali skutki herezji panoszących się po drugiej stronie Pirenejów, ale tylko ze słyszenia. Analogiczną sytuację przeżył Hiob sprawiedliwy, który dochodząc do kresu ciężkiego doświadczenia życiowego zawołał podczas otwartej rozmowy z Bogiem: "Dotąd Cię znałem ze słyszenia, teraz ujrzało Cię moje oko"6.

Bóg rzeczywiście powoływał Diega i Dominika do rozpoczęcia nowej ewangelizacji na obcej ziemi; z czasem miała ona rozciągnąć się na cały świat. Wędrowanie z dala od znanych punktów odniesienia otworzyło im oczy duszy. Nigdy później już nie byli tacy sami. Dwie podróże dyplomatyczne (1203 i 1205) dla obydwu miały skutki "powołaniowe" - ale odkryli bynajmniej nie powołanie do dyplomacji!

Diego z Osmy zwrócił się (w 1206 roku?) do papieża Innocentego III z prośbą o łaskę przyjęcia jego zrzeczenia się godności biskupiej: pragnął poświęcić wszystkie siły nawracaniu Kumanów, pogańskiego ludu zamieszkującego wschodnie Węgry. Jak wiadomo, papież nie wyraził zgody na złożenie przezeń urzędu. Później biskup przywdział habit cystersów; był doradcą papieskich legatów w kwestii głoszenia wiary albigensom; przez dwa lata był mocno zaangażowany w tę wędrowną misję; potem postanowił powrócić na stolicę biskupią w Osmie; kilka dni później zachorował i pod koniec roku 1207 zmarł.

Dokładniej znamy życie Dominika. Od czasu podróż do Marche aż do śmierci wiódł żywot wędrownego apostoła. Poczynając od osiemsetnej rocznicy pierwszej podróży misyjnej Dominika, czemuż by nie zacząć uroczystych obchodów innych "osiemsetleci", niezwykle pięknych i ważnych dla całej Rodziny Dominikańskiej: zaliczamy do nich fundację żeńskiego klasztoru w Prouille, wciąż uznawaną za pierwszą wspólnotę Zakonu!


WĘDROWANIE WSZYSTKICH DOMINIKANÓW W SERCU I W DUCHU

6. Brat Paweł z Wenecji, jeden ze świadków na procesie kanonizacyjnym św. Dominika, opowiada, że "Mistrz Dominik" mówił mu i innym, podążającym za nim: "Chodźcie, myślmy o naszym Zbawicielu". Pozostawił też następujące świadectwo: "Gdziekolwiek się znalazł, Dominik zawsze rozmawiał o Bogu lub z Bogiem"; "Nigdy nie widziałem, aby był zdenerwowany, niespokojny czy wystraszony, ani trudami podróży, ani z żadnej innej przyczyny. Wręcz przeciwnie, zawsze był radosny w trudach i cierpliwy wprzeciwnościach"7.

7. Skąd zatem list o wędrowaniu? Tekst, który trzymacie w ręku, który przeczytacie i - mam nadzieję - będziecie rozważać w swoich sercach, indywidualnie i we wspólnocie, jest owocem refleksji prowadzonej w gronie Rady Generalnej. Kiedy zacząłem myśleć o motywie wędrowania w życiu dominikańskim, przygotowaliśmy zebranie Rady Generalnej w pełnym składzie. Zaprosiłem tam też br. Manuela Mertena, promotora generalnego do spraw mniszek. Każdy z braci przygotował krótkie wystąpienie na temat różnych aspektów wędrowania w naszej sequela Dominici: wędrowanie a życie duchowe; wędrowanie, droga intelektualna i formacja; wędrowanie a każdy ze ślubów zakonnych; wędrowanie a życie wspólne; wędrowanie a życie kontemplacyjne; wędrowanie a sprawowanie rządów po dominikańsku; wędrowanie a inkulturacja; wędrowanie a zjawisko ludzkich migracji; wędrowanie a misja itd. Podczas trzydniowego spotkania pod Rzymem każdy przedstawił swój temat i wszyscy razem dyskutowaliśmy o tych i innych aspektach naszego dominikańskiego wędrowania.

Muszę przyznać, że wysoka jakość refleksji sprawiła, że pod koniec poczułem się niezdolny napisać poświęcony temu zagadnieniu list, który zawarłby w sobie to całe bogactwo: tak szeroki był zakres zagadnień! Z drugiej jednak strony niemożliwe było opublikowanie w całości 15 przygotowanych tekstów - nie zamierzaliśmy bynajmniej wydawać encyklopedii ani słownika na ten temat!

W drugim etapie staraliśmy się rozważać kilka zasadniczych tematów, z którymi łączą się inne, także analizowane jako całość. W tym celu poprosiłem czterech braci o przedstawienie syntezy opracowanej na podstawie naszej dyskusji we wspólnocie. Dzisiaj przedstawiam Wam wynik naszej pracy. Br. Roger Houngbedji (Wikariat Afryki Zachodniej, Prowincja Francuska, asystent do spraw Afryki) pisze o wędrowaniu w Biblii. Br. Manuel Merten (Prowincja Teutońska, promotor generalny do spraw mniszek) przedstawia nam refleksję na temat wędrowania i życia kontemplacyjnego. Br. Wojciech Giertych (Prowincja Polska, asystent do spraw życia intelektualnego) omawia wędrowanie na drodze intelektualnej i w dziedzinie formacji, a br. Chrys McVey (Wiceprowincja Pakistanu, asystent do spraw życia apostolskiego i promotor generalny Rodziny Dominikańskiej) głosi nam słowo o wędrowaniu i misji.

Słowo iter – itineris (z greckiego hodos) to "droga, podróż, wędrówka, trasa": ruszajmy w drogę i przejdźmy razem ten wewnętrzny krajobraz dominikański!


I. WĘDROWANIE W BIBLII

8. Wędrowanie okazuje się jednym z dominujących motywów Biblii. Lud Biblii określa się w swej istocie jako lud wędrowny. Słowo "Hebrajczyk", określające ten lud, pochodzi od iwri (od ewer, co znaczy "drugi brzeg", granica) i wiąże się z pojęciem emigracji. Lud hebrajski jest zatem ludem dogłębnie migracyjnym, ludem koczowniczym. W tej perspektywie starotestamentalni ludzie wielkiej wiary (zwłaszcza patriarchowie) będą się uważać za "obcych" (xenoi), gdyż nie uzyskali (a tylko ujrzeli z daleka) przedmiot obietnic złożonych im przez Jahwe (por. Rdz 23, 4; Wj 2, 22; 1 Krl 29, 15; Ps 39, 13; Kpł 25, 23). Cała historia ludu Izraela będzie więc rozumiana jako długotrwała wędrówka do spełnienia obietnic Boga w Jego Synu, Jezusie.

Wspólnota chrześcijańska (nowy Lud Boży) także zostanie nazwana "Drogą" (por. Dz 9, 2; 18, 25; 19, 23, 22, 4; 24, 14. 22), co wyraźnie podkreśla ideę podróżowania czy wędrówki. W tej perspektywie autor Listu do Hebrajczyków ukazuje wspólnotę chrześcijańską jako wspólnotę "gości na tej ziemi" (Hbr 11, 13), zmierzających do przyszłego, solidnie zbudowanego miasta (Hbr 13, 14). Chrześcijanie żyją więc na ziemi jako ludzie "wykorzenieni", lecz "zakorzenieni" tam, w niebiańskim mieście - celu ostatecznym ich drogi. Św. Piotr w swoim Liście (1 P 1, 17) pokazuje, że kiedy chrześcijanie należą już tylko do Boga, to powinni uważać czas życia na ziemi za przejściowy pobyt i nie mieć żadnych więzów z "obczyzną". Na określenie przejściowej sytuacji chrześcijanina na tym świecie Nowy Testament używa technicznego terminu parepidemos, oznaczającego cudzoziemca przejezdnego, obcego, w przeciwieństwie do cudzoziemca osiadłego na stałe.

Widać więc, że w biblijnym sposobie myślenia całe życie wierzącego, jego odniesienie do Boga jest spolaryzowane przez ideę chodzenia, drogi, wędrowania. Rzecz w tym, na czym polega to wędrowanie, jakie są jego cechy? Całościowe spojrzenie pozwala wyodrębnić trzy zasadnicze cechy biblijnego wędrowania.


WĘDROWANIE JAKO WYJŚCIE

Pokonywanie przestrzeni

9. Boża droga (hodos) jest tu określona jako wyruszenie w drogę, wyjście, exodus. Człowiek wierzący zostaje wezwany do tego, by wyrwać się z określonego miejsca, zerwać swoje przywiązanie do świata fizycznego czy geograficznego, by ruszyć w drogę i udać się gdzieś indziej. Wędrowanie jest tu rozumiane w ujęciu geograficznym, fizycznym. W tym znaczeniu należy rozumieć wędrówkę Abrahama, który musi wyjść ze swojej ziemi i zapuścić się w obcą krainę (Rdz 12, 1-9). Skierowane do niego Słowo Boże sprawia, że patriarcha całkowicie zrywa ze swoją ojczyzną, przecina wszystkie ludzkie więzy, by ruszyć w drogę, w której jedynym elementem determinującym jest wiara. Wiara patriarchy polega właśnie na tej bezwarunkowej odpowiedzi, prowadzącej go na drogę, której kres zna tylko Bóg. Tak samo dzieje się z prorokiem Eliaszem, który ruszył w drogę aż na górę Horeb, gdzie Bóg mu się objawił w szmerze łagodnego powiewu (1 Krl 19, 4-8). Wędrowanie wymaga więc tutaj skoku w nieznane, będące miejscem wiary.

Cały lud wybrany jest zresztą naznaczony doświadczeniem Wyjścia z Egiptu, doświadczeniem, które określa całe jego życie. Prowadzony przez Boga i przez Mojżesza lud zostaje wezwany do wejścia na długą i trudną drogę, na której po przebyciu wielu ciężkich prób dostąpi poznania swojego Boga i wejdzie do ziemi obiecanej. Z powodu swoich licznych grzechów lud zostanie ponownie wygnany do Babilonu, gdzie przeżyje bolesne doświadczenie swej kondycji "pielgrzyma", uznając się za garstkę uchodźców czy wygnańców na obcej ziemi (por. Ps 137). Po wyzwoleniu znowu zostanie wezwany do nowego wyjścia - jest to znak wyzwolenia dokonanego przez "Sługę Jahwe", którego misja polega na wyprowadzeniu z głębszej niewoli, jaką stanowi grzech (Iz 42, 1-9; 53, 5-12).

Nowy Testament przedstawia Jezusa również jako wielkiego wędrowca. Faktycznie, w Ewangeliach jawi się On jako podróżujący, stale w drodze (por. Łk 9, 57; 13, 33; Mk 6, 6), idący z Samarii do Galilei lub zdążający do Jerozolimy (Łk 9, 51). Sam się przedstawia jako Syn Człowieczy, nie mający "miejsca, gdzie by głowę mógł położyć" (Łk 9, 58). Uczniów też wysłał na drogę (Łk 10, 1-9; Mt 10, 5-15); mianem ucznia określił tego, kto idzie za Nim (Łk 9, 59-62; Mk 2, 13-14; J 1, 43). Cała misja apostołów po śmierci Jezusa przebiega w perspektywie wielkiej wędrówki (por. Dz 16, 1-10; 2 Kor 11, 23-28).

Jak z tego wynika, wędrowanie w Biblii ma po pierwsze i przede wszystkim charakter geograficzny / przestrzenny, w znaczeniu przejścia z jednego miejsca do innego - słowo "przejście" oznacza także Paschę, Wyjście (Jezus obchodzi Święto Paschy przechodząc z tego świata do swego Ojca: J 13, 1). Warto zwrócić uwagę, że przebycie jakiejś przestrzeni zawsze dokonuje się w celu spełnienia jakiejś misji.

Podróż w przestrzeni dla spełnienia misji

10. W perspektywie biblijnej, podróże odbywane wskutek czyjegoś nakazu lub jako akt posłuszeństwa często mają na celu jakąś misję: przekazanie przesłania, dokonanie czegoś. Tak dzieje się np. z Mojżeszem, którego spotkanie z Jahwe (Wj 3, 1-6) staje się początkiem jego misji: wcześniej, ze strachu przed policją, Mojżesz zbiegł z Egiptu (Wj 2, 15), a na rozkaz Boga powraca tam, aby wyzwolić lud. Podczas tej misji często otrzymuje rozkazy od Jahwe, aby spotkać się z faraonem i wyprowadzić lud na pustynię, aby przyjąć Prawo i dać je ludowi. Cała Księga Wyjścia jawi się w istocie jako wędrowanie, przeżywane jako posłuszeństwo Bogu.

Tak samo jest w Księgach Prorockich. Prorok zostaje pochwycony przez Boga w sytuacji, w jakiej się znajduje, aby spełnić jakąś misję. Misja ta najczęściej doprowadza go do konfrontacji z królem lub z władzami religijnymi, do ryzykowania własnym życiem. A to oznacza, że wymagane posłuszeństwo zakłada nie tylko podróż, ale też podjęcie jakiegoś ryzyka. Misja nie jest wolna od niebezpieczeństw; doświadczył tego typ proroka - Eliasz. Musiał zbiec ze swego kraju, aby zapewnić powodzenie swojej misji w przyszłości (1 Krl 17, 3. 9), zmierzyć się z Achabem, aby przekazać mu przesłanie podyktowane przez Boga (1 Krl 18, 1; 21, 18-19) i opuścić miejsce spotkania z Bogiem, aby kontynuować misję (1 Krl 19, 15-16). Streszczeniem tego schematu jest sytuacja, w której prorok prosi zwykłego wierzącego o pośrednictwo: nakaz domaga się podróży w celu przekazania jakiegoś przesłania, istnieje jednak ryzyko, a więc powód do strachu (1 Krl 18, 7-16).

W Nowym Testamencie nakaz wymagający podróży zawsze wiąże się z głoszeniem Królestwa w czasach Jezusa (por. Łk 9, 2) lub z misją po Jego zmartwychwstaniu (Mt 28, 19-20). Warunki tej podróży zostają jasno określone: podróżować należy bez obciążania się bagażem i bez specjalnych środków. Zwróćmy uwagę, że zdarza się, iż powołanie zostaje zmarnowane, gdyż ktoś wzbrania się przed wyruszeniem w podróż (Mt 19, 16-22; Łk 18, 18-23; Mk 10, 17-22).


WĘDROWANIE JAKO NAWRÓCENIE

11. Z wędrowaniem geograficznym / przestrzennym wiąże się wędrówka duchowa, która jawi się jako miejsce nawrócenia w rozumieniu metanoia (radykalna przemiana umysłu, mentalności). Rzeczywiście, w Biblii wędrówce geograficznej zawsze towarzyszy wędrówka duchowa: oderwanie się od jakiegoś miejsca, by dojść do innego, ma na celu oderwanie się od własnego "ja", aby należeć tylko do Boga. Biblijnym pojęciem używanym dla podkreślenia związku między dwoma typami podróżowania jest derek (droga), pochodzące od darak (chodzić), co oznacza drogę duchową, jaką należy podjąć, aby odpowiedzieć na wolę i na plan Boga. Zgodnie z mentalnością Izraela, człowiek z racji swoich grzechów i odmowy realizowania Bożych zamysłów musi podporządkować woli Bożej swój sposób życia, czyny i działania (Mi 6, 8; Iz 30, 21; Oz 14, 10; Ps 119, 1). Jedynie pod tym warunkiem może dostąpić prawdziwego życia (Prz 2, 19; 5, 6; 6, 23; Pwt 30, 15; Jr 21, 8). Nawrócenie to cały proces duchowy (wędrówka duchowa), który trzeba podjąć, aby podporządkować się woli Bożej. W tej perspektywie można zrozumieć całą zmianę, jaka dokonuje się w życiu proroka, który otrzymuje szczególną misję od Boga. Wezwanie od Boga przenika go i dogłębnie przemienia jego status społeczny, sposób życia, a zarazem domaga się od niego wypełnienia misji, która pociąga za sobą podróż, wędrówkę (por. Oz 1, 2; Jon 1, 2; 3, 2). Podróż ma tutaj charakter nie tylko przestrzenny, ale także symboliczny, jako że dotyczy jednocześnie życia proroka i życia ludu, w jego odniesieniu do Prawa.

Tę samą ideę podejmuje Nowy Testament poprzez pojęcie hodos, oznaczające drogę (Dz 18, 26), którą uczniowie muszą podjąć, aby osiągnąć życie (Mt 7, 13-14). W tę perspektywę wpisują się warunki stawiane przez Jezusa tym, którzy chcą wejść do Królestwa (Mk 1, 15) i warunki wymagane od uczniów, którzy chcą pójść za Nim (Mk 8, 34-35). Tutaj podążanie za Chrystusem prowadzi ucznia do radykalnego wyrzeczenia się siebie i wszystkich swoich egoistycznych skłonności, tak aby jego życie zależało wyłącznie od Chrystusa. Podążanie w ślad za Chrystusem (wędrówka geograficzna) jest w ten sposób uwarunkowane radykalnym wyrzeczeniem, będącym miejscem nawrócenia (wędrówka duchowa). Wędrówka duchowa przedstawia się tutaj jako miejsce utożsamienia z Chrystusem.


WĘDROWANIE JAKO UTOŻSAMIENIE Z CHRYSTUSEM

Chrystus jako droga

12. Wielką nowością Nowego Testamentu jest utożsamienie drogi z Chrystusem: sam Chrystus przedstawia siebie jako żywą drogę, która prowadzi do nieba i daje przystęp do Ojca (J 14, 6). Utożsamienie Chrystusa z drogą pokazuje, że droga, jaką należy podjąć (niezależnie od tego, czy jest ona fizyczna, czy duchowa), to nie jakiś zbiór praw czy zachowań, ale Osoba Chrystusa, jedyna droga, z jaką może utożsamiać się uczeń, aby dojść do Boga Ojca. Wszystko, co powinien uczynić chrześcijanin (jego wędrowanie), polega więc na utożsamieniu się z Chrystusem przez życie wiarą. Wiara w Chrystusa polega więc na przyjściu do Niego i zjednoczeniu z Nim (na zaangażowaniu swojego życia względem Niego), tak aby posiąść Jego dary i bogactwa, co jest warunkiem, by dojść do Boga.

Utożsamienie z Chrystusem (droga prowadząca do Ojca) przedstawia się tutaj jako to, co daje chrześcijaninowi zwartość, stabilność, dzięki którym może iść do przodu pomimo stających na drodze trudności i ciężkich prób. Innymi słowy, to właśnie utożsamienie się z Chrystusem - miejsce życia wiarą i zakorzenienia się w Jego Osobie - daje uczniowi poryw do prawdziwego wędrowania. A zatem nie ma prawdziwego wędrowania bez poszukiwania pewnego zakotwiczenia, stabilności w Chrystusie.

Posłuszeństwo a wędrowanie w Zakonie

13. Utożsamienie z Chrystusem - będące miejscem poddania się Jego woli i posłuszeństwa - jest mocno związane z wędrowaniem w Zakonie. Istotnie, w tradycji dominikańskiej wędrowanie wynikające z posłuszeństwa jest samym źródłem Zakonu, czy raczej jego spektakularnego rozwoju poza regionem Tuluzy. Św. Dominik rozprasza braci po dwóch (Libellus 47), prawdopodobnie mając na myśli Jezusa, który postąpił tak samo, rozsyłając uczniów dwójkami. Jest to posłuszeństwo wykluczające dyskusję (por. świadectwo br. Jana z Hiszpanii, Świadectwo w Bolonii, 26), utrzymane pomimo sprzeciwu braci, władz cywilnych i zakonnic zaprzyjaźnionych ze św. Dominikiem. Jego owocem był wspaniały rozkwit Zakonu. Także i tutaj było to rozproszenie mające na celu misję - misję głoszenia i krzewienia życia apostolskiego, zgodnie ze wzorem, jaki wyobraził sobie i jakiego pragnął św. Dominik. Świadectwa złożone na procesie kanonizacyjnym Mistrza Dominika pokazują, że bracia wiele podróżowali z miejsca na miejsce, zależnie od potrzeb. Przykładem tej mobilności jest asygnata bł. Reginalda do Paryża, podczas gdy dokonywał on cudów w Bolonii (Libellus 61-62).

Posłuszeństwo zakonne nie jest celem samo w sobie. Jest służebne wobec misji Zakonu, określonej przez kapituły generalne i prowincjalne, i zapewnia Zakonowi wolność, niezbędną mu do działania (Bolonia 33). Jest sposobem służącym temu, aby bracia, tworzący jedno ciało, odpowiadali na wymagania dobra wspólnego, które należy osiągnąć wspólnie, skoro wspólnie zostało rozeznane. Posłuszeństwo nie jest więc wyrazem jakiegoś kaprysu przełożonego czy kapituły, ale uosobionym wyrazem wysiłku wymaganego od wszystkich w celu spełnienia misji lub osiągnięcia dobra Zakonu w określonych okolicznościach. A ponieważ okoliczności z natury są zmienne, należy, aby także i bracia godzili się na zmiany, aby jak najlepiej sprostać misji. Intelektualna, apostolska mobilność stanowisk, miejsc, jest zatem konsekwencją rozeznanej i wspólnie upragnionej misji. Zarówno bezruch, jak nadmierna mobilność są ucieczką od misji. Posłuszeństwo jest środkiem pozwalającym regulować mobilność dla misji, powodować wędrowanie, aby odpowiedzieć na konieczności narzucone okolicznościami lub chciane przez kapitułę. Oczywiście, aby osiągnąć to, czego uczy nas Biblia, wędrowanie chciane i akceptowane w imię zakonnego posłuszeństwa zakłada wiarę, z jednej strony w zdolność instytucji do rozeznania dobra wspólnego, a z drugiej strony w Boga, skoro to Jego Ewangelia jest u źródeł naszej obecności w Zakonie i misji powierzonej przez Kościół, któremu służymy najlepiej jak umiemy. W tym sensie posłuszeństwo zakonne i wędrowanie, które może z niego wynikać, łączą się dla nas ściśle z naszym życiem zakonnym, skoro jego celem jest głoszenie Ewangelii. Nie jest rzeczą przypadku, że jedynym ślubem wypowiadanym przez nas publicznie jest ślub posłuszeństwa.


II. WĘDROWANIE - ŻYCIE KONTEMPLACYJNE - DOJRZAŁOŚĆ

WĘDROWANIE CZY MIESZKANIE - CZY ISTNIEJE "LEPSZA CZĄSTKA"?

14. "W dalszej ich drodze zaszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go w swoim domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która usiadłszy u nóg Pana, słuchała Jego słowa. Marta zaś uwijała się około rozmaitych posług. A stanąwszy przy Nim, rzekła: «Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła». A Pan jej odpowiedział: «Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona»"8.

Prawdopodobnie właśnie ten fragment Ewangelii według św. Łukasza najbardziej się przyczynił i wciąż najbardziej się przyczynia do chrześcijańskiego rozumienia kontemplacji: kontemplacja stała się synonimem przeciwieństwa działania i czymś, co jest warte więcej od działania. Próżno by doszukiwać się w tym obrazie jakiegoś nawiązania do szczególnej wartości wędrówki dla prawdziwego ucznia Chrystusa, pomijając fakt, iż sam Pan i ludzie Mu towarzyszący "byli w drodze" zanim weszli do domu w Betanii.

Ale wskutek jakiegoś nieporozumienia niekiedy tekst ten bywa uporczywie interpretowany jako potępienie działania, stawianie wyżej "życia ukrytego i milczącego" czy też "ustronnego miejsca służącego do kontemplacji"9. I faktycznie, na pierwszy rzut oka "wędrowanie" wydaje się dokładnym przeciwieństwem postawy Marii w Ewangelii Łukaszowej: ona nawet nie drgnęła, żeby pomóc swojej siostrze!

Będąc dzieckiem, czułem się trochę nieswojo wobec reakcji naszego Pana na żądanie Marty. Jak naiwnie rozumowałem, z jednej strony Jezus korzysta z zapobiegliwości i z krzątaniny Marty, a jednocześnie z drugiej strony przebywa z Marią, która siedzi u Jego stóp i poprzestaje na słuchaniu Go. Prawdę mówiąc, było mi przykro z powodu Marty i miałem żal do Marii, którą uważałem za lenia, i wydawało mi się trochę niesprawiedliwe, że Jezus ją chwali. Wyobrażałem sobie, że muszę zmywać, kiedy moja siostra czyta Biblię - z całą pewnością uważałbym, że to ona obrała najlepszą cząstkę, ale nie że jeszcze do tego wszystkiego zasłużyła na gratulacje! Ale czy w ten sposób przeczymy Jezusowi? Miałbym jednak ochotę zadać Mu pytanie: ale przecież tej kobiecie, która zakrzyknęła z tłumu: "Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś", odparłeś: "Błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają słowa Bożego i go przestrzegają"!10

Chociaż moja niewinna, dziecięca myśl ma bardzo niewiele wspólnego z aktualną erudycją biblijną, nadal jestem przekonany, że miałem rację, kwestionując taką koncepcję "kontemplacji", która miałaby polegać tylko na "siedzeniu i słuchaniu". Jak uczy sam Pan, trzeba "słuchać słowa", "pełnić wolę Ojca"11.


WĘDROWANIE A KONTEMPLACJA: SZTUKA ROZPOZNAWANIA ZNAKÓW CZASU

15. Jasno widać, że pojęcie "kontemplacji" jest używane błędnie, jeśli je ograniczać do kontrastu z "działaniem"; to tak, jakby twierdzić, że lepiej jest bezczynnie pozostać w domu niż usiąść i słuchać. Nie bez powodu Konstytucje Mniszek naszego Zakonu wymieniają jednym tchem kontemplację i milczenie z gorliwą pracą, żarliwym zgłębianiem prawdy, wytrwałą modlitwą i zgodą braterską12.

A zatem - w każdym razie zgodnie z koncepcją dominikańską - "życie kontemplacyjne" to "kontemplacja" idąca w parze z "działaniem". "Kontemplacja" jest więc zupełnie czymś innym niż lenistwo. I nie oznacza bezruchu ani sztywności. Nawet klauzura naszych mniszek wiąże się z rozumieniem szerokości, wysokości i głębokości miłości Boga, który zesłał swojego Syna, aby cały świat został przez Niego zbawiony13.

"Pustka", jakże ważna dla wszelkiej "kontemplacji", nie jest próżniactwem. Ewangelia według św. Jana opowiada nam o innych odwiedzinach Jezusa w domu w Betanii, co pomaga nam pełniej zrozumieć wymiary "życia kontemplacyjnego".

"Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta usługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego, drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi stopy, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku"14.

Marta znowu usługuje Panu, Łazarz siedzi przy stole z Jezusem, ale Maria, która w Ewangelii Łukasza wybrała najlepszą cząstkę, tym razem nie siedzi u stóp Jezusa, lecz przeciwnie, robi coś bardzo konkretnego. A jednak wydaje się, że także i teraz wybrała "najlepszą cząstkę". Jezus znowu staje po jej stronie i broni ją przed zarzutami Judasza Iskarioty i uczniów. A to nas prowadzi do postawienia pytania: co jest tajemnicą "wyboru najlepszej cząstki", co jest prawdziwym kluczem do "życia kontemplacyjnego"?

Odpowiedź na to pytanie znajdujemy w Księdze Koheleta, tekście wielkiej mądrości - z pewnością będącej wynikiem, owocem życia kontemplacyjnego:

"Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono, czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów, czas rzucania kamieni i czas ich zbierania, czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich"15.

"Rozpoznawanie znaków czasu" - tego właśnie oczekuje Jezus od swoich uczniów16. Nie ulega wątpliwości, że Maria z Betanii całkowicie spełnia oczekiwanie Pana: wtedy, kiedy siada u Jego stóp, aby słuchać Jego słów, ale tak samo wtedy, kiedy bierze funt olejku i wielkodusznie wyraża swoją miłość, nie troszcząc się o to, co ludzie mogą o niej pomyśleć.

Jak do tego dojść? Jakie warunki trzeba spełnić, aby umieć rozpoznawać znaki czasu, aby stać się człowiekiem kontemplacji? Tę szczególną formę uwagi Maria z Betanii okazuje Panu: jest całkowicie wsłuchana w Niego, w Jego Osobę, jest całkowicie wsłuchana w Jego misję, a jednocześnie pozostaje świadoma samej siebie i tego, co jest dla niej dobre: rzeczywiście trwa w nieustannej więzi z "Umiłowanym swej duszy"17.

Ten typ uważnego wsłuchania wymaga, aby skoncentrować całe swoje życie na jednym punkcie: na więzi z Bogiem i na Jego woli. Krok po kroku, to nas kształtuje na sposób, w jaki żył Jezus: "Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło"18.

Nie ma cienia wątpliwości co do tego, że Jezus wędrował i że wiódł aktywne życie, ale nie ulega też wątpliwości, że modlił się samotnie i w milczeniu: kluczem do życia kontemplacyjnego jest "rozpoznawanie znaków czasu", uważne wsłuchanie w wolę Ojca, decyzja, by układać swoje życie tylko wedle tego, o co Bóg prosi tu i teraz, by "miłować Pana, Boga naszego, postępować zawsze Jego drogami, zachowywać Jego przykazania, przylgnąć do Niego i służyć Mu całym naszym sercem i całą duszą"19.


WĘDROWANIE - KONTEMPLACJA - DOJRZAŁOŚĆ

16. "Niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie" [tłum. Zygmunt Kubiak] - ta przenikliwa myśl św. Augustyna łączy nasze refleksje o wędrowaniu i kontemplacji z dojrzałością w życiu zakonnym (i chrześcijańskim). Dojrzałości nie można rozumieć bez zmiany, bez inicjatywy, bez podejmowania ryzyka, bez duchowej wędrówki. Proces wzrastania potrzebuje jednak postojów, przerw, a także czasu na adaptację. Wymaga jednocześnie naszej osobistej pracy i zewnętrznych bodźców.

Świetną opowieść o procesie religijnego i ludzkiego dojrzewania przedstawia nam Ewangelia według św. Łukasza20.

"Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej o sześćdziesiąt stadiów od Jeruzalem. Rozmawiali oni ze sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło". Wędrowanie - choćby jego celem była tylko ucieczka przed depresją - jest opisane jako wystarczający, jeśli nie wręcz konieczny warunek uzdrowienia wewnętrznego i rozwoju, tak jak przyjaźń. Do żadnej dojrzałości nie dochodzimy sami. Potrzebujemy drugiego człowieka, potrzebujemy, aby ktoś szedł obok nas, dodawał nam otuchy, dzielił nasze troski i zmartwienia, aby nam stawiał fundamentalne pytania.

"Gdy tak rozmawiali i rozprawiali ze sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były jakby przesłonięte, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: «Cóż to za rozmowy prowadzicie ze sobą w drodze?» Zatrzymali się smutni". Opowiadanie podsuwa nam tutaj dodatkową myśl o sposobach dojrzewania: potrzebujemy nie tylko osób, z którymi już się oswoiliśmy, ale potrzebujemy też bodźców z zewnątrz. Nie wystarczy wspólny płacz i rozmowy w gronie przyjaciół. Dopóki pozostajemy na dobrze znanym gruncie, nie ma ani polepszenia, ani postępu: zatrzymujemy się smutni. I nawet jeśli otworzymy się na spotkanie z drugim człowiekiem w doświadczeniu odmienności, nasze oczy mogłyby go nie rozpoznać.

"A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: «Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało»". To prowadzi nas do jeszcze innego wniosku na temat warunków niezbędnych do przejścia procesu dojrzewania. Kleofas uznaje, że idący z nimi nieznajomy jest jedynym człowiekiem, który nie wie. A w rzeczywistości właśnie ten nieznajomy jest jedynym, który wie! Dojrzewanie wymaga pewnego rodzaju rezygnacji z zabezpieczeń. Dopóki będę trwać w przekonaniu, że tylko ja wiem, w pewności, że ten drugi, nieznajomy, obcy jest jedynym, który nie wie, moje oczy pozostaną na uwięzi i moje serce nie będzie we mnie płonęło - nie zdoła osiągnąć dojrzałości religijnej. "Na to On rzekł do nich: «O, nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy!»". A to podkreśla konieczność liczenia się z tą możliwością: a gdybym tak nierozumnym był ja, a gdyby niedorzeczne były moje poglądy, a nie te, które za takie uważam - tak, jak było z uczniami z Emaus, którzy uważali, że kobiety z ich grupy postradały zmysły?

"I zaczynając od Mojżesza, poprzez wszystkich proroków, wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego". Obserwujemy teraz powiązanie między kontemplacją jako uwagą a rozwojem duchowym. Trzeba słuchać Słowa Bożego i uwzględniać jego niezwykłość i nowość. Tak rzeczywiście robią uczniowie z Emaus. Uważnie słuchają Tego, który nazwał ich "nierozumnymi". A nawet posuwają się dalej, nalegają: "Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił". Ciekawość, głębokie dążenie do tego, by jaśniej widzieć, żarliwe pragnienie lepszego rozumienia, wraz z pełnym miłości objawieniem Pana, w pewien sposób ostatecznie prowadzą do rozpoznania i do dojrzałości ucznia. Teraz wędrówka uczniów zmieni kierunek: już nie będzie ucieczką, ale spotkaniem, z oczami szeroko otwartymi na to, co nieoczekiwane.

Ostatnia kapituła generalna formułuje to bardzo konkretnie w odniesieniu do współczesnego życia dominikanów, mówiąc o związku między kontemplacją i formacją (początkową): "Przyglądając się światu, który do tej pory formował naszych braci, można wymienić trzy elementy, które mogą być istotne w przyjmowaniu prawdziwego dominikańskiego ducha kontemplacji przez braci: stałość, głębia i otwartość. Stałość jest lekarstwem na doświadczenie przelotności czy to intelektualnej, osobowej czy też religijnej i w naszym życiu wyraża się w podejmowanym przez całe życie studium i w naszych zewnętrznych obserwancjach, jakimi są modlitwa, milczenie i życie wspólne, które winno być radosne. Głębokość kontrastuje z często powierzchownymi przyjemnościami, jakie globalna gospodarka wydziela nielicznym, a obiecuje wielu. Głębokość niesie ze sobą uzdrowienie pragnień, co jest zarówno konieczne, jak i oczekiwane. Może się to najbardziej ujawniać poprzez wzrost w modlitwie i cnocie, miłości do studium i współczującym rozumieniu siebie samego. Otwartość jest dziedzictwem tej epoki i jednocześnie stanowi antidotum na przeciwdziałanie jej. Jako dominikanie, nie możemy być prawdziwie kontemplacyjnymi kaznodziejami bez otwarcia na ludzi i ich doświadczenia, nowe sposoby nauczania i posługi, do których Bóg może nas zapraszać. Jednak aby te elementy były obecne i przynosiły owoce naszym braciom w trakcie formacji początkowej, musimy sami, w każdym wymiarze naszego życia, podjąć jego odnowę (Meksyk 27, 4) i uczestniczyć we wspólnym życiu nawet wtedy, gdyby miało nas to wiele kosztować (Ratio Formationis Generalis 166). Postępując w ten sposób, zapewniamy naszym braciom w czasie formacji początkowej widoczny przejaw Świętego Kaznodziejstwa, do którego zostali powołani i na które chcielibyśmy nakierować ich życie"21.

Rozważań nad duchowym aspektem "Wędrowania - Kontemplacji - Dojrzałości" nie mógłbym zamknąć przynajmniej nie przytaczając innego kluczowego tekstu. Znajdujemy go w zakończeniu Ewangelii św. Jana: jest to przejmująca rozmowa Jezusa z Piotrem. Po świadectwie Piotra: "Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham", i odpowiedzi Jezusa: "Paś owce moje", Pan mówi: "Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz"22. Oto najważniejsza być może część naszej osobistej wędrówki, najgłębsza kontemplacja, najwyższy stopień dojrzałości: kiedy jesteśmy gotowi zaakceptować to, że to już nie my określamy i decydujemy, co robić, dokąd pójść, co opuścić, a co zatrzymać - ale wyciągamy ręce, by ktoś inny nas przepasał i poprowadził gdzieś, gdzie sami nie chcielibyśmy iść - zachowując przy tym całkowitą ufność, że cokolwiek się wydarzy, będzie to dla naszego dobra, i nadal możemy wyznać: "Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham".


III. WĘDROWANIE NA DRODZE INTELEKTUALNEJ

PODCZAS PRZEBIEGU FORMACJI

17. Wędrowanie to ruch, zdolność do tego, by iść do przodu z pasją, w duchu przygody. Zastanawiając się nad tym aspektem naszego życia dominikańskiego, możemy spróbować rozpoznać rozmaite zablokowania tego ruchu w nas samych, w naszych wspólnotach i prowincjach. Zablokowanie wewnętrznego ruchu jest w gruncie rzeczy pewną formą stłumienia czy zahamowania. Może ujawnić się na poziomie emocji, co jest pewną formą nerwicy; może pojawić się na poziomie umysłowym, co jest gwałtownym, ideologicznym zatrzymaniem zdolności intelektualnych; może też przejawiać się na poziomie życia duchowego, kiedy odpowiedź, która powinna zostać udzielona Bogu, zostaje sparaliżowana wewnętrznymi hamulcami. Ta ostatnia forma zahamowania najbardziej upośledza wędrowanie właściwe naszemu dominikańskiemu charyzmatowi.


WYZWOLENIE WĘDRÓWKI EMOCJONALNEJ

18. W zahamowaniu typu nerwicowego dynamika emocji zostaje zablokowana przez inne emocje: strach lub poczucie uczuciowej powinności. Prowadzi to do skoncentrowania się na sobie, niezdolności do samokrytyki oraz do powagi, która nie pozostawia ani odrobiny miejsca na humor. Emocjonalne zahamowanie to problem młodości, kiedy podstawową zasadą staje się lęk przed samym sobą, przed tym, co nowe, przed płciowością, przed tym, co ludzie zrobią czy powiedzą lub też emocjonalne poczucie obowiązku. Uniemożliwia sumieniu samodzielne rozumowanie. Może to skłaniać młodych mężczyzn i młode kobiety do szukania poczucia bezpieczeństwa w życiu zakonnym, obwarowanym różnymi zabezpieczeniami. Z powodu swej kruchości emocjonalnej młodzi poszukują niekiedy jasnych i prostych reguł życia, które zwolnią ich z podejmowania ryzyka i z przygody. Nie jest dla nich motywacją fascynująca misja kaznodziejstwa, pragnienie dotarcia do Kumanów naszych czasów, lecz pozostają uwikłani w swoje lęki, w instynktowną dezaprobatę wobec wszystkiego, co zakłada jakąś nowość. Zdrowe życie wspólnotowe pomoże im uwolnić się od tych lęków, dotrzeć do innych, pozwolić, by inni ich wzruszali, z całą wewnętrzną wolnością śmiać się z własnego błądzenia po omacku. Błogosławieni, którzy umieją śmiać się z samych siebie, gdyż będą mieli świetną zabawę przez całe życie!


WYZWOLENIE WĘDRÓWKI INTELEKTUALNEJ

19. W przypadku zahamowania intelektualnego umysł nie jest w stanie zbliżać się do poznania prawdy w całym jej bogactwie i różnorodności kontekstów. Umysł, który powstrzymuje się od wysiłku poszukiwania prawdy albo woli urzekająco proste półprawdy, tkwi w żałosnym paraliżu intelektualnym albo stale nim miotają siły zewnętrzne, takie jak moda.

20. Wędrowanie nie musi oznaczać rozproszenia umysłu. Kryje się tutaj niebezpieczeństwo intelektualne: przyjęcie postawy typu "supermarket", staranie, by wszystko wiedzieć, wszystkim się interesować, przyjmować wszystkie modne tendencje, nawet nie dociekając, czy pasują do siebie nawzajem. Pierwszy etap formacji intelektualnej to czas, w którym umysł wymaga pokarmu. Potrzebujemy czasu na studiowanie, na kontemplacyjne konstruowanie świata. Musimy stawiać sobie głębsze pytania, ujrzeć nexus mysteriorum, metafizyczne zakorzenienie prawdy.

Jezus powiedział: "Uważajcie, strzeżcie się kwasu faryzeuszów i kwasu Heroda!" (Mk 8, 15). Faryzeusze uważali, że posiadają wszystkie odpowiedzi, ich zablokowany umysł nie był w stanie wyjść poza sztywne przekonania. Natomiast Herod nie miał żadnej odpowiedzi, żadnej uprzedniej idei, żadnej ideologii; chciał rozrywki i zabawy. W epoce postmodernizmu zanikły wielkie ideologie, a świat kręci się wokół rozrywki, robienia i wydawania pieniędzy, stwarzania i zaspokajania powierzchownych potrzeb. Istnieje więc dzisiaj pokusa zatrzymania się na powierzchni. Młody chłopak czy młoda dziewczyna, wstępując do Zakonu, może czuć pokusę, by wszystko poznać, wszystkim się interesować, o wielu różnych sprawach gromadzić mnóstwo informacji pochodzących z telewizji, prasy, podróży; nie będzie mieć jednak zdolności pogłębionego widzenia. "...człowiek przekonuje się, jak niepełne są propozycje, które rzeczywistość doraźną i przemijającą wynoszą do rangi wartości, budząc fałszywe nadzieje na odkrycie prawdziwego sensu istnienia" (Jan Paweł II, Fides et ratio, 6). Pierwszy etap formacji intelektualnej musi pomóc młodzieńcowi / dziewczynie w ukształtowaniu własnych przekonań, w wyzwoleniu się z niewoli mód. Nasza dominikańska tradycja opiera się na przekonaniu, że rozum posiada wrodzoną skłonność do prawdy, że może postrzegać prawdziwe dobro i dostosować się do niego, nie pod presją grupy z zewnątrz, ale dlatego, że to jest prawda. W tym celu należy jednak rozwijać zdolność do rozeznania prawdy.

Jaką filozofię dajemy naszym młodym? Wiedzę złożoną z różnorodnych i sprzecznych ze sobą idei, pozwalającą przystosować się do różnych współczesnych nurtów myśli? Czy też taką filozofię, która integruje umysł, umacnia go w zdolności do poznania prawdy, dostarcza mu środków do krytycznej interpretacji tego, co obserwujemy we współczesnej kulturze? Niektórzy potrzebują pomocy w sformułowaniu intelektualnej syntezy zanim będą mogli ogarnąć nowe dziedziny myśli. Innym się to uda, chociaż nabywają różnorodną wiedzę, gdyż mają już solidnie ukształtowane przekonania wewnętrzne.

Nadmiar intelektualnych wędrówek w pierwszej fazie formacji może pociągnąć za sobą katastrofalne skutki. Niektórzy na swej drodze intelektualnej przechodzą z jednej skrajności do drugiej. Zaczynają jako liberałowie, a kończą jako ultrakonserwatyści. Odpowiedzi na swoje pytania szukają w buddyzmie, w psychoanalizie czy w naukach politycznych, nigdy nie poświęcając czasu na zanurzenie w Słowie Bożym i w tradycji katolickiej. Początkowa formacja intelektualna powinna prowadzić do wyboru Mistrza, autora mającego aprobatę Kościoła, który pomoże studentowi w sformułowaniu syntezy teologicznej. Może to być ktoś z grona Ojców czy Doktorów Kościoła, renomowany teolog, może to być św. Tomasz z Akwinu. Jeśli młodzi bracia i młode siostry spędzą wiele lat na czytaniu wybranego autora, na studiowaniu jego teologii, budując swoją posługę i kaznodziejstwo na dziele Mistrza, to im zapewni mocny punkt odniesienia. Kaznodzieja będzie wiedział, o czym mówi. Natomiast brak syntezy może prowadzić do stanu wiecznej tułaczki, bez żadnych przekonań.

21. Konieczność zachowania pewnej intelektualnej higieny nie może jednak sprawiać, byśmy obawiali się pytań. Tradycja tomistyczna formułuje videtur quod. Nasza synteza intelektualna opiera się na przekonaniu, że umysł może przywrzeć do prawdziwego dobra. W przekonaniu, że dojście do prawdy jest możliwe, możemy bez obaw podejmować wszelkiego rodzaju pytania, pewni, że każda prawda, niezależnie od tego, jakie jest jej źródło, ostatecznie pochodzi od Ducha Świętego. Ukształtowany umysł, zdolny do rozeznania krytycznego, nie boi się nowych idei. Wciąż rozwija ciekawość, bez wahania porównuje swoje podejście z podejściem innych, potrafi nabywać nowe informacje, poszerzać pole zainteresowania, ponieważ posiada fundament. Wędrowanie jest możliwe wówczas, gdy mamy dom, do którego możemy wracać. Nie jest zaproszeniem do intelektualnego nihilizmu.

Umysł ukształtowany do poszukiwania prawdy i trwania przy niej będzie wolny od wszelkiej intelektualnej stagnacji. Poszukiwanie prawdy powinno oszczędzać nam tkwienia w pewnym stanie ducha, w pewnej wizji Kościoła, społeczeństwa, gdzie rzekomo nie ma miejsca na krytyczną autoanalizę. Zapytajmy Ducha, dokąd nas prowadzi? Czy pozwalamy Mu działać? Umysł potrzebuje prawdy; można ją jednak sobie przywłaszczyć: na tym polega niebezpieczeństwo ideologii. Umysł nagle zatrzymuje się na półprawdzie i nie pozwala się poprowadzić do pełni. Nie tylko wielkie ideologie narzucały rozmaite formy totalitaryzmu. Istnieją także małe ideologie, które zamykają w sobie wspólnoty i prowincje. Pewien określony styl życia, zbiór opcji na temat Kościoła, potrzeby danej prowincji czy danej kongregacji zakonnej łatwo przeradzają się w nienaruszalną tradycję. To coś jakby środek antykoncepcyjny, który udaremnia narodziny nowych pojęć; nie ma życia, które zostałoby tchnięte. Dominikańska forma demokratycznych rządów bardzo wysoko ceni nowość, tętniącą życiem idei, dla której trzeba zarezerwować przestrzeń na naszych kapitułach, spotkaniach wspólnotowych, sesjach formacyjnych. Oczywiście, nie wszystkie proponowane rozwiązania są odpowiednie, ale zdrowe środowisko wspólnotowe umożliwi ich wyrażenie i przedyskutowanie. Jeśli zaś skażemy dyskusję na zapomnienie, małe ideologie będą utrzymywać wspólnotę w stanie bezruchu.

Poszukiwanie prawdy trzeba podejmować w życiu wspólnotowym, w refleksjach filozoficznych, przy studiowaniu teologii i w pielgrzymowaniu wiary. Jednym z dramatów współczesnej sceny intelektualnej jest rezygnacja z poszukiwania prawdy. "...na przykład postawa głębokiej nieufności wobec rozumu, dostrzegalna w najnowszych postaciach wielu nurtów refleksji metafizycznej. W tym kontekście mówi się w wielu środowiskach o «końcu metafizyki». (...) Pragnę gorąco zachęcić filozofów, zarówno chrześcijańskich, jak i innych, aby zachowali ufność w zdolności ludzkiego rozumu i nie stawiali nazbyt skromnych celów swojej refleksji filozoficznej" (Fides et ratio, 55-56). "Wcielenie pozostanie zawsze centralną tajemnicą, do której należy się odwoływać, aby zrozumieć zagadkę istnienia człowieka świata stworzonego i samego Boga. Tajemnica ta stawia najtrudniejsze wyzwania przed filozofią, każe bowiem rozumowi przyswoić sobie logikę zdolną obalić mury, w których on sam mógłby się uwięzić" (Fides et ratio, 80).

22. Ekspansja umysłu, intelektualna wędrówka, prowadzi jeszcze głębiej w prawdę. Na tym polega znaczenie wiary i dogmatu. Zgodnie z klasyczną tradycją teologiczną, wiara jest darem Bożym, który wyprowadza umysł ze swej skorupy i przyciąga do Boga. Stwierdzenia dogmatyczne są darem Ducha Świętego, wnoszą więcej światła, nie pozwalając umysłowi popaść w błąd i na nowo skupiając go na tajemnicy, która jest zbawcza. W myśli nowożytnej wiara i dogmat są interpretowane jako ograniczenie stawiane umysłowi, zablokowanie ciekawości, narzucone przez władze kościelne. Duchowa wędrówka będzie wymagała, by umysł dotarł aż do prawdy objawionej. "Jako cnota teologalna wiara uwalnia rozum od zadufania - typowej pokusy, której łatwo ulegają filozofowie" (Fides et ratio, 76).

Dostosowanie umysłu do Boskiej tajemnicy jest jednak bolesne, z natury bowiem umysł dąży do jasności, podczas gdy wiara jest spotkaniem tajemnicy. W obrębie wiary jest miejsce na dociekanie (cogitatio fidei)23, ale bywa też, że napotykamy niekiedy coagitatio fidei. Wrodzona umysłowi potrzeba jasności sprawia, że dostosowując się do wiary, umysł popada w trwogę. Rozwijając wiarę, umysł napotyka krzyż. Przejście przez ten krzyż zawsze jest bolesne, ale - paradoksalnie - daje życie. Kłodą rzuconą wierze pod nogi jest pycha intelektualna: niezdolność lub nieświadoma odmowa przyjęcia tajemnicy. Nie powinniśmy badać Słowa Bożego za pomocą narzędzi nauk humanistycznych, obierając te nauki (historię, archeologię, lingwistykę, psychologię, socjologię, różne nurty filozofii) za najwyższe kryterium, gdyż to niszczy wiarę. (Interpretując św. Pawła, Tomasz z Akwinu mówi, że nawet dobre filozofie mogą zniszczyć wiarę, jeśli to one mają ostatnie słowo!)24. Jesteśmy powołani do tego, by badać nasze życie, uznając wiarę za najwyższe kryterium. Jest to bolesne dla intelektualnej pychy, ale jest to jedyny sposób, by posuwać się do przodu. Odwaga wędrówki intelektualnej umożliwia wędrowanie na poziomie duchowym.


WYZWOLENIE WĘDRÓWKI DUCHOWEJ

23. Umysł w swoim pielgrzymowaniu wiary musi być wolny od wszelkich przywiązań. A tymczasem, kiedy układamy plany, nowe misje, kiedy dostrzegamy wyzwania, kiedy tworzymy idee, jesteśmy skłonni przywiązywać się do nich. Przywiązanie do własnych koncepcji jest dobre na pewien czas, ale bardzo łatwo zaczynamy przypisywać sobie ich zasługi. Kiedy Duch Święty poczyna życie w Kościele, czyni to bez egoizmu, w całkowitym darze z siebie. Poczęcie Ducha Świętego jest niepokalane. Cała sztuka polega na tym, aby być bezinteresownym w tym, co robimy z pasją. Oczyścić trzeba motywację naszej pracy. Oczyszczenia potrzebują nie tylko złe nawyki, ale także i dobre intencje, gdyż dopiero wtedy mamy pewność, że zmierzają one do Boga. Bez tego przywiązanie do naszych własnych pomysłów uniemożliwia duchowe wzrastanie i prowadzi do budowania swoich osobistych królestw. Najważniejsza jest przejrzystość, aby było widać, jak działa w nas Bóg. Zarówno w inspiracjach intelektualnych, jak w inspiracjach artystycznych istnieje pokusa egoizmu. Ledwie nasunie nam się jakaś myśl, a już pojawia się radość, że wykorzystamy ją w jakimś artykule, projekcie artystycznym, homilii - dla naszej własnej chwały. Zależność od Boga w duchu wędrówki wymaga wielkiego ubóstwa duchowego. Dobrze rzeczy, które przechodzą przez naszą głowę, ręce, słowo, pochodzą od Boga, a nie od nas, jeśli nawet poświęciliśmy im swoją energię i talenty.

Profesja zakonna, przez którą zawierzamy Bogu naszą przyszłość, jest potwierdzeniem ceny, jaką trzeba zapłacić za wędrowanie. Zaakceptować to, co nieznane, przyjęte w wierze, jako stałą regułę życia, umacnia nasze przywiązanie do Boga - tylko do Boga. Tutaj rodzi się prawdziwa płodność życia i misji. W gruncie rzeczy to Boża łaska sprawia, że z naszej posługi rodzi się dobro.

W chwili śmierci odkryjemy to, co było naszym prawdziwym powołaniem, kiedy widząc całe nasze życie, ujrzymy, kiedy najlepiej odpowiedzieliśmy na skierowane do nas wezwania. Prawdziwą karierę robi Bóg, kiedy na każdym etapie życia całkowicie Mu siebie oddajemy. Każdy etap jest jednak niespodzianką, nie przychodzi jako spełnienie jakiegoś osobistego planu, o który walczyliśmy. W pierwszych okresach życia robimy plany, snujemy marzenia, ale Bóg prosi nas, byśmy kolejno z nich rezygnowali, gdyż Jego zamysły okazują się zupełnie inne. Cóż możemy powiedzieć o młodej postulantce, która na początku XX wieku wstąpiła do kongregacji dominikańskiej w Moskwie? Marzyła o tym, by przemierzyć całą planetę, zobaczyć świat, ale jednocześnie uznawała, że Bóg prosi ją o coś więcej. Odłożyła marzenia na bok i podjęła życie zakonne, oddając Bogu niespełnione plany podróży. Bóg odpowiedział z naddatkiem. Przed zakończeniem nowicjatu młoda kobieta została aresztowana i wysłana do gułagu na Syberię. Przebyła długi nowicjat w wielu obozach, nad Morzem Arktycznym, potem nad granicą chińską. Jej pierwotne pragnienie podróżowania spełniło się po szatańsku, ale jednocześnie po Bożemu. Dopiero po siedmiu latach spotkała w obozie inną siostrę, i dopiero na jej ręce mogła złożyć profesję. Życie być może zmarnowane, a może nie: w samym sercu "irreligii", wśród rozpaczy, ta siostra dominikanka niosła orędzie Ewangelii, głoszone świadectwem i miłosierdziem.

24. Jak to się dzieje, że niektórzy z nas nie chcą podróżować, nie zgadzają się na to, byśmy wyjeżdżali na misje? Bywają przypadki zaciekłego indywidualizmu, obsesja osobistego spełnienia, ambicja sukcesu. Zamiast odpowiedzieć Bogu, który nas posyła, przeważa chęć robienia prywatnej kariery, jak gdybyśmy mogli sami planować sobie życie. Kiedy indziej jest to nadmierne przywiązanie do naszej pierwszej miłości, pierwszej asygnaty. Przyjęliśmy powierzone nam zadanie, spełniliśmy je z właściwą motywacją, jako nasz dar dla Boga, ale w miarę upływu czasu przywiązaliśmy się do naszego dzieła, traktujemy uzyskane wyniki tak, jakby zależały tylko od nas. Nie jesteśmy w stanie zaakceptować, że Bóg prosił nas o służenie tej misji przez kilka lat, po czym mają ją kontynuować inni, a my będziemy musieli podjąć inne zadanie. To trudna chwila, tak jak dla rodziców, którzy muszą zgodzić się na odejście dorosłych dzieci z domu. Rodzice w podeszłym wieku, którzy całe życie skoncentrowali na dzieciach, mogą się obawiać własnej przyszłości: co zrobią dalej w życiu bez dzieci? Ale jest to normalne przejście, kiedy nadchodzi pora, by znaleźć w życiu owe wyzwanie.

W życiu zakonnym nie jesteśmy właścicielami naszych apostolatów, tak jak nie posiadamy na własność ludzi, którym służymy. Musimy zaakceptować, że pozostawiając ich innym, powierzamy ich w ręce Boga, a Bóg się będzie o nich troszczył. Do tego trzeba mieć nadzieję. Żywić nadzieję znaczy akceptować tajemnicę, która rozwija się w naszym życiu. Naturalna nadzieja daje energię, zapał do podjęcia trudnych wyzwań. (Po polsku słowo "nadzieja" kojarzy się ze spodziewaniem się czegoś, czego pragniemy, a co może się dziać). Teologalna cnota nadziei, skupiona na Bogu, pozwala naszej woli zaakceptować drogę, którą wytyczył nam Bóg. Św. Augustyn i św. Jan od Krzyża łączą nadzieję z pamięcią, piszą, że aby wzrastać w nadziei, trzeba oczyścić pamięć. Nie chodzi o to, jakoby pamięć była zła. Dobra pamięć oczywiście jest cennym atutem, ale możemy przywiązywać się także do naszych wspomnień, zarówno dobrych, jak złych, i to przywiązanie musi zostać oczyszczone. Przywiązanie do przyjemnych wspomnień może zahamować entuzjazm, by iść do przodu, przyjmować w życiu to, co nowe. To normalne, że brat pracujący w duszpasterstwie akademickim czuje radość służąc młodym na etapie ich rozkwitu. Ale będzie im pomagał tak, by pozwolić im odejść, zamieszkać w innym mieście, założyć rodzinę, żyć własnym życiem. Kiedy na jego miejsce przyjdzie ktoś młodszy, będzie musiał odłożyć na bok wspomnienie radości i doświadczenie duszpasterskie nabywane przez długie lata, aby móc przyjąć nowe zadanie, nowe wyzwanie. Złe wspomnienia także mogą utrudniać wędrowanie. Przypomnienie trudnych sytuacji, cierpień, może paraliżować. Ktoś, kto wiele wycierpiał w jakiejś wspólnocie, gdzie nie został doceniony, z pewnością nie zechce do niej wrócić, nie będzie też gotów podjąć podobnej pracy w analogicznych warunkach. A w międzyczasie wspólnota mogła się zmienić, jej członkowie mogli przejść ewolucję, osiągnąć dojrzałość, zarzucić wrogie zachowania. Czy przyznajemy wspólnocie prawo do popełniania błędów i wychodzenia z nich? Bolesne wspomnienia też muszą zostać oczyszczone, aby nadzieja mogła wzrastać i aby móc zaakceptować ufność w Bożą tajemnicę, która rozwija się w życiu.

Oczyszczenie nadziei pomaga w skoncentrowaniu uwagi na Bogu. A kiedy Bóg naprawdę jest naszą pierwszą miłością, wówczas mamy wolność, by odejść. Dominikańskie wędrowanie potrzebuje tej wolności. Brat poproszony o zmianę wspólnoty, tak samo jak prowincjał poproszony o oddanie któregoś z braci, mogą to zrobić, jeśli akceptują tajemnicze prowadzenie przez Boga. Jeśli nie są w stanie otworzyć się na tajemnicę Boga, będą odmawiać podejmowania proponowanych im nowych misji. Czasem prowincjałowie są bezradni, gdy prosi się ich o oddanie jakiegoś brata, gdyż został on uformowany i przygotowany dla prowincji albo zarabia pieniądze na prowincję... Gdzie więc jest otwarcie na tajemnicę w nadziei?

25. Niedobrze jest mieć wiele płatnych posad. Wspólnoty wolą oczywiście mieć braci czy siostry przynoszących regularne dochody. Jednakże niektóre zadania podejmowane przez całą wspólnotę (np. opieka nad sanktuarium) także przynoszą dochody, nie wiążąc pojedynczej osoby z zarobkiem. Płatna posada może zablokować wędrowanie, gdyż niekiedy skłania kogoś do spędzenia długich lat w tej samej pracy, w tym samym budynku, w tym samym pokoju. Prowincje mające zbyt wiele płatnych posad popadają w stagnację. Niektóre posługi muszą szybko ulegać zmianom, gdyż społeczeństwo przechodzi głębokie przemiany społeczne. Pokolenia młodych następują po sobie często, w odstępie paru lat, słuchają innej muzyki, oglądają inne filmy, żują nowy rodzaj gumy do żucia. Młody duszpasterz czy formator musi stale się dostosowywać, przygotowywać nowe tematy, nowe konferencje, aby nie stracić z młodymi wspólnego języka. Na dłuższą metę, kiedy zbyt mało ruchu panuje w jakiejś prowincji, kongregacji zakonnej czy fraterni świeckiej, bezruch i rutyna w końcu zaczynają przekazywać przestarzały obraz Kościoła.

26. Stawiając sobie pytania o przeszkody w wędrowaniu, nie powinniśmy zrzucać całej odpowiedzialności na tych, którym trudno wyzbyć się przywiązań. Duże zablokowanie psychologiczne na wędrowanie bierze się czasami z braku wsparcia ze strony tego, kto posyła. Kiedy prowincja otwiera misję, to musi podjąć odpowiedzialność za braci wysłanych zagranicę. Zazwyczaj przez długi czas nowa misja podlega prowincji, mając status wikariatu prowincjalnego; w miarę jak wikariat obejmuje coraz więcej osób, staje się regionalnym, generalnym, potem zostaje wiceprowincją i wreszcie prowincją. Przez te wszystkie lata prowincja macierzysta może posyłać swych braci do nowej jednostki, wpierw na stanowiska kierownicze, później do zaangażowań bardziej polegających na współpracy, i wreszcie w normalnej sytuacji zależności od miejscowych braci. Przez cały ten czas prowincja macierzysta musi nieść odpowiedzialność za braci wysłanych na dalekie misje. Potrzebują oni oparcia i otuchy, zainteresowania, czasem pomocy finansowej. Jeśli ich praca nie jest uważana za misję, lecz za dogodne miejsce zsyłki trudnych braci z przekonaniem, że ich problemy rozwiążą się same, to prawem rykoszetu zniechęci wszystkich do podjęcia wyzwania w przyszłości. Osoby muszą wiedzieć, że są posyłane na misję, a nie stawiane do kąta czy odrzucane. Wędrowanie wymaga odpowiedzialności zarówno od tego, kto jest posłany, jak od tego, kto posyła.

27. Idąc z miasta do miasta, przemierzając drogi Europy, św. Dominik śpiewał Ave maris stella. W tym starym hymnie maryjnym znajdujemy zdanie Iter para tutum! Św. Dominik modlił się do Maryi i prosił Ją o wstawiennictwo, aby jego droga była pewna, aby zaprowadziła go tam, gdzie chciał iść, i aby w jego inicjatywach był obecny Boży zamysł.


IV. WĘDROWANIE A MISJA

28. Wędrowanie jest koniecznym następstwem misji. Ten związek ontologiczny jest zakorzeniony w naszej historii, a szczególnie w życiu św. Dominika. Odkrył on bowiem swoją misję "w drodze" i posłał swoich braci - nawet nowicjuszy - do życia "na drodze". Ostatnie kapituły Zakonu przypominają nam tę historię i wzywają nas do "wyruszenia w drogę". Kapituła w Quezon City (1977) chyba jako pierwsza ukazała świadomość, że zmieniły się priorytety, wysuwając na pierwsze miejsce "katechezę w różnych miejscach i kulturach". Ze świadomością, że ta nowa i odmienna sytuacja domaga się nowego podejścia, kapituła określiła jako drugi priorytet "formację i przygotowanie niezbędne do kaznodziejstwa w tym nowym świecie".

Następne kapituły wypracowały ścisłe znaczenie tych nowych priorytetów. W Walberberg (1980) rozważano "przystosowanie naszych działań apostolskich do dzisiejszych potrzeb" i przedstawiono kilka "wytycznych", jakie powinny charakteryzować dominikańską misję i kaznodziejstwo: mają być one "prorockie, czerpać wiarygodność z naszego ubóstwa, wznosić się na współczuciu i opierać się na naukowym studiowaniu teologii"25. Avila (1986), w ojczyźnie św. Dominika, wyjątkowego "człowieka pogranicza", stwierdza, że "szczególną misją" Zakonu jest "ewangelizacja na pograniczach". I wymienia te granice, gdzie powinniśmy przeżywać naszą misję26. Oakland (1989) prowokowało Zakon: "czy słyszymy wołania dobiegające z dzisiejszego świata?" Czy raczej nie potrzeba nam głębokiego nawrócenia, aby wyjść z "wygodnictwa i poczucia bezpieczeństwa, które często tworzą mentalność odporną na wszelkie zmiany?". Musimy odnaleźć "ducha wędrówki i mobilności Dominika i (...) odnaleźć ubóstwo, które uczyni nas podatnymi na tchnienie Ducha i wrażliwymi na wołania dusz pogrążonych w smutku"27.

Mexico (1992) sygnalizuje aktualne sytuacje i wyzwania życia apostolskiego w Zakonie i dobitnie stwierdza: "Nasza determinacja [w podejmowaniu tych wyzwań] płynie z wymagania obecnego w sercu każdego dominikanina wobec tak naglącego wołania. Zalążki naszej tradycji są gotowe rozkwitnąć na nowo i przynieść owoc, bylebyśmy tylko umieli je przyjąć wielkodusznym sercem". Kapituła wymienia także "mocne punkty naszej tradycji"; każdy z nich wymaga pewnego rodzaju wędrówki fizycznej lub umysłowej, i tę wędrówkę podejmuje. Są to: mobilność, gotowość do wyruszenia w drogę bez sparaliżowania nadmiernym bagażem materialnym, kulturowym, intelektualnym; troska o ludzi i szacunek dla nich, wychodzenie im na spotkanie tam, gdzie są; otwartość umysłu, gotowość uczenia się i słuchania; wspólnota, gdyż nigdy nie działamy w pojedynkę28. Caleruega (1995) wzywa nas do "wierności wędrowaniu"29.

Dwie ostatnie kapituły skupiają się na naturze wędrowania jako przekraczania, "wychodzenia poza". Jak stwierdza Bolonia (1998), "misja ta jest wezwaniem dla naszego Zakonu, by odważnie przekraczał te granice, które oddzielają dziś biednych od bogatych, kobiety od mężczyzn, rozmaite wspólnoty chrześcijańskie i inne religie". Kapituła sytuuje tę misję przy "liniach pęknięcia" ludzkości i widzi, że członkowie Zakonu "[są] do dyspozycji [innych ludzi], gotowi ich wysłuchać i dzięki nim przemieniać siebie"30.

W swej Relatio de Statu Ordinis na kapitule w Providence generał Zakonu mówi o "wybranej przyszłości, w duchu wędrówki serca, umysłu i misji"31, a kapituła stwierdza, że każdy członek prowincji winien zachować troskę o misję wikariatu: "Prowincja winna rozwijać ducha ciągłego bycia w drodze, aby zagwarantować, iż bracia będą bez trudu gotowi do podjęcia takiej posługi"32.

Poniższa refleksja ma właśnie pobudzić tegoducha wędrówki "serca, umysłu i misji".


WYRUSZYĆ ZNOWU W DROGĘ

29. Na podstawie świadectw biblijnych wiemy, że podczas podróży zawsze przydarzają się rzeczy zaskakujące. Abraham pospiesznie wychodzi z namiotu, aby pozdrowić przybyszów, ci zaś obiecują mu zupełnie inną przyszłość niż on sam wraz z Sarą sobie wyobrażali (Rdz 18, 1-15). Mojżesz uciekając doświadcza Boga w krzewie gorejącym i odkrywa jednocześnie lud i misję. Bóg mówi do niego: "Idź przeto teraz, oto posyłam cię (...)" i obiecuje: "Ja będę z tobą" - tak długo, jak będziesz w podróży... (Wj 3, 1-21). Jakub "na swojej drodze" walczy z aniołem przy brodzie potoku Jabbok, w historii o nawróceniu i o podatności na zranienie. Jak wielu z nas, Jakub ma kilka bardzo nieprzyjemnych cech charakteru. Jest oszustem i strasznie boi się ludzi, którym wyrządził krzywdę. Z tyłu teść depcze mu po piętach, z przodu - czeka na niego Ezaw. Potem następuje walka, z której Jakub wychodzi, uzyskawszy przebaczenie, nawrócony, z nowym imieniem, z nową misją - i utykając na nogę.

"W drodze" Jezus powołuje swoich uczniów i "w drodze" ich naucza. (W filmie Pasoliniego według Ewangelii św. Mateusza jest niezapomniana scena Kazania na górze: Jezus szybkim krokiem przechodzi przez wzgórza, uczniowie usiłują utrzymać to samo tempo i podbiegają, by słyszeć Jego słowa, On zaś odwraca głowę w ich stronę, przez cały czas idąc, aby nauczać ich "w drodze".) Kiedy według Marka (8, 1-10) cztery tysiące ludzi zostało nasyconych, jedli oni w drodze, w pośpiechu, jak w fast-foodzie. Także w drodze Jezus nauczał spotkane osoby, jak kobietę kananejską (Mt 15, 21-28), której wiarę chwali, stawiając ją nawet swoim uczniom za wzór. Wreszcie objawia się zniechęconym uczniom w drodze do Emaus (Łk 24, 13-35).

Oto jaką dokładnie misję powierza swoim uczniom: posyła ich, każe im "znowu ruszyć w drogę", bez trzosa, torby i sandałów. Mówi im, by nie byli opieszali, "i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie" (Łk 10, 4). Warto tu zwrócić uwagę na parę interesujących spraw: Jezus zaprasza ich do życia w drodze, do życia w pośpiechu ("Idźcie!") i do życia w zależności od dobroci innych, nieznanych im ludzi.


PRZYJĄĆ W SOBIE

30. Być w drodze znaczy stać się podatnym na zranienie i zależnym od innych. Jednakże dla dominikanina wędrowanie jest jedyną właściwą odpowiedzią w świecie, który wytwarza bezdomnych, cierpiących, obcych. Wyruszyć dalej w drogę - jak nam nieustannie przypominają kapituły generalne - znaczy żyć na tych "liniach pęknięcia" ludzkości, dzielić los tych, których zmuszono do życia w drodze. A to oznacza dzielenie ich losu bezdomnych przez zajmowanie poglądów sprzecznych z dominującą opinią.

Biblista Walter Brueggeman mówi o "monopolu wyobraźni": określenie to sugeruje, że "określona jednostka czy siła społeczna jednocześnie posiada całą władzę decydowania o tym, jak należy odczuwać rzeczy, i uzasadnione prawo dostarczania soczewki, która pozwala właściwie widzieć lub przeżywać życie. Nikomu nie wolno mieć innego obrazu spoza katalogu zaaprobowanych idei czy obrazów"33. Wystąpienie przeciwko tak potężnym monopolom oznacza przyjęcie tej wizji Ewangelii, którą Dominik przyjął za swoją. (Jak twierdzi pewien pisarz, Dominik posyłał swoich braci do miast nie tylko ze względu na uniwersytety, ale też dlatego, że tam żyły ofiary merkantylizującego się właśnie społeczeństwa, pozbawione prawa głosu: dominikanie mieli być ich "braćmi".) Przyjmując taką pozycję, sami stajemy się ludźmi z marginesu, ludźmi, w których łatwo ugodzić. Ale dopiero wtedy nasze kaznodziejstwo jest wiarygodne.

Warto w tym kontekście zauważyć, że greckie słowo używane w Nowym Testamencie na określenie "przyjęcia" (lambano: "wziąć, przyjąć, posiadać") nie znaczy, że odsuwamy tych, których zachowanie nie jest zgodne z naszym. Ten czasownik wskazuje, że mamy "wziąć [ich] ze sobą" i "serdecznie [ich] wprowadzić w nasze towarzystwo"34. Św. Paweł często używa tego słowa w odniesieniu do swojej wizji nieznajomych, którzy stają się wspólnotą, zakorzenioną w doświadczeniu tego, czego Bóg dokonał w Jezusie: "Albowiem w Chrystusie Bóg jednał ze sobą świat (...), nam zaś przekazując słowo jednania" (2 Kor 5, 19). Dlatego gorąco poleca Rzymianom: "Przestrzegajcie gościnności" (Rz 12, 13). Aby jednak zjednać sobie innych, uczynić z nich przyjaciół albo ich ugościć, trzeba ich uznać za "podobnych do nas" pod względem potrzeb, doświadczeń i oczekiwań. Jak pisze Christine D. Pohl, "nie wystarczało, że przybysze byli bezbronni, gospodarze musieli utożsamić się z ich doświadczeniem bezbronności i cierpienia, i dopiero wtedy ich przyjąć"35.

Fakt "nie bycia na swoim miejscu", idący w parze z byciem w drodze, być może w gruncie rzeczy oznacza możliwość postawienia się na miejscu kogoś innego. Zamiast tradycyjnego "idź i chrzcij", najbardziej podstawowym tekstem mówiącym o misji mógłby być raczej taki fragment jak 2 Kor 1, 3-7, który określa misję jako pocieszającą i umacniającą paraklesis. Paweł pisze: "Błogosławiony (...) Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, Ten, który nas pociesza w każdym naszym ucisku, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakimkolwiek ucisku (...)". Ciekawe jest w tym fragmencie odwołanie się do obopólnego doświadczenia. Nawet nasze cierpienie służy pocieszeniu innych. Czyż misja ma jakiś inny motyw niż wychodzenie - jak Jezus, który "wyciągnął rękę, dotknął..." (Mk 1, 41) - do osób bezbronnych, na drodze, w relacji przynoszącej uzdrowienie i otuchę?

Podejmować ryzyko

31. Claude Geffré pisze, że "wyzwanie, jakie stanowi pluralizm religijny, jest dla nas zaproszeniem, abyśmy powrócili do samego sedna paradoksu chrześcijaństwa jako religii wcielenia i jako religii kenozy Boga"36. Dlatego może on mówić o chrześcijaństwie jako o "religii odmienności". W teologicznej podróży na pogranicza jest coś z przygody, coś, co nas prowokuje, pobudza do stawania się autentycznymi dominikanami, do "wyruszenia na nowo w drogę", aby odpowiedzieć na nowe rzeczywistości, gdziekolwiek się one znajdują, na pograniczu, do bycia "użytecznymi" dla innych, którzy określają naszą misję i przesądzają o tym, gdzie powinniśmy iść.

Na początku Biblii jest napisane, że "ktokolwiek chciał się zwrócić do Pana, szedł do Namiotu Spotkania, który był poza obozem" (Wj 33, 7). "Poza obozem", wśród "innych", usuniętych gdzieś na zewnątrz: właśnie tam spotykamy Boga. Wędrowanie wymaga wychodzenia poza instytucję, porzucania percepcji i wierzeń uwarunkowanych przez kulturę, gdyż to "poza obozem" spotykamy Boga, który wymyka się wszelkiej kontroli. "Poza obozem" spotykamy Tego Innego, odmiennego, i odkrywamy, kim jesteśmy i co mamy robić.

W lutym 2001 roku dominikanie i dominikanki, niemal wszyscy mieszkający w Azji, zebrali się w Bangkoku, "poza obozem", aby podzielić się doświadczeniami słuchania i uczenia się. Jak oznajmili, "uświadomiliśmy sobie, że głównym wyzwaniem dla naszego dominikańskiego kaznodziejstwa na progu nowego tysiąclecia jest dialog z osobami reprezentującymi inne tradycje religijne. Tutaj, w Azji, w miejscu szczególnie uprzywilejowanym dla spotkania z odmiennymi kulturami, z odmiennymi religiami, odmiennymi ludami, jesteśmy wezwani do nawrócenia: do przyjęcia nowego sposobu słuchania, patrzenia, dotykania, uczenia się i rozumienia".

"Dialog otwiera drzwi na nieznany świat, którego dokładnych konturów jeszcze nie znamy - ale ta podróż poprowadzi nas do domu, uważamy bowiem, że tam jest nasze miejsce".

"Do narodzin Zakonu doprowadziło uważne wsłuchanie się Dominika w potrzeby ludzi w zmieniającym się świecie XIII wieku. Tak jak Dominik - i jak buddyjscy mnisi i hinduistyczni asceci - jesteśmy wezwani do tego, by na nowo ruszyć w drogę, sięgnąć po nasze dziedzictwo żebrania, uświadomić sobie, że wszyscy jesteśmy żebrakami w obliczu prawdy, która tylko czeka, aby nas zaskoczyć".

"Modlimy się o to, byśmy umieli zawierzyć się temu Duchowi, który zakreśla dla nas mapę podróży, jako Kościół i jako Zakon składamy bowiem Duchowi dar z siebie samych. To właśnie Duch, obecny w każdej kulturze i w każdej religii - na długo przed pojawieniem się chrześcijaństwa - umożliwia dialog i jednocześnie sprawia, że dialog jest koniecznością".

"Modlimy się o tę samą ufność, jaką miał nasz Ojciec Dominik, który, nie mogąc przewidzieć skutków, wiedział, że spełnia wolę Boga"37.

Dla nas, dominikanów, na których spoczywa uniwersalna misja kaznodziejstwa, bardzo ważna jest pamięć o tym, że Jezus rozpoczął swoją misję w "Galilei Narodów", w dystrykcie cudzoziemców; jego ludność w połowie składała się z pogan, jego kult był w połowie pogański, a terytorium zamieszkiwane przez ludzi, których jerozolimskie instytucje uważały za podejrzanych: "Czy może być co dobrego z Nazaretu?" (J 1, 46). A przecież Jezus mówi uczniom po zmartwychwstaniu: "udam się przed wami do Galilei" (Mt 26, 32). Jeszcze bardziej zadziwia to, co mówi do kobiet: "Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech udadzą się do Galilei, tam Mnie zobaczą" (Mt 28, 10).

Właśnie "poza obozem", we wszystkich otaczających nas Galilejczykach, odkrywamy, czym jest misja: być na misji znaczy żyć "poza obozem". I razem z innymi odkrywać, kim naprawdę jest Bóg. Za to poznanie trzeba jednak zapłacić pewną cenę. W zakończeniu Biblii, w Liście do Hebrajczyków, napotykamy obraz wyjścia z obozu czy też wyjścia z namiotu na spotkanie z Bogiem: "Dlatego i Jezus, aby krwią swoją uświęcić lud, poniósł mękę poza miastem. Również i my wyjdźmy do Niego poza obóz, dzieląc z Nim Jego urągowisko" (Hbr 13, 12-13). Błogosławi nas przykład męczenników dominikańskich w Algierii, w Pakistanie i w innych miejscach: stanęli oni przy "liniach pęknięcia", "poza obozem". "Dzielili z Nim Jego urągowisko"; "uświęcili" nas swoją krwią. Tak jak oni, jesteśmy powołani do tego, by "wyjść ku Niemu poza obóz" i wycierpieć to, co wycierpiał Jezus.

Nawet bliscy Jezusa uważali, że "odszedł od zmysłów" (Mk 3, 21), tak bardzo Jego zachowanie odbiegało od normy, tak było ekscentryczne. Aby przystosować vita evangelica do dzisiejszego świata, my, dominikanie z pewnością musimy być nieco dalej od norm, nieco bardziej ekscentryczni, nieco mniej zrównoważeni i konwencjonalni. Co takiego robimy dzisiaj, aby inni mogli sądzić, że "postradaliśmy zmysły"? Raport Komisji Missione Ordinis na kapitule generalnej w Bolonii postawił pytanie: "Jeśli żyjemy tym, co głosimy, jeśli nasze życie prawdziwie jest służbą Ewangelii, prowadzącą nas po różnych drogach ponad granicami, wówczas na szczęście będzie w nas zamieszkiwać jakaś szczypta ewangelicznego szaleństwa"38.


V. PROFESJA DOMINIKAŃSKA, PROFESSIO IN MANIBUS

32. Zwięzły zarys historii, źródła biblijne mające pomóc w rozpoznaniu naszego powołania, echa naszych kontemplacyjnych korzeni, studium i formacja jako droga do przebycia, wezwanie do misji jako wyjście naprzeciw tym, którzy pragną i łakną Ewangelii, nawet kiedy o tym nie wiedzą... w tej prowadzonej wspólnie refleksji, która stała się "listem do Zakonu", nie mogło zabraknąć odniesienia do prawa kanonicznego.

Pośród otaczającego nas poczucia zagrożenia, wszystkich wydaje się trawić pragnienie poznania "tego, co się wydarzy", "tego, co nas czeka", "w jakim kierunku i ile czasu musimy iść, aby osiągnąć cel", "jakie etapy należy przewidzieć, aby uzyskać wynik", "ile szczebli musimy jeszcze pokonać, zanim dojdzie do całkowitej realizacji". Wszystko to jest nieobce naszemu dominikańskiemu życiu: pragniemy i wymagamy, aby inni byli jednoznaczni, wiarygodni, niezmienni (zwłaszcza przełożeni!).

33. A przecież jesteśmy wezwani do tego, by być kaznodziejami, prorokami. Być prorokiem nie znaczy znać lub odgadywać przyszłość, jasno ją widzieć, dawać gwarancje. Bóg powołuje proroków do odczytywania historii w świetle Jego Słowa; do odczytywania Słowa przy wsłuchiwaniu się w wydarzenia. Prorocy nie są powołani do odczytywania przyszłości z dłoni, jak wróżbici.

To prawda, dłonie pokazują to, co kryje się w sercu. Każdy gest naszych rąk ujawnia to, co w nas tkwi. (Aby o tym wiedzieć, wcale nie trzeba być Włochem czy Argentyńczykiem!) Łagodność pieszczoty, gwałtowność agresywnego ruchu, życie w rękach siewcy, śmierć w rękach mordercy...

34. Na samym początku życia dominikańskiego, po nowicjacie, wszyscy uczyniliśmy bardzo wymowny gest: włożyliśmy dłonie w dłonie osoby, która przyjmowała naszą profesję.

Pewien artykuł Antoninusa M. Thomasa OP, który przeczytałem w okresie studiów nad prawem kanonicznym, jeszcze dzisiaj jest dla mnie inspirujący w tej dziedzinie. Wybitny historyk prawa Zakonu uczy nas, że dominikanie zaczerpnęli ten gest, jakże istotny podczas obrzędu profesji, od gestu stosowanego wówczas przez cysterskich "konwersów"39.

Bracia konwersi cystersów składali profesję w kapitularzu na ręce opata, podczas gdy inni mnisi czynili to w kościele opackim, w dokumencie pisanym, składanym na ołtarzu na znak daru ofiarnego i monastycznej stabilności (w czasach św. Dominika tak samo wyglądał obrzęd profesji u kanoników regularnych, w tym premonstratensów): istotnie, mnisi i kanonicy regularni byli w szczególny sposób związani ze swoim klasztorem i z klasztornym kościołem.

Bracia dominikanie składali profesję - tak jak cysterscy konwersi - w kapitularzu, przez dar z własnych dłoni. Jeśli oblatio super altare symbolizuje dla mnichów i kanoników więź z opactwem i kościołem kanonicznym, to professio in manibus, będący głównym elementem profesji dominikańskiej, otwiera przed kaznodziejami drogi apostolatu.

35. Wszyscy składaliśmy profesję przez dar z własnych dłoni, a jednocześnie przez dar z dłoni tych, którzy obejmując nasze dłonie, przyjmowali naszą profesję. Jest to wzajemna wymiana woli. Dłonie otwarte na łaskę Bożą, otwarte na miłosierdzie braci i sióstr, z którymi angażujemy się we wspólną przyszłość, nawet ich nie znając!

To prawdziwy znak wzajemnego zaufania. Nasza przyszłość w rękach naszych braci, naszych sióstr. Przyszłość naszych braci, naszych sióstr, w naszych dłoniach. Oto cała trwałość dominikańska: opiera się tylko na trwałości naszej profesji posłuszeństwa!

Składając profesję, nie związaliśmy zaangażowania naszego życia i naszej przyszłości z określonym opactwem czy kościołem kanonicznym. A przecież czasami mogłoby się wydawać, iż ślubowaliśmy, że pozostaniemy w danym konwencie czy domu; że będziemy zajmowali pewne stanowiska czy pełnili pewne funkcje, albo przeciwnie, nie podejmowali żadnej odpowiedzialności; że nie opuścimy rodzinnego miasta czy ojczystego kraju; że pozostaniemy tam, gdzie "dobrze się czujemy", w dobrym towarzystwie, wśród przyjaciół...

36. Nie zapominam o tym, że dominikańskie wędrowanie kryje różną treść i przybiera różne cechy, zależnie od gałęzi Zakonu (mam tu na myśli zwłaszcza mniszki kontemplacyjne i świeckich). Dlatego nie chcieliśmy ograniczać znaczenia wędrówki do pakowania walizek na wyjazd. Zwłaszcza że - jeśli dobrze patrzeć - z radością można stwierdzić, że mniszki kontemplacyjne i świeccy także nas uczą dominikańskiego wędrowania.

Wiele mniszek wielkodusznie pragnęło "wyjechać", aby zakładać nowe fundacje; inne zrobiły to, aby pomóc klasztorom będącym w potrzebie. Niektóre wspólnoty kontemplacyjne, uznając ubóstwo swoich środków, małą liczbę sióstr, brak powołań, postanowiły połączyć się z innym klasztorem, aby żyć powołaniem, do którego wezwał je Pan, "aby mieszkać razem w jednomyślności, tworząc jedno serce i jedną duszę" z dala od klasztoru, do którego pierwotnie wstąpiły.

Wielu świeckich zaś jest gotowych wyjechać jako wolontariusze, aby głosić Ewangelię w dalekich krajach, współpracując z misją apostolską wspólnot dominikańskich.

37. Niestety, wobec asygnaty czy zmiany funkcji lub stanowiska we wspólnocie, odrzucamy motywy tych, którzy zapraszają nas do "wyjazdu", gdyż ograniczamy rozumienie tych motywów do dwóch umniejszających kategorii: albo ma to być awans, w poszukiwaniu urojonego czy zasłużonego cursus honorum, albo kara. Być może pasuje to do innych światów, tych, których wyrzekliśmy się, takich jak świat przedsiębiorstwa, rywalizacji, kariery politycznej czy akademickiej. Ale w życiu dominikańskim ta postawa niszczy zaufanie, zrywa uległość, rani wędrowanie, marnuje nieskończenie wiele możliwości.

W bardzo wielu sytuacjach, wobec zmiany asygnaty, stanowiska czy funkcji, jakie należy objąć lub opuścić, itd., natychmiast, jakby odruchowo, nasuwają nam się na myśl zdania typu: "sumienie mi nie pozwala tego przyjąć...". Łatwo zapominamy o sławetnym rozróżnieniu między "świadomością psychologiczną" i "świadomością moralną"! Mylą nam się nasze emocje, uczucia, samoświadomość, z sądem rozumu praktycznego, który nasza profesja in manibus w sposób nadprzyrodzony podniosła do rangi aktu wiary w Boga oraz w naszych braci i siostry.

38. Poczynając od tego jakże dawnego i wymownego gestu naszej dominikańskiej profesji40, zaczęliśmy doświadczać w naszym życiu tajemnicy Paschy Jezusa, ars moriendi et nascendi, umrzeć, aby żyć. Dlatego złożyliśmy nasze życie i naszą przyszłość w ręce innych.

W bazylice św. Sabiny, naszym kościele konwentualnym w Rzymie, na jednej z płyt nagrobnych widnieje wymowna inskrypcja, streszczająca życie pochowanego tam człowieka41:

UT MORIENS VIVERET – VIXIT UT MORITURUS
(aby żyć po śmierci - żył jako człowiek przeznaczony na śmierć)

Jezus powiedział: "Jeśli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie samo jedno, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity" (J 12, 24).

Po zmartwychwstaniu, kiedy Tomasz chciał "zobaczyć, aby uwierzyć", używając dłoni i palców do zmierzenia i sprawdzenia tego, co mu zapowiedzieli bracia, sam Jezus go zachęcił: "zobacz moje ręce". Po zmartwychwstaniu przebite dłonie Jezusa wciąż są znakiem przyszłości, pełnej nadziei i życia.


VI. ZAMIAST PODSUMOWANIA

39. Rankiem 21 maja 1992 roku br. Damian Byrne poprosił, bym mu towarzyszył do Palazzo San Calisto na rzymskim Zatybrzu. Na kilka dni przed wyjazdem ze św. Sabiny na kapitułę generalną w Meksyku, ten wielki dominikański misjonarz, ubogi wędrowiec, chciał pozdrowić kardynała Eduardo Pironio42. Kiedy szliśmy na spotkanie, br. Damian powiedział mi tak: "Nigdy nie słyszałem nic piękniejszego o św. Dominiku i o Zakonie niż to, co powiedział Kardynał na kapitule generalnej w 1983 roku"43.

Zawsze mnie ciekawiły te jakże dominikańskie słowa skierowane do kapituły w Rzymie. W Archiwum Zakonu nie ma dokumentu na piśmie, ale jest nagrana kaseta. Przyznaję, że ogarnęło mnie wielkie wzruszenie, gdy usłyszałem głosy ich obydwu, br. Damiana Byrne’a i kardynała Pironio!44

Będąc żebrakami, zapożyczamy także idee, tak jak posłaniec dostaje świadectwo z rąk kogoś innego i zaraz biegnie przekazać je następnemu. Nieśmiało parafrazuję tych, którzy nas poprzedzili na drodze wiary, aby głosić to innym.

40. Kiedy Pan powierza jakąś misję, niezmiennie powtarza te trzy zdania:

"Oto posyłam cię...". Posłanie, misja z pewnością pochodzi od Boga. Wola ta wyraża się poprzez wolę braci lub sióstr, ale misja pochodzi od Boga: "Oto posyłam cię...". Daje to wiele odwagi, a zarazem wiele pogody ducha.

"Nie lękaj się...". Dla kaznodziei jest to bardzo ważne. Pod warunkiem, że będzie on prawdziwie ubogi; w ten sposób bowiem czujemy się niezbyt pewni siebie samych, ale pokładamy ufność w Bogu oraz w naszych braciach i siostrach. Właśnie z ubóstwa kaznodzieja czerpie szczególną siłę, która czyni go prorokiem nadziei. Kaznodzieja to ktoś, kto właśnie dlatego, że jest ubogi i że opiera się tylko na Bogu, nie lęka się i nie dopuszcza, by inni się lękali: jesteśmy bowiem świadkami Zmartwychwstania!

"Jestem z tobą...". Pan zawsze nam towarzyszy, "jestem z tobą, będę szedł z tobą". Dodaje nam otuchy i skłania do głębokiego zaangażowania w misję, którą powierzył nam jako kaznodziejom Ewangelii w tym opatrznościowym czasie Kościoła i historii.

Świat czeka szczególnie na przekazywanie Słowa Bożego. Św. Katarzyna ze Sieny powiedziała o św. Dominiku, że "podjął urząd Słowa"45. Każdy dominikanin, każda dominikanka jest powołany do tej misji na mocy swojej profesji. Będzie też musiał dać się całkowicie przeniknąć Słowu Bożemu, aby móc przekazywać to Słowo, które stało się ciałem, historią, czynem. Jesteśmy powołani do przekazywania Dobrej Nowiny wszystkim narodom, łącząc prawdę z miłością, dochowując wierności prawdzie i miłości. Prawdzie, gdyż jest ona cechą szczególną dominikanów; miłości, gdyż kochamy tę prawdę tak, jak kocha się osobę. Na tej miłości opiera się nasze życie dominikańskie, czerpiące u źródeł Reguły św. Augustyna. Św. Dominik Guzmán znalazł w niej inspirację, gdyż pragnął posłać poza znane wówczas granice apostołów będących ludźmi kontemplacji, tak jak Jezus posłał apostołów; mocno więc trzymał się Ewangelii.

Jezus posłał Piotra na głębię, by tam zarzucił sieci. Szymon, wytrawny znawca mórz, łodzi i sieci rybackich, odparł, że trudził się przez całą noc i niczego nie złowił. Ale wspierany słowem Jezusa zarzucił sieci i uzyskał obfity połów! (por. Łk 5, 4-6).

Powtarzam po prostu Ewangelię Jezusa Chrystusa i zachętę, jaką skierował do nas papież Jan Paweł II na zakończenie Wielkiego Jubileuszu Roku 2000:

"DUC IN ALTUM! Idźmy naprzód z nadzieją! (...) Przemierzając drogi świata na początku nowego stulecia, musimy przyspieszyć kroku"46.

15 sierpnia 1217 roku, w dzień "dominikańskiego Zesłania Ducha Świętego", przyzywając Ducha Świętego przed zgromadzonymi braćmi, Dominik ogłosił, że postanowił w sercu posłać ich wszystkich w świat, chociaż byli nieliczni. Niektórzy zaoponowali, ale on odparł bez wahania: "Nie sprzeciwiajcie się, wiem, co robię"477. W ten sposób rozwiał wszystkie ich obawy. Pokrzepieni jego słowem, bracia "zgodzili się bez oporu, pełni nadziei, że ta decyzja doprowadzi do szczęśliwego rozwiązania"48.

Jak Wam mówiłem, stronice te - może nazbyt długie? - są owocem refleksji wspólnotowej. Zapraszam Was, byście je rozważali, indywidualnie i we wspólnocie(!), i byście razem ze mną się modlili:

"Boże miłości i wierności, który nam zesłałeś swoje Słowo, aby było naszą drogą, pozwól, abyśmy idąc tą drogą śladami św. Dominika, «szli z radością i myśleli o naszym Zbawicielu». Amen"49.


fr. Carlos A. Azpiroz Costa OP
generał Zakonu




1 Trwają prace nad przygotowaniem do druku zbioru najbardziej znaczących przesłań, jakie skierowali do Zakonu br. Aniceto Fernandez, br. Vincent de Couesnongle, br. Damian Byrne i br. Timothy Radcliffe. Z wielką nadzieją oczekuję, że zbiór ten ukaże się niebawem w paru językach, pod tytułem Laudare – Benedicere – Praedicare: Przesłania do Zakonu (1961-2001).

2 Libellus Iordani de Saxonia, 14; wyd. A. Waltz OP, w: MOPH XVI (Romae 1935), 33-34.

3 M.-H. Vicaire, Histoire de saint Dominique, tom I (Paris 1982), 126.

4 por. Libellus, 15.

5 Libellus, 16.

6 Hi 42, 5.

7 por. Acta Canonizationis S. Dominici; wyd. A. Waltz OP, w: MOPH XVI (Romae 1935), 161.

8 Łk 10, 38-42.

9 por. Humbert z Romans, uskarżający się na tych, których jedyną namiętnością była kontemplacja i którzy odmawiali służenia innym przez głoszenie Słowa. Źródło: konferencja br. Paula Murraya, Odzyskać kontemplację, na kapitule generalnej w Providence, 2001.

10 por. Łk 11, 27-28.

11 por. np. Mt 12, 50; 21, 31; Mk 3, 35; Łk 12, 47; J 7, 17; 9, 31; Ef 6, 6; Hbr 10, 36; 13, 21; 1 J 2, 17.

12 por. Konstytucja Podstawowa; LCM V.

13 por. LCM 36.

14 J 12, 1-3.

15 Koh 3, 1-5.

16 por. Łk 12, 54-56.

17 por. Pnp 3, 1-3.

18 J 4, 34.

19 por. Joz 22, 5.

20 Łk 24, 13 nn.

21 Providence, 355.

22 J 21, 18.

23 Fides et ratio, 48: "Złudne jest mniemanie, że wiara może silniej oddziaływać na słaby rozum; przeciwnie, jest wówczas narażona na poważne niebezpieczeństwo, może bowiem zostać sprowadzona do poziomu mitu lub przesądu".

24 Super Epist. ad Col., 91-92. Por. Fides et ratio, 37-38: "«Baczcie, aby kto was nie zagarnął w niewolę przez tę filozofię będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie» (2, 8). (...) Śladem św. Pawła inni pisarze pierwszych wieków, zwłaszcza św. Ireneusz i Tertulian, wypowiadają się krytycznie na temat pewnej tendencji kulturowej, która próbowała podporządkować prawdę Objawienia interpretacji filozofów. (...) Nie znaczy to jednak, że nie troszczyli się o głębsze zrozumienie wiary i jej uzasadnień. Wręcz przeciwnie".

25 Akta, 17, A.

26 Akta I, 22, 1-5.

27 Akta 43, I.

28 Akta 51.

29 Akta 20.9.

30 Akta 33.

31 Akta, Apendyks I, 4.3.2.

32 Akta 461.

33 Welcoming the Stranger, Interpretation and Obedience, Minneapolis MN: Fortress Press, 1991, s. 290-310.

34 Ceslas Spicq, tłum. i wyd. James D. Ernest, Theological Lexicon of the New Testament, tom 3, Peabody MA: Hendrikson Publishers, 1996, s. 195-200.

35 Making Room, Recovering Hospitality as a Christian Tradition, Grand Rapids MI & Cambridge UK: William B. Eerdmans Publishing Company, 1999, s. 97.

36 The Theological Foundations of Dialogue, Focus, tom 22, nr 1, 2002, s. 15-16.

37 Deklaracja Sound the Gong. Conference on Interfaith Dialogue: 2001, wyd. Vicente G. Cajilig OP, Manila, Uniwersytet św. Tomasza, 2002, s. 6.

38 4.3.3., ostatnie słowo: szaleństwo.

39 A. Thomas, La profession religieuse des dominicains, w: Archivum Fratrum Praedicatorum 39 (1969), 5-52, zwłaszcza 5-22.

40 Gest ten nawiązuje także do feudalnego homagium, jakie wasal składał swemu seniorowi, i do niektórych umów zawieranych w starożytnym Rzymie, a nawet do niektórych gestów biblijnych.

41 Mam na myśli płytę nagrobną kardynała d’Auxia (zm. 1484); przekład swobodny.

42 Eduardo Pironio złożył profesję w Buenos Aires (1947) w kapłańskiej gałęzi tego, co wówczas jeszcze nazywano Trzecim Zakonem, na ręce br. Manuela Suáreza, ówczesnego generała Zakonu. Kilka lat później ukończył studia teologiczne na Angelicum w Rzymie (1953-1954). Był prefektem Kongregacji do spraw Zakonów i Instytutów Świeckich (1975-1983) oraz przewodniczącym Papieskiej Rady Świeckich (1983-1996). Zmarł 5 lutego 1998 roku.

43 Jako prefekt Kongregacji do spraw Zakonów i Instytutów Świeckich kardynał złożył wizytę kapitule, zebranej na Angelicum, 21 września 1983 roku.

44 Nie było to wcześniej przygotowane i napisane przemówienie; na prośbę generała Zakonu kardynał skierował kilka słów do zgromadzenia. W Archiwum Zakonu przechowywana jest kaseta z nagraniem z tego spotkania [por. AGOP III 1983/17 Roma – Cassette degli interventi].

45 Dialog o Bożej Opatrzności czyli księga Boskiej nauki, tłum. Leopold Staff, Klub Książki Katolickiej, Wydawnictwo W drodze, Poznań 2001, s. 423.

46 Novo Millenio Ineunte (6 stycznia 2001), 58.

47 Testimonium fratris Iohannis Hispani, w: Acta Canonizationis S. Dominici – wyd. A. Waltz OP, w: MOPH XVI (Romae 1935) 144.

48 por. Libellus 47.

49 Liturgia de las Horas O.P. - wydanie w języku hiszpańskim (Roma 1988) 1811, nr 6.