MODLITWA JUBILEUSZOWA
na 800-lecie Zakonu


Boże, Ojcze miłosierdzia,
który powołałeś św. Dominika
na pełnego wiary
wędrownego kaznodzieję
i głosiciela łaski;
wylej na nas
Ducha Chrystusa Zmartwychwstałego,
abyśmy przygotowując się
do Jubileuszu Zakonu,
wiernie i z radością głosili
Ewangelię pokoju.

Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.
Czytelnia
Marcin Stanisław Gillet OP († 1951)
generał Zakonu Kaznodziejskiego (1929-1946)
Encyklika o duchowości dominikańskiej

Po encyklice o kaznodziejstwie dominikańskim i o nauce św. Tomasza, wydało się nam rzeczą konieczną napisanie trzeciej jeszcze - o duchowości dominikańskiej, a to z przyczyn następujących.

Zgodnie z naszymi Konstytucjami, natchnionymi bezpośrednio myślą św. Dominika, zarówno nasze nauczanie, jak i kaznodziejstwo powinno wypływać z obfitości i pełni naszej kontemplacji, musimy więc przede wszystkim wiedzieć, co dokładnie należy rozumieć przez kontemplację dominikańską, a raczej przez życie kontemplacyjne, do którego zobowiązują nas Konstytucje. Stanowi ono niewyczerpane źródło i z niego to winno nieustannie czerpać nasze życie czynne pod obu swymi postaciami apostolskimi: nauczania i kaznodziejstwa.

Nie ulega wątpliwości, że im lepiej będziemy znali istotę naszego życia kontemplacyjnego, im więcej będziemy się jemu oddawali, zachowując przy tym pełną świadomość jego przyczyn, w tym większym stopniu nasze nauczanie i nasze kaznodziejstwo będą nosiły cechę apostolską i dopomogą nam do pełnego urzeczywistnienia celu naszego Zakonu, którym jest zbawienie dusz.

Dlatego też pragniemy poświęcić tę encyklikę rozpatrzeniu duchowości dominikańskiej, która wyróżnia się tym, że życie czynne wykwita tutaj z kontemplacji: contemplata aliis tradere.

Ażeby uporządkować nieco i rozświetlić nasze zagadnienie wymagające licznych wyjaśnień, rozpoczniemy od przypomnienia, na czym polega według św. Tomasza kontemplacja w ścisłym tego słowa znaczeniu.

Następnie spróbujmy określić dokładnie istotę łączności, jaka w Zakonie św. Dominika powinna istnieć pomiędzy życiem kontemplacyjnym a działalnością apostolską.

Wówczas łatwo będziemy mogli określić charakterystyczne cechy duchowości dominikańskiej - wypływają one bowiem właśnie z tego stosunku przyczyny i skutku, jaki istnieje pomiędzy życiem a kontemplacyjnym apostolstwem.

Gdybyśmy chcieli wyłożyć w całej rozciągłości naukę św. Tomasza o kontemplacji, należałoby napisać cały tom. Jest więc rzeczą zrozumiałą, że nie chcąc przekraczać ram encykliki, ograniczamy się do najbardziej istotnych kwestii. Należy więc najpierw podkreślić, że św. Tomasz - wielka dusza kontemplacyjna - był jednocześnie genialnym teologiem, który wiele trudu włożył w zbadaniu istoty kontemplacji mistycznej: z właściwą sobie jasnością ustalił jej przyczyny i skutki, korzystając przy tym przy rozwiązaniu tych niezmiernie doniosłych zagadnień z osobistego doświadczenia.

Skoro posiadamy tak pewnego i tak dobrze poinformowanego przewodnika, możemy mieć pewność, że nie zbłądzimy: w świetle zaś tego, co on mówi, zrozumiemy lepiej, jak my sami powinniśmy postępować.

Obecność Boga przy kontemplacji

Swoją naukę o kontemplacji zbudował św. Tomasz na fundamencie obecności Ducha Świętego w duszach znajdujących się w stanie łaski.

Najpierw przypomina on, że Bóg, jako bezpośrednie źródło bytu, z tego właśnie tytułu jest w sposób konieczny obecny we wszystkich stworzeniach przez swą działalnością stwórczą zachowawczą. Jestem Tym, Który Jest - ty zaś tą, która nie jest - pouczał sam Bóg św. Katarzynę ze Sieny, ażeby dokładnie wskazać, że każdy byt stworzony w swym istnieniu, życiu i czynnościach, zależny jest od działalności Stwórcy, jak rzeka od źródła, które ją żywi, jak ogień od zarzewia, z którego wytryska.

Ta stwórcza obecność Boga we wszystkich stworzeniach w duszy sprawiedliwej wzbogaca się obecnością o wiele bardziej zażyłą, łaska bowiem uświęcająca, która przekształca naturę ludzką nie dla jej zniszczenia, lecz udoskonalenia, daje jej udział w naturze i życiu samego Boga. Mówimy wtedy, że Duch Święty zamieszkuje osobiście w duszy sprawiedliwej. Bez wątpienia obecność Ducha Świętego nie wyklucza równoczesnej obecności Ojca i Syna: sprawia jedynie, że obecność ta jest obecnością z miłości.

Wobec tego stwórcza obecność Boga rozciąga się na wszystkie stworzenia, dotyczy każdego z nich i odnajdujemy ją wszędzie tam, gdzie spotykamy choć atom bytu, którego istnienie musi być podtrzymane. Stwórcza miłość natomiast urzeczywistnia się wyłącznie w duszy, znajdującej się w stanie łaski, co sprawia, że jest ona połączona z Bogiem węzłem miłości. Duch Święty przebywa nieustannie w jej wnętrzu. Staje się jej stałym gościem i zamieszkuje w niej tak długo, jak długo grzech nie przerwie istniejących węzłów. Stopień zaś zażyłości zależy w praktyce od wierności, z jaką dusza odpowiada swoją miłością na miłość Boga.

Pozostaje nam określić środki, którymi rozporządza dusza w stanie łaski, dla uświadomienia sobie z ich pomocą miłującej obecności Boga i dla korzystania z niej dla własnego doskonalenia.

Odpowiedź na to pytanie wprowadza nas od razu w samo serce kontemplacji. Zgodnie bowiem z jednogłośną opinią teologów, a zwłaszcza największego w ich gronie, św. Tomasza, i stosownie do poglądów najlepszych autorów mistycznych, kontemplacja polega na widzeniu Boga: rzecz oczywista nie chodzi tutaj o widzenie Boga twarzą w twarz w Jego olśniewającej boskiej istocie - takie możliwe jest wyłącznie tylko w niebie, nie zaś na ziemi - lecz o oglądanie Go w naszej duszy, gdzie przebywa tak długo, jak długo łaska uświęcająca podtrzymuje nasze osobiste z Nim stosunki.

Niezależnie od odchyleń, jakie pojawiają się w ich poglądach, od różnic w formułowaniu mniej doniosłych kwestii, wszyscy teologowie i mistycy utrzymują zgodnie, że kontemplacja w życiu doczesnym polega na widzeniu Boga; zgadzają się również co do tego, że owo widzenie Boga w najbardziej ukrytych głębinach naszej duszy, gdzie przebywa, można osiągnąć poprzez zasłony i mroki wiary jedynie wtedy, gdy dusza pod natchnieniem Ducha Świętego, korzystając z Jego darów, pod wpływem miłości oświeconej wiarą i kontrolowanej w jej przejawach przez nadprzyrodzoną roztropność, oddaje się praktykowaniu cnót moralnych; oczyszczając wtedy przez pokutę swoje zmysły, pracuje jednocześnie nad oczyszczeniem serca oraz umysłu.

Pozostawmy na razie poza zasięgiem naszych rozważań warunki natury moralnej i ascetycznej, których spełnienie jest konieczne, aby dusza w stanie łaski mogła oddać się kontemplacji. Jest rzeczą oczywistą, że dla oglądania Boga trzeba posiadać czyste serce i czysty umysł. Dusze prawdziwie kontemplacyjne wszystkich czasów rywalizowały ze sobą w gorliwości, zmierzając do zdobycia za wszelką cenę, nawet za cenę najbardziej heroicznych cnót i największych umartwień fizycznych, owego podwójnego oczyszczenia.

Cnoty teologiczne a kontemplacja

Zapytajmy raczej, dlaczego kontemplacja wymaga również, a przede wszystkim praktykowania cnót teologicznych, zwłaszcza wiary i miłości, skoro dla oglądania Boga konieczne są szczególne światła Ducha Świętego, nazywane w terminologii teologicznej darami? Dzieje się to dlatego, że bez wspomnianych cnót, które są w naszym umyśle i w naszej woli przedłużeniem łaski uświęcającej, wlanej przez Boga do naszej duszy, Duch Święty nie mógłby w niej przebywać.

"Bóg - powiada św. Tomasz - znajduje się we wszystkich stworzeniach przez swoją działalność, jednocząc się z nimi dla dania im bytu i jego zachowania; tylko jednak święci swoim wysiłkiem duchowym, tj. przez poznanie i miłość, mogą dosięgnąć Boga i posiadać Go w swoim wnętrzu w pewien sposób... Nie zamieszkuje On bynajmniej wszędzie, lecz tylko w świętych przez swoją łaskę. Nawet jeżeli nie znają Go i nie kochają w sposób aktualny, przebywa w nich, o ile tylko za pośrednictwem łaski uświęcającej posiadają cnotę wiary i miłości. Taki jest stan ochrzczonych niemowląt. Razem z darem łaski uświęcającej dusza sprawiedliwych otrzymuje Ducha Świętego, który przybywa, aby w niej zamieszkać. Sam Duch Święty został jej dany i posłany do niej".

Przez wiarę przyjmujemy niezachwianie prawdy, które nam Bóg objawił i których naucza za pośrednictwem swego Kościoła. Bez wątpienia jednak wiara nie może sprawić, abyśmy Boga oglądali. Pozwala nam ona poznawać w sposób pewny, jakkolwiek nieoczywisty, niektóre tajemnice dotyczące Jego natury, Jego życia wewnętrznego, związków miłości pomiędzy Nim a nami, które to tajemnice podobało się Jemu nam objawić; w swej istocie są one znane tylko Bogu, ale Jego nieomylne świadectwo zapewnia nam ich prawdziwość, a jednak wewnątrz świetlanego kręgu wiary, który Bóg, jeśli można tak powiedzieć, zakreślił własną ręką, objawiając nam tajemnice prawdy, dusze święte mogą, jak nas zapewniają teologowie czerpiący swe natchnienie od św. Tomasza oraz mistycy opierający się na własnym doświadczeniu, wzbogacać oderwaną i wspólną wszystkim ludziom znajomość prawd objawionych przez ich znajomość szczególną i bezpośrednią; doświadczają one Boga osobiście, o ile tylko miłują Go dla Niego samego i ponad wszystko; ze względu na tę miłość wchodzą z Nim w ścisłe stosunki.

Powstaje pytanie, dlaczego miłość posiada ten przywilej, że pozwala poznawać Boga w sposób szczególny, a nie posiada go wiara, jakkolwiek ona właśnie musi oświecać miłość? W jaki sposób umysł wierzącego pod wpływem miłości może sobie uświadomić stosunki osobiste i ścisłe, jakie utrzymuje dusza z Bogiem, oraz szczególne skutki, które są ich wspaniałymi następstwami?

Miłość jest przyjazna, poucza nas św. Tomasz. Przyjaźni, ogólnie biorąc, właściwym jest ustanawianie związku rzeczywistego oraz osobistego pomiędzy dwoma przyjaciółmi; to samo dzieje się, gdy chodzi o miłość istniejącą pomiędzy Bogiem a duszą. W przeciwieństwie do umysłu, który nawet wtedy, gdy bierze w posiadanie prawdy objawione przyjmowane za pośrednictwem wiary, przyjmuje je w sposób oderwany i ogląda Boga tylko za ich pośrednictwem, wola rozpłomieniona miłością zmierza do zjednoczenia z Bogiem, do rzeczywistości Bożej pojmowanej bez pośrednictwa. Zachowując oczywiście pełną proporcję, można by powiedzieć, że miłość Boga podobna jest do miłości ludzkiej. Jej istotę stanowi osobiste zjednoczenie się z Bogiem jako istotą kochaną. Dusza ludzka kocha Boga tylko dlatego, aby z Nim się zjednoczyć, aby stać się z Nim nierozerwalną całością. W porządku uczuć ludzkich różnego rodzaju przeszkody mogą utrudnić podobne zjednoczenie; gdy zaś chodzi o duszę miłującą Boga, która pragnie urzeczywistnić swoje zjednoczeniem z Nim, żadne przeszkody nie powstają z Jego strony. Jest On wszędzie i zawsze obecny z racji swej działalności stwórczej. "Albowiem w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy". Jest On nam bardziej bliski niż my sami sobie. Wobec tego duszy, która posiada miłość, która miłuje Boga z całego swego serca, ze wszystkich swych sił i ze wszystkiego umysłu, dla Jego znalezienia, dla zupełnego zjednoczenia się z Nim, dla rzeczywistego Jego osiągnięcia i osobistego Jego ogarnięcia, wystarczyłoby, aby weszła w siebie. Z drugiej strony widzimy - poucza nas o tym wiara, - że Bóg ze swej strony stara się nam ułatwić owo zjednoczenie, a nawet spowodować je, uczynić je owocnym. "Jeśli Mnie kto miłuje, będzie przestrzegał nauki mojej i Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i przebywać będziemy u niego"...

W ten sposób tłumaczy się zamieszkiwanie Ducha Świętego w duszach sprawiedliwych. To nie Bóg zmienia swój stosunek wobec nas. Jego działalność stwórcza, która sprawia, że jest On obecny w nas, jak w każdym innym stworzeniu, aby dać nam i podtrzymać nasze istnienie wraz z tym wszystkim, czym nas obdarował stwarzając nas z nicości z pewnego rodzaju potrzeby, właściwym wielkim sercom, aby całkowicie oddawać się innym; Jego działalność stwórcza, powtarzamy, zawiera w sobie wszystkie pozostałe jego dary: Wcielenia, Odkupienia, przeznaczenia. Ze strony więc Boga nie tylko nic nie sprzeciwia się naszemu z Nim zjednoczeniu, lecz wręcz przeciwnie. Jeżeli tylko miłujemy Go tą boską przyjaźnią, którą miłość urzeczywistnia i jeżeli szczerze szukamy spotkania z Nim, wszystkie przeszkody są usunięte. Rozumiemy teraz, dlaczego dusze święte w swej kontemplacji zmierzają ze wszystkich sił swej woli, przebóstwionej miłością, do zjednoczenia się z Bogiem; dochodzą do Niego i zachwycają się słodyczą i owocnością tego związku.

Istota kontemplacji

Jest to niewątpliwe w odniesieniu do wszystkich dusz kontemplacyjnych, że opiewają nam one nie tylko swoje osobiste z Bogiem zjednoczenie, lecz opisują również szczegółowo Jego istotę i odkrywają Jego tajemnicę. Z różnorodnych opisów wiemy, że doprowadza ona do pewnego rodzaju wizji Boga, do kosztowania i bezpośredniego doświadczenia.

Święty Tomasz czyni uwagę, że byt, który kochamy, w nas się znajduje. Dociera on tam przede wszystkim przez uczucia sympatii, jakie odczuwamy pod jego wpływem. Stwierdzamy też, że kształtuje on nas wewnętrznie. Znajdujemy w nim upodobanie. I to uczucie stanowi miłość. Potem następuje pragnienie i dążenie, które doprowadza nas do rzeczywistego korzystania z przedmiotu naszej miłości i do spoczywania w nim. Pociągający nas przedmiot w swej istocie substancjalnej pozostaje zawsze w stosunku do nas zewnętrznym. Nasze serce nie utożsamia się z nim. Podlegamy jednak rzeczywiście jego działaniu, jest więc w nas pomimo wszystko.

My zaś jesteśmy w nim. Dowodem tego jest fakt, że uważamy za nasze własne dobro lub zło, to, co cieszy lub dotyka istotę przez nas kochaną, odczuwamy jako nasze własne radości i bóle. Jej życzenia stają się naszymi, stanowimy w ten sposób jedno.

Co jest prawdziwe w odniesieniu do każdej miłości, do każdej przyjaźni, w większym jeszcze stopniu znajduje zastosowanie, gdy chodzi o miłość Boga. Tutaj bowiem istotą kochaną, przyjacielem jest Bóg, który jest miłością - Deus caritas est - który zamieszkuje w nas i według słów św. Pawła "błaga za nami wzdychaniami niewymownymi", o którym wiemy, że stworzył nas w miłości; nią kierowany przyszedł na świat, cierpiał i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. To Bóg miłości, miłość wprowadza nas w bezpośrednie z nim stosunki. Dlaczego by więc w tych warunkach zwykłe skutki przyjaźni, opisane przez św. Tomasza, nie miały się urzeczywistnić pomiędzy Bogiem a duszą, jeżeli milcząco miłują się aż do spotkania się, do zjednoczenia się, do utworzenia jednolitej całości? Takie zjednoczenie rzeczywiste i osobiste, a nie tylko idealne i abstrakcyjne, jakiego dostarcza zwykłe poznanie, musi być owocne i przynosi duszy, która go doświadcza, bezpośrednie ogarnięcie Boga i Jego tajemnic. Ukrywają nam one Boga tylko przejściowo, tak jak chmury ukrywają niedostępne wierzchołki gór.

W jaki sposób dusza zjednoczona z Bogiem w kontemplacji może uświadomić sobie to poznanie, to osobiste doświadczenie, to coś przedziwnie nowego, oryginalnego, osobistego, czemu towarzyszy taka pewność, że wiara sama przez nią się wzmacnia, staje się bardziej wnikliwą i pełną rozkoszy?

Kontemplacja a dary Ducha Świętego

Na to pytanie odpowiada św. Tomasz, że uświadamianie sobie poufnych stosunków między Bogiem a duszą i przejawów osobnego porządku, który w nich powstaje, odbywa się pod wpływem natchnień Ducha Świętego, za pośrednictwem daru rozumu, umiejętności i mądrości, wlanych duszy na chrzcie razem z łaską uświęcającą, a rozprzestrzenionych łącznie z cnotami nadprzyrodzonymi we władzach w postaci trwałej i stałej dyspozycji czyniących duszę powolną na tchnienie Ducha Świętego.

Jeżeli badamy kontemplację w celach wzbogacenia naszej wiedzy, jak to się czyni w pięknych i przydługich rozprawach poświęcanych jej we wszystkich czasach, wydaje się nam ona rzeczą raczej niezmiernie zawiłą. W rzeczywistości nie jest bardziej zawiłą, tak jak je przedstawiają dzieła z zakresu biologii medycyny, i tak jak życie, jest ona w swej istocie równie prostą. Można, Bogu dzięki, żyć bez znajomości nawet najbardziej pobieżnej definicji życia, nie czytając żadnych wyjaśnień biologów. Życie przynosi ze sobą obok zwykłych sposobów poznania i obrony, jakimi są umysł, pamięć, wyobraźnia i zmysły, wielki zespół instynktów, przyzwyczajeń, refleksji, doświadczeń, które pouczają bezpośrednio i niezawodnie, co należy czynić, a czego w praktyce unikać, aby można żyć moralnie i nie wystawiać się na niebezpieczeństwo wypadku choroby lub śmierci. U większości ludzi instynkt życiowy zastępuje wiedzę biologiczną lub medyczną i bardzo wyraźnie ją przewyższa co do pewności, jaką im daje.

Dziecko, niezdolne do pojęcia w jej rozumowym sformułowaniu tak prostej zasady, jak ta, że całość jest większa od części, posiada jednak praktyczne jej wyczucie. Jeżeli odczuwa głód, nie zawaha się, czy ma wybrać całe jabłko, czy też tylko jego połowę.

Genialny artysta, który nie ukończył wprawdzie odpowiedniej szkoły artystycznej, lecz otrzymał od natury wrodzone wyczucie piękna i żywi w swej duszy wielki szacunek i miłość dla swojej sztuki, w wyższym stopniu będzie zdolny do stworzenia arcydzieła niż najlepiej wyszkolony rzemieślnik, który zna wszystkie tajemnice techniki, lecz brak mu natchnienia, ponieważ nie dostaje mu talentu lub geniuszu. Jeżeli nawet geniusz jednoznaczny jest z długą cierpliwością i zakłada istnienie dużych zasobów wiedzy, pozostaje on przede wszystkim w sferze intuicji. Wielcy filozofowie, wielcy uczeni, wielcy artyści - to przede wszystkim "widzący". Posiadają szczególne wyczucie rzeczywistości, z którą nawiązują bezpośredni kontakt, pomijając pośrednictwo rozumowania lub techniki.

Podobnie, jakkolwiek w zupełnie odmiennym porządku pojęć, przedstawiają się sprawy, gdy chodzi o świętych i cnotliwych. Człowiek sprawiedliwy lub czysty, który praktykował te cnoty w życiu, większą posiada ich znajomość aniżeli najbardziej wykształcony moralista, który poświęcił im bardzo zasadnicze rozważania. Praktykowanie cnoty wytwarza specjalny instynkt i we wszystkich okolicznościach daje bezpośrednie jej poznanie. W określonym wypadku, gdy będzie chodziło o znalezienie natychmiastowego rozwiązania dla nieprzewidzianej trudności, święty znajdzie dzięki swemu wyczuciu znacznie szybciej i z większą pewnością, niż najbardziej nawet uczony moralista.

Co w odniesieniu do cnoty jest prawdą, jest nią również i wtedy, gdy chodzi o miłość. Z tej właśnie racji rodzice są urodzonymi wychowawcami swoich dzieci. Matka lepiej zna swego ukochanego syna, którego wydała na świat, karmiła i wychowywała, którego rozwój obserwowała z dnia na dzień, przyglądała się jego różnego rodzaju reakcjom w walce życiowej, była świadkiem budzenia się jego uczuć, codziennego rozwoju jego umysłu - niż najbardziej wykształcony wybitny wychowawca, żywiący zamiar wychowania go przez zastosowanie najbardziej nawet wypróbowanych metod pedagogicznych. Wychowa go ona pewniej i lepiej niż ten wychowawca właśnie dzięki instynktowi i temu poznaniu uczuciowemu, który wypływa u niej z doświadczenia użyźnionego przez miłość.

Uwagi powyższe zmierzają do wykazania pewnej wyższości intuicji nad rozumowaniem, ducha wnikliwości nad duchem ścisłości; nie mają one bynajmniej na celu pomniejszenia wartości wiedzy, doświadczenia lub techniki. Chodzi jedynie o wykazanie, że to, co się odbywa w kontemplacji, a co dotyczy doświadczenia bezpośredniego i osobistego obcowania duszy z Bogiem, posiada głębokie analogie w naturze i że mnożenie bytów, jak mówią ironicznie potwarcy scholastyki, przez dorzucenie do łaski uświęcającej cnót nadprzyrodzonych, a do nich jeszcze darów Ducha Świętego dla wyjaśnienie kontemplacji, odpowiada niezaprzeczalnej rzeczywistości, z którą należy się liczyć, zwłaszcza wobec ogólnej zgody mistyków co do ich rzeczywistości, a teologów - co do ich psychologicznego wytłumaczenia.

Dla św. Tomasza jest rzeczą konieczną, aby dusza dla swobodnego przyjmowania darów Ducha św. i zgodnego z nim postępowania była wyposażona w odpowiednie sprawności. Wiara jest podstawą naszego postępowania nadprzyrodzonego; przyjmuje ona w całości prawdy objawione, jakkolwiek ich nie pojmuje; wierzy na słowo. Pozostaje więc jeszcze zgłębienie tych prawd w tej mierze, w jakiej jest to możliwe; to zadanie przypada rozumowi. Następnie jest rzeczą konieczną wydanie o nich właściwego sądu. Nie chodzi tutaj tylko o uchwycenie brzmienia wyrazu, lecz o zdanie sobie sprawy z odpowiadających im pojęć. Wydanie tego sądu należy, gdy chodzi o rzeczy stworzone, do daru umiejętności, gdy zaś o rzeczy Boże - do daru mądrości. Lub też wyrażając się jeszcze ściślej: zarówno dar umiejętności, jak i mądrości orzekają o wszystkim, lecz pierwszy czyni to poprzez stworzenia, drugi poprzez Boga, w którym zawiera się najwyższa przyczyna rzeczy.

Tak więc trzy dary Ducha Świętego(umiejętności, rozumu i mądrości) są podstawą kontemplacji.

"W tym już życiu oko oczyszczone darem rozumu może w pewien sposób oglądać Boga". Kontemplacja jest prostym wejrzeniem, bezpośrednim poznaniem prawd Bożych. "Zadaniem mądrości jest kontemplowanie spraw Bożych", podobnie jak zadaniem umiejętności jest "prowadzenie nas poprzez stworzenia do kontemplacji Boga".

Wszystkie te trzy dary mają za podstawę i źródło swego światła - miłość. Kontemplacja jest poznaniem, które ma swe podstawy i swój kres w miłości. Dary, jakich ona wymaga, przynoszą w szczególny sposób powiększenie światła rozumu, ale światła, które wytryska z miłości. "Filozofowie i święci - zauważa wnikliwie św. Tomasz - nie w ten sam sposób rozumieją życie kontemplacyjne; filozofowie stawiają jako cel swej kontemplacji mądrość - sapere - poznanie metafizyczne i ono jest dla nich największym szczęściem (...) Kontemplacja zaś, o której mówią teologowie, polega nie tyle na poznaniu Boga przez mądrość (sapere), ile na rozkoszowaniu się Nim (sapor), urzeczywistnia się ona raczej w słodyczy i mądrości, aniżeli w samym rozważaniu".

Jeżeli więc ktoś studiuje dla poznania, nie zaś dla zbudowania się i wzrośnięcia w miłowaniu Boga, niechaj zrozumie jasno, że prowadzi życie kontemplacyjne filozofów, a nie to, o którym mówią teologowie.

Reasumując, u świętych miłość prowadzi do kontemplacji, a kontemplacja znajduje swój cel w miłości. Nie można kontemplować Boga bez miłowania Go, lecz święci kontemplują Go, aby Go więcej miłować.

Kiedy więc dusza kontemplacyjna, aktem swej woli przesyconej miłością, jednoczy się z Bogiem zamieszkującym w Niej przez miłość ściślej niż z samą sobą, Bóg zaś ze względu na ową boską zażyłość, jaka ich łączy, daje jej odczuć swoją obecność, zalewa ją radością, pociechami - lub wręcz przeciwnie: doświadcza ją w sposób dotkliwy i nieoczekiwany. Dary Ducha Świętego, które ta dusza posiada w swoim wnętrzu, czynią ją najpierw wrażliwą na natchnienie Boże, oraz sprawiają, że drga ona pod wpływem miłości Bożej, jaki na nią spływa. Następnie dary rozumu, umiejętności i mądrości, owe jak gdyby anteny miłości, zaczynają działać za poruszeniem Ducha Świętego i każdy z nich na swój sposób chwyta bezpośrednio to, co przynosi owo rzeczywiste zjednoczenie z Bogiem w miłości, owo Jego dotknięcie, owa milcząca wymiana miłości pomiędzy Bogiem a człowiekiem.

W takim wypadku dusza posiada jak gdyby niezachwianą pewność, że się nie myli, że to na pewno Bóg i Jego działalność się w niej przejawiają. Pewność ta rodzi się dzięki darowi rozumu, wytryskując z wiary, jaką dusza posiada; nie chodzi tu o całkowite wniknięcie w prawdy objawione, lecz tylko o ich odczucie w sposób boski, bez możliwości jednak udowodnienia, że nie ma nic pewniejszego od tych prawd; nie istnieje nic bardziej głębokiego, bardziej prawdziwego od owych tajemnic Bożych, w które wierzymy. Najpiękniejszy traktat apologetyczny nie zdołałby jej wlać takiej pewności, jak ta, która wypływa z Boga i jest specjalną łaską, darem Ducha Świętego. I raz już zatopiona w Bogu, ugruntowana w Nim, dusza czuje lub w pewien sposób, dzięki darowi umiejętności, wie, że poza Bogiem żadna istota stworzona nie ma pełnej wartości, że wszystko na tym świecie, stworzonym z miłości, istnieje dzięki Bogu i dla Boga; grzech ją zasmuca, ale nie gorszy. Wnikliwe wyczucie miłości Bożej, jakie posiada, poucza ją, że zło w ogólności, a grzech w szczególności mają swoje miejsce w świecie, swój sens istnienia w ramach dobra wyższego rzędu, zamierzonego właśnie przez Bożą miłość; w ogólniej symfonii istnienia wszystkie te dysonanse rozpływają się ostatecznie w umiłowaniu Boga i służą Jego chwale.

Dzięki mądrości pozwala skosztować tej miłości w sposób bezpośredni i wnikliwy. Dzięki niemu, dusza jednym prostym spojrzeniem pojmuje wszystkie tajemnice Boże, jakie przed nią stają; posiada wyczucie najwyższej dobroci Boga, który z jej obfitości, z pewnego rodzaju potrzeby dawania siebie, dopuszczania niektórych stworzeń do uczestniczenia w samym bycie, w swym życiu, w swej chwale, stworzył człowieka najpierw w stanie łaski i niewinności, później zaś cierpiał i umarł na krzyżu dla zbawienia grzeszników; następnie zechciał zamieszkać w duszach sprawiedliwych; szanując w pełni ich wolność, raczy pociągać je do siebie, aby zatopić je w miłości, zalać je pokojem. Wszystko to widzi w kontemplacji święta dusza, zjednoczona z Bogiem przez miłość, odczuwa z wielką siłą, w sposób nieodparty, bez rozumienia, w prostym wejrzeniu, kierowana jedynie miłością.

Oczywiście nim do tego dojdzie i nim w ogóle może do tego dojść, musi się ona sama oczyścić i otrzymać od Ducha oczyszczenie dla swoich zmysłów, serca i umysłu. To wyższe oczyszczenie powinno oddalić z jej serca każde uczucie, niezgodne z miłością Boga oraz uwolnić umysł od zaciemniających go wrażeń, nawet od pojęć ograniczonych, które mówiąc dokładnie, czym Bóg nie jest, w żadnym wypadku nie są zdolne dać nam poznać Go w istocie.

Duch Święty unosi duszę kontemplacyjną ponad sferę pojęć abstrahowanych. Kontemplacja bowiem, nie wymykając się spod kontroli wiary, jest jednak prostym wejrzeniem, milczeniem umysłu, które przewyższa świat wyobrażeń. Dzięki temu wejrzeniu dusza pod wpływem wolnej od wszelkich przymieszek miłości, jednoczącej ją z Bogiem, i oświecona Jego mądrością, przyjmuje Go w Jego nieskończonej głębokości, a jednocześnie transcendencji.

Jak wyjaśniają nasze Konstytucje, Zakon nasz od pierwszych chwil swego istnienia został specjalnie ustanowiony dla zbawienia dusz. Ze wszystkich więc sił powinniśmy dbać o to, aby stawać się mu pożytecznymi.

Gdy chodzi zaś o środki do osiągnięcia tego wzniosłego celu, są one takie, jakie nam przekazał św. Dominik. Do trzech ślubów: posłuszeństwa, czystości i ubóstwa należy dodać życie wspólne (vita communis), obserwancje monastyczne (observantiæ monasticæ), uroczyste odmawianie oficjum (divini officii solemnis recitatio) oraz ustawiczne studium Święej Prawdy (sacræ veritatis studium assiduum).

Widzimy więc, że nasze Konstytucje nie wymieniają kontemplacji wśród środków, mających służyć do zbawienia dusz. Ponieważ jest ona celem samym w sobie - i to najważniejszym, jako zjednoczenie duszy z jej Bogiem - nie może być ona nigdy poniżana do rzędu środków.

A jednak ten sam ustęp naszych Konstytucji, który przypomina apostolskie cele Zakonu przez wymienienie podporządkowanych mu środków, poucza również, że właśnie pod wewnętrznym wpływem bogatej i pełnej kontemplacji - ex abundantia et plentudine contemplationes - powinniśmy nauczać i głosić kazania, ponieważ nauczanie i obrona prawd katolickich są najlepszymi formami apostolstwa.

Jakież są więc związki pomiędzy naszym życiem dominikańskim, ustalonym w sposób ostateczny przez św. Dominika, a kontemplacją, z której według uroczystego oświadczenia naszych Konstytucji, jak ze źródła wód żywych powinno wypływać nasze nauczanie i nasza działalność kaznodziejska, jeśli chcemy urzeczywistnić apostolski cel naszego Zakonu - zbawienie dusz?

Oto pierwsze pytanie; spróbujmy dać na nie odpowiedź, zanim określimy i dla łatwiejszego właśnie określenia natury i zasięgu stosunków, jakie powinny łączyć kontemplację oraz działalność apostolską, po czym będziemy mówili o związkach między kontemplacją a apostolstwem.

Życie dominikańskie a kontemplacja

Pierwszą rzeczą, która uderza, gdy rozważamy w ogólności i w szczegółach życie apostolskie naszego Zakonu, jak je określają nasze Konstytucje, jest różnorodność środków, oddanych na nasze usługi dla czynienia tego życia owocnym; sprawia to wrażenie, że jest ono bardzo złożone.

Życie wspólne, umartwienia, uroczyste odmawianie oficjum oraz pilne studiowanie nauki świętej - na pierwszy rzut oka nie możemy dostrzec, w jaki sposób te wszystkie środki harmonizują z kontemplacją, która z kolei powinna rozwijać się w życie czynne.

A jednak stwierdzają nasze Konstytucje oraz poucza nas przeszło siedmiowiekowe doświadczenie, że nie można podnieść świętokradzkiej ręki na tę piękną całość, bez naruszenia jej równowagi i bez zniszczenia jednym ciosem naszego życia kontemplacyjnego i apostolskiego.

Więcej nawet, dla zagrożenia tej równowagi wystarczy samo położenie większego nacisku na jednym z tych składników kosztem pozostałych. I pod tym względem decyduje tutaj doświadczenie.

Dominikanin, który by sądził, że na rzecz studium powinien poświęcić albo życie wspólne, albo obserwancje, albo też modlitwę w chórze - oczywiście z wyjątkiem przewidzianych dyspens - lub który by mniemał, że może zaniedbać studium na rzecz najbardziej intensywnego umartwienia lub ściślejszego przestrzegania Reguły, albo też na rzecz szczególnej gorliwości w czasie oficjum, nie tylko sprzeciwia się obowiązkom stanu swego, lecz naraża się na pozostawanie poza nawiasem życia Zakonu, gdyż obala jego podwójny charakter - kontemplacyjny i apostolski.

Św. Katarzyna ze Sieny miała po tysiąc razy rację, gdy mówiąc o duchowości naszego Ojca św. Dominika, powiedziała, że jest ona swobodna, radosna i promienna - jest ona taką tylko wtedy, jeżeli szanuje się wszystko, co jest konieczne do jej doskonałej równowagi i co czyni z niej życie kontemplacyjne normalnie wykwitające w apostolstwie.

Życie wspólne, obserwancje, uroczyste odmawianie oficjum, nieustanne studium prawdy objawionej - żaden z tych środków nie może być zaniedbany. Każdy z nich we właściwy sobie sposób powinien współdziałać z pozostałymi w ukształtowaniu nas na dusze kontemplacyjne; kontemplacja przekształca je w apostołów Chrystusa, na wzór św. Dominika i tych wszystkich w naszym Zakonie, którzy naśladując go, dla zachowania wierności swemu powołaniu postawili sobie za cel nieznużoną pracę pełnym sercem dla zbawienia dusz.

Życie wspólne

Rozważmy na przykład życie wspólne, określone przez nasze Konstytucje i praktykowane w naszych regularnych klasztorach; nie w tych więc, które liczą zaledwie trzech lub czterech zakonników, lecz w tych, gdzie zamieszkuje co najmniej dziesięciu lub dwunastu, w tym ośmiu zakonników - kapłanów, z przeorem na czele, albo też w domach nowicjatu lub w domach studiów, które liczą większą ilość mieszkańców. Tylko bowiem w tych dostatecznie licznych klasztorach życie wspólne może być prowadzone w prawidłowy sposób i może wobec tego osiągać właściwe sobie wyniki. We wszystkich pozostałych tli się ono zaledwie, nie wydając swoich owoców.

We wszystkich epokach z zagadnieniem życia wspólnego wiąże się trudny do rozwiązania problem, wystawiający na próbę zarówno jednostkę, jak i społeczność. Powstaje bowiem pytanie, czy jednostka służyć ma społeczności, czy też ta ostatnia winna podporządkować się jednostce?

Odpowiedź na to pytanie zależy przede wszystkim od pojęcia, jakie wytwarzamy sobie o człowieku. Jeżeli widzimy w nim tylko pierwiastek cielesny, jeśli sądzimy, że nie posiada on duszy, że jest bytem wyłącznie materialnym, lekceważąc fakt, że jest on istotą wyposażoną w rozum i wolną wolę, wtedy jest on całkowicie oddany na usługi społeczności, zatraca się w niej jak kropla wody w oceanie. I rzeczywiście w dzisiejszych społeczeństwach materialistycznych, nie wierzących już w osobowość ludzką i pomijających ją zupełnym milczeniem, jednostka posiada wartość wyłącznie jako narzędzie zbiorowości, do której należy. Istnieje po to tylko, aby w czasach pokojowych rozpływać się w tłumie, a w czasach wojny ubogacać rezerwy ludzkie.

Żarłoczność zbiorowości wobec jednostki, pochłaniającej ją całkowicie, przypomina Minotaura. Pod dźwięcznym i uroczystym mianem klasy, państwa, rasy - potwór wywiera niewolący wpływ, zwłaszcza na młodzież, która nie może oprzeć się pokusie stania się jego pożywieniem, za cenę utraty osobowości i za cenę wyrzeczenia się samego siebie. Nigdy dotąd bardziej straszliwe niebezpieczeństwo - może ono bowiem cofnąć cywilizację więcej niż o dwadzieścia wieków - nie zagrażało ludzkości, społeczeństwu, jednostce, jest ono tym groźniejsze, że nigdy dotąd nie podjęto tak sprytnej i ukrytej walki przeciwko chrześcijaństwu, tej jedynej potędze, zdolnej ocalić dzięki swej nauce i działalności, życie duchowe, a dzięki niemu może podtrzymać równowagę istoty ludzkiej, złożonej z duszy i ciała, może nie dopuścić, aby jednostka rozumna i wolna sama siebie zniszczyła.

Materialistyczny ateizm odziera człowieka z jego wolności, bez której nie ma postępowania moralnego, usuwa godność osobowości ludzkiej, wydaje ją na pastwę namiętności, a z jednostki czyni tylko kółko w ogólnym mechanizmie w imię prawa naturalnego, nie pozostawiając jej środków obrony przeciwko społeczności; ze zbiorowości czyni namiastkę Boga przecząc Jego istnieniu; w imię absolutnej równości ludzi znosi każdy autorytet, mający w Nim swoje źródło. Chrześcijaństwo natomiast wyzwala człowieka z tej unicestwiającej zależności.

Przynosi mu bez wątpienia zaszczyt, że w epoce, gdy cywilizacja starożytna przeżywa swój zmierzch, wprowadziło ono poszanowanie dla jednostki ludzkiej i pouczyło świat, który nie przypuszczał tego nawet, że jeżeli człowiek żyje w społeczeństwie, to tylko dlatego, aby żyć w nim w sposób bardziej ludzki, bardziej godny istoty ludzkiej, stworzonej na obraz i podobieństwo Boże. Cel ten osiąga się za pośrednictwem dobra powszechnego, które społeczeństwo oddaje na usługi jednostce. Zdejmuje ono z jej ramion olbrzymi ciężar trosk materialnych, które mogłyby ją złamać, zdusić w niej życie duszy, gdyby była pozostawiona swym własnym tylko siłom, a dla zapewnienia sobie możliwości życia rozporządzała wyłącznie swoją słabością. Życie w społeczeństwie ma więc w pierwszym rzędzie służyć jednostce ludzkiej, zbiorowość nie ma prawa do posługiwania się ludźmi jak bezdusznymi rzeczami, do gwałcenia ich niezbywalnych praw; niemniej jednak człowiek ze swej strony obowiązany jest do służenia dobru powszechnemu, z którego wszyscy mają prawo korzystać; nie wolno mu tych obowiązków zaniedbywać, aby państwo mogło je stawiać na usługi wszystkich.

Zasady prawdziwe w odniesieniu do stosunków zachodzących pomiędzy jednostką a społeczeństwem w większym jeszcze stopniu są prawdziwe, gdy chodzi o stosunki pomiędzy Kościołem a wiernymi. Kościół jest Ciałem Mistycznym, którego głową jest Chrystus, a wierni członkami. Wszystkie środki postępu duchowego, jakimi rozporządza Kościół, oddaje do dyspozycji wiernym; każdemu dopomaga do życia ducha, do uwolnienia duszy z każdego rodzaju niewolniczej zależności od ciała, do wykonywania cnót chrześcijańskich, do czynienia woli Bożej w najbardziej nawet przyjemnych zajęciach, do jednoczenia się z Nim.

Dzięki Kościołowi, dzięki jego macierzyńskiej opiece, nawet najsłabsi, najbardziej bezbronni, najbardziej wrażliwi na rany, przechodzą przez życie - według pięknego powiedzenia współczesnego pisarza - jak dziecię Tarcycjusz, który tuląc pod szatą do piersi Święte Postacie, wolał umrzeć,niż dopuścić do profanacji Prawdy Żywej a ukrytej.

Wydaje się nam rzeczą konieczną, czcigodni Ojcowie i drodzy Bracia, przypomnienie tych zasadniczych prawd, aby utwierdzić wam dobrze w pamięci doniosłość i nieporównaną wartość naszego życia wspólnego i ustalić istotę naszego stosunku do niego.

Nigdy nie zdołamy wyrazić pełni naszej wdzięczności Opatrzności, że dając nam powołanie dominikańskie, udzieliła nam również łaski życia wspólnego. Nie potrafimy też dostatecznie ostro potępić współczesnych dążeń do usunięcia tego życia; jest ono możliwe wyłącznie tylko w regularnych klasztorach, gdzie duża liczba zakonników umożliwia je i czyni owocnym; stąd niewłaściwym jest, wywołane lenistwem i względami, mnożenie małych klasztorów, zwłaszcza w prowincjach, w których jest brak powołań, a które mimo to wolą rozpraszać swoje siły zamiast je skupiać.

W Zakonie naszym życie wspólne, dobrze rozumiane i właściwe prowadzone, jest dla każdego zakonnika prawdziwym wyzwoleniem duchowym. Powierzając przełożonym i kilku przez nich wybranym zakonnikom zarządzanie wspólnym dobrem oraz sprawiedliwe jego rozdzielenie, uwalnia ono pozostałych od wszystkich trosk materialnych i pozwala im na swobodne oddawanie się kontemplacji, zarówno w najszerszym, jak i ścisłym słowa tego znaczeniu.

I kiedy w rodzinach chrześcijańskich dusze spragnione nawet modlitwy, nie znajdując na nią czasu, tak są pochłonięte zajęciami gospodarczymi oraz troskami i rozproszeniami, jakie przynosi ze sobą życie codzienne, nasi zakonnicy w swoich klasztorach, nawet przy obowiązkach życia wspólnego, mogą spędzać długie godziny w celach lub kościele, aby w obliczu Boga modlić się i pracować.

Wiemy z doświadczenia, że niektórzy zakonnicy uważają te godziny za czas stracony, który mógłby być w ich mniemaniu lepiej użyty dla apostolstwa. Z tego punktu widzenia życie monastyczne sprawia wrażenie szkoły lenistwa; błąd ten wynika z braku należytej oceny pracy umysłowej lub zapomnienia, że w Zakonie św. Dominika nie ma owocnej działalności zewnętrznej, nauczania lub kaznodziejstwa, jeżeli nie wypływa ona z życia oddanego studium i kontemplacji.

Bywają też zakonnicy, którzy chętnie utożsamiają prawdziwe apostolstwo z nieustanną działalnością kaznodziejską, przy której te same, nieustannie powtarzane kazania, godne są uwagi, raczej ze względu na swą litość aniżeli jakość. Uważają oni klasztor za miejsce czasowego pobytu, za rodzaj hotelu, do którego przybywa się dla zmiany ubrania, a od czasu do czasu, ale możliwie jak najrzadziej, na dobrze w ich mniemaniu zasłużony odpoczynek.

Chcemy wierzyć, że to są rzadkie tylko wypadki; pod wpływem jednak współczesnych poglądów świadomie poświęcających kontemplację na rzecz życia czynnego, zdają się one mnożyć. Gdyby zaś miały się upowszechniać, oznaczałoby to zagładę w krótkim czasie życia dominikańskiego, przygotowania apostolstwa w szkole kontemplacji, życia, jakim żył św. Dominik, i do którego nas zobowiązał.

W szczególny sposób prosimy przełożonych klasztorów i magistrów nowicjuszy, aby pouczali młodzież, na czym polega wyższość naszego życia wspólnego nad zagrażającymi mu niebezpiecznym indywidualizmem, aby uczyli ją to życie miłować. Najlepszym środkiem po temu jest wczesne wprowadzenie jej w tajemnice kontemplacji, która rozkwita później w apostolstwie. Wtedy młodzi zwolna dojdą do niezachwianej pewności, że nieocenionym dobrodziejstwem życia wspólnego jest właśnie to, iż pozostawia ona każdemu zakonnikowi czas na kontemplację, na przyswajanie sobie w obliczu Boga prawd, które pewnego dnia będzie nauczał; będzie je zaś głosił lepiej z większym zapałem i jasnością, gdy będą one przeżyte i wypróbowane w ogniu kontemplacji. W duszy dominikańskiej bowiem apostolstwo rodzi się z połączenia się umysłu napełnionego wiedzą z sercem pełnym miłości, które kontemplacja utrzymuje w nieustannym obcowaniu z Bogiem.

Obserwancje monastyczne

To, co zostało dotąd powiedziane w życiu wspólnym w jego związku z kontemplacją, należy teraz zastosować, w nieco jednak odmienny sposób, do obserwancji monastycznej.

Nie ulega wątpliwości, że dla oddania się kontemplacji należy posiadać dostateczną ilość wolnego czasu. To jednak jeszcze nie wystarcza. Obok tego trzeba koniecznie z radosnym sercem wkroczyć na jedyną drogę, która prowadzi do samego progu kontemplacji, a jest nią bolesna droga krzyża.

Kontemplacja podobna jest z oddali do twierdzy. Nie można do niej wtargnąć bez wywalczenia sobie ciosami umartwień wolnej drogi. Skoro zaś już raz znajdziemy się w jej wnętrzu, od Boga zależy użyczenie nam natchnień i łask koniecznych, byśmy mogli wejść z Nim w bezpośrednie i pełne miłości stosunki. Wszyscy teologowie i mistycy zgadzają się co do tego, że w zwykłym porządku rzeczy tylko umartwienie, czyli jak to oni określają, czynne oczyszczenie zmysłów, pozwala duszy na "oglądanie" Boga, na kontemplowanie Go. Tylko ono bowiem uwalnia nas od nas samych, a raczej ściślej biorąc - od tego, co się w nas sprzeciwia "oglądaniu", czyli doświadczeniu Boga.

Jest to prawdą w odniesieniu do dusz całkowicie kontemplacyjnych, które ze względu na swój stan oddają się wyłącznie kontemplacji; w większym jeszcze stopniu znajduje to zastosowanie wobec ludzi, u których kontemplacja ma osiągnąć swoją dojrzałość w apostolstwie. Są oni bowiem obowiązani do nawracania dusz; lecz również do cierpienia za nie, idąc w tym śladami naszego Zbawcy. "Albowiem gdy Żydzi domagają się cudów, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego"... "Zawsze umartwienie Jezusa w ciele naszym nosimy, aby życie Jezusowe przejawiło się w ciałach naszych" - mówi św. Paweł.

Nasz Ojciec św. Dominik, który był jednocześnie wielką duszą kontemplacyjną i wielkim apostołem, dzielił swój czas pomiędzy modlitwę a pokutę. Nie ustawił on nigdy w modlitwie i umartwieniach za duszę, którym miał głosić Ewangelię.

Nasza matka, św. Katarzyna ze Sieny, dusza na wskroś dominikańska, najlepiej może wśród naszych świętych, z wyjątkiem samego Patriarchy Dominika, uwydatniła swym życiem i nauką bezpośrednie związki, jakie łączą, z uwagi na apostolstwo, kontemplację z umartwieniem. W każdym razie nikt inny nie potrafił tak trafnie określić harmonii, jaka te związki cechuje.

Od chwili przyjęcia w Sienie około roku 1362 habitu Zakonu Kaznodziejskiego, wykazywała Katarzyna - licząca wtedy piętnaście lub szesnaście lat - zadziwiające zrozumienie powołania dominikańskiego. Posłuchajmy, co mówi sama o sobie na ten temat wieczorem w dniu swoich obłóczyn: "Córko, skoro wstąpiłaś do Zakonu, nie możesz prowadzić dalej swojego dotychczasowego życia. Życie świeckie skończyło się, nadchodzi nowe, życie zakonne, jego reguła powinna kierować twym postępowaniem. Powinnaś przyodziać się najwyższą czystością, otoczyć się nią ze wszystkich stron, czego symbolem jest suknia. Obok tego powinnaś całkowicie umrzeć dla świata - wskazuje na to jasno twój czarny płaszcz. Zdawaj sobie dobrze sprawę z tego, co czynisz - otóż droga prosta, którą niewielu tylko idzie, a po której ty masz kroczyć".

W "Dialogu" podaje nam ona, co sam Bóg powiedział jej o powołaniu dominikańskim: "Spójrz na barkę twojego Ojca Dominika, mego synka kochanego, zobacz, w jak przecudny sposób jest na niej wszystko uporządkowane. Pragnął on, aby bracia jego myśleli wyłącznie o mojej chwale i o zbawieniu dusz poprzez światło wiedzy. Światło to miało być głównym zadaniem jego Zakonu. Do jakiego zaś stołu zaprasza swych synów, aby karmić ich światłem wiedzy? Do stołu krzyża. Krzyż jest tym stołem, do którego zasiada święte pragnienie, aby się karmić duszami dla mej chwały".

Syn św. Dominika, który by świadomie uciekał przed umartwieniem i przed symbolicznym strojem kryłby pragnienie uniknięcia krzyża, a szukania natomiast wygód i prowadzenia w miarę możliwości życia zakonnego, a zarazem świeckiego, narażałby się na utratę powołania. Odwracałby się bowiem w ten sposób dobrowolnie od drogi, która prowadzi do kontemplacji, a przez nią do apostolstwa.

Dzięki tym prostym uwagom widzimy, na jakie niebezpieczeństwa narażają się członkowie naszego Zakonu, którzy pragną dzisiaj wykazać, że nasze obserwancje nie są na czasie. Narażałyby one na szkodę według ich mniemania apostolstwo we współczesnym społeczeństwie, czującym lęk przed pokutą, a myślącym wyłącznie o przyjemności; zapominają, że właśnie dzisiaj szczególnie jest potrzebnym głoszenie, za przykładem najbardziej świętych i najsurowiej umartwionych naszych braci, krzyża ludziom, którzy się od niego odwracają i nie mają odwagi, aby spojrzeć na Boskie Oblicze Ukrzyżowanego.

Nigdy nie przestaniemy żałować, czcigodni Ojcowie i drodzy Bracia, że ciężkie czasy oraz ogólnie znane obniżenie się poziomu zdrowia, zmusiły nasze Kapituły Generalne do złagodzenia niektórych naszych pięknych tradycyjnych obserwacji, jak nocne modlitwy i nieustanna wstrzemięźliwość. Ale dla miłości Boga i dusz nie ważmy się naruszać pozostałych. Stałoby się to nieszczęściem.

Nasze bowiem obserwacje monastyczne, zachowując naszemu życiu klasztornemu coś z jego starodawnej szlachetności i dobroczynnej surowości, przedstawiają i zawsze przedstawiały drobną tylko cząstkę umartwień zewnętrznych, a przede wszystkim wewnętrznych, które narzucają się każdemu spośród nas, o ile pragnie on pozostać wiernym swemu powołaniu kontemplacyjnemu i apostolskiemu. Pragnąc uwolnić się od nich całkowicie dla nieistniejących w rzeczywistości przyczyn, narażamy się na odwrócenie się od krzyża, narażamy się, że będziemy wstępować na kazalnice nie po, to aby głosić Ewangelię Jezusa Chrystusa.

Bez wątpienia takie niebezpieczeństwo nie zagraża nam bezpośrednio. Wizytacje kanoniczne podejmowane w ciągu piętnastu lat pouczyły nas, że bardzo wielu zakonników, zwłaszcza młodych, pragnie powrócić do całokształtu naszych obserwacji; w oczekiwaniu na ich przywrócenie wykazują gorące przywiązanie do tych, które można było zatrzymać. Tym więcej są do nich przywiązani, że rozumieją doskonale, że nasze obserwancje monastyczne, nawet w złotym wieku naszego Zakonu, gdy były w pełnym rozkwicie, stanowiły w oczach gorliwych tylko drobną cząstkę umartwień, prowadzących do kontemplacji i apostolstwa.

Do zewnętrznych zbiorowych umartwień, jakie są nam przypisane, należy dodać osobiste, kierowane gorącą miłością, a kontrolowane przez czujną i powściągliwą roztropność. O nich jednak nie będziemy tutaj mówić - tajemnica Boga i dusz, które z Nim obcują. Możemy jedynie przypomnieć, że nasi zarówno najbardziej pokorni błogosławieni, jak i najbardziej sławni nasi święci, będąc duszami na wskroś kontemplacyjnymi, byli oni jednocześnie wszyscy wielkimi miłośnikami umartwienia, dostrzegamy u nich wyraźny wzajemny wpływ kontemplacji i umartwienia, zapewniający ich obopólną owocność. Ascetyka dominikańska nie opiera przy tym swej oryginalności na umartwieniu zewnętrznym, osobistym czy też zbiorowym; nie stanowi ono jej cechy wyróżniającej, jak to nazywają teologowie, stanowi ją natomiast nieustanne umartwienie wewnętrzne, które jest obowiązkową daniną na rzecz kontemplacji.

Nie bez przyczyny poświęcił św. Tomasz dużą część Summy - dokładnie 124 kwestii - rozpatrzeniu cnót moralnych. Nie zapominajmy przy tym, że będąc nieporównywalnym teologiem, był on jednocześnie wielką duszą kontemplacyjną. Sam nam wyznaje, że więcej wiedzy uzyskał u stóp krzyża, aniżeli zaczerpnął jej z książek: wyznanie to posiada szczególną wagę, jeżeli przypomnimy sobie, ile on sam napisał, a czytając jego dzieła nabieramy przekonania, że czytał on wszystko prawie, co przed nim zostało napisane. Przy tym doświadczenie pouczyło go, że spomiędzy wszystkich umartwień, prowadzących do progu kontemplacji, najpierwszym, nigdy nie zawodzącym jest to, które polega na stałym sumiennym wykonywaniu cnót, właściwych dla naszego stanu. Wszystkie bowiem cnoty łączą się w miłość, będąc jej, jeśli można tak powiedzieć, stałą mową, mową, która zakłada, że przed zjednoczeniem się z Bogiem w kontemplacji, istnieje zjednoczenie się z Jego wolą w miłości. Każdy najdrobniejszy nawet akt cnoty oznacza wyrzeczenie się własnej woli na rzecz woli Boga i szczere przywiązanie do krzyża Chrystusowego.

Zły stan zdrowia może nam przeszkadzać w studium, w wykonywaniu posłuszeństwa lub zewnętrznych umartwień. Ale zdrowy czy chory, silny czy słaby, profesor czy też zwykły kaznodzieja, nikt nie może być zwolniony z praktykowania cnót. Sumienie zakonnika w większym jeszcze stopniu niż sumienie każdego chrześcijanina nie zna odpoczynku. Stąd konieczność owego umartwienia wewnętrznego, zarówno osobistego, jak i zespołowego, jednoczące bez przeszkód naszą wolę z wolą Boga w oczekiwaniu aż Bóg, widząc nasze oderwanie się od nas samych, widząc, że serce nasze i nasze ciało wolne są od wszelkiego ziemskiego przywiązania, niezgodnego z miłością, poprzez szczególne natchnienia i łaski sam nas wprowadzi do świątyni kontemplacji.

Po św. Tomaszu, św. Katarzyna ze Sieny najlepiej przedstawiła wzajemną zależność pomiędzy kontemplacją a umartwieniem ze szczególnym uwzględnieniem cnót moralnych, przy tym zarówno w swych dziełach, jak i w samym życiu, wiele miejsca, tak wiele, że przy pierwszym zetknięciu mrozi nas lękiem, pozostawiła umartwieniom zewnętrznym. "Słodkie i święte dzieła, których domagam się od moich służebników - czytamy w Dialogu - są to cnoty wewnętrzne i doświadczenia duszy... nie tylko zaś dzieła cielesne, czyny zewnętrzne, pokuty liczne i różnorodne, będące wyłącznie narzędziem cnoty, gdyby były one oddzielone od cnoty, nie mogłyby być one mi miłe. Gdyby dusza wykonywała te umartwienia bez roztropności, przywiązując się głównie do samej pokuty, byłoby to jej przeszkodą na drodze do doskonałości".

Dosyć już powiedzieliśmy, czcigodni Ojcowie i drodzy Bracia, dla wyjaśnienia nam poszczególnych związków, łączących umartwienie oraz kontemplację. Przywiązani do naszych obserwancji monastycznych, w ich ramach szczególnie powinniśmy żywić przywiązanie do całkowitego umartwienia wewnętrznego, rodzącego się z nieprzerwanego pełnienia pod wpływem miłości cnót moralnych, zgodnie ze zdaniem św. Tomasza oraz św. Katarzyny ze Sieny. Jest ono najpewniejszą i najkrótszą drogą, prowadzącą do kontemplacji, tak twierdzi przynajmniej teoria dominikańska i jest, wspominając mimochodem, jedną z cech charakterystycznych naszej duchowości.

Nieustanne studium

Rozważając dalej nasze zagadnienie, po omówieniu związków, łączących życie wspólne i umartwienie z kontemplacją, wypada ustalić, w jakim stosunku do niej pozostaje nieustanne studium nauki świętej.

Życie wspólne zapewnia nam czas, który możemy poświęcić kontemplacji, umartwienie prowadzi nas do jej progu: nieustanne studium nauki świętej pozwala nam ten próg przekroczyć, otwierając, jeśli można tak powiedzieć, jedne z drzwi, prowadzących do sanktuarium, gdzie dusza nasza, jeśli Bóg da jej tę łaskę, powołana jest do kontemplacji; przez te same drzwi powinna ona, po bezpośrednim spotkaniu z Bogiem, wyjść, cała skąpana w blasku, płonąca miłością, aby głosić innym prawdy już nie abstrakcyjne, lecz żywe, przepojone jeszcze ciepłem, płynącym z zetknięcia się z Bogiem.

Św. Dominik zdawał sobie dobrze sprawę z tego, co uczynił, gdy organizując po dziesięciu latach pracy apostolskiej nasze życie duchowe, pierwszy wśród założycieli Zakonu nałożył swym synom obowiązek studiowania nauki świętej, jako jeden z najlepszych środków, które uczynią z nich apostołów, a jednocześnie dusze kontemplacyjne.

W obu poprzednich naszych encyklikach wyjaśniliśmy szeroko i dokładnie, jakie powinno być w dobie obecnej nasze nauczanie i kaznodziejstwo, jeżeli chcemy zachować wierność naszemu powołaniu apostolskiemu, które polega na nauczaniu i głoszeniu innych prawd, rozpatrzonych w kontemplacji - contemplata aliis tradere.

Nie chcemy powracać tutaj do tych zagadnień, pragniemy jedynie określić charakter związków istniejących pomiędzy naszym studium a kontemplacją.

Dla rozproszenia z góry wszelkich nieporozumień, ustalimy przede wszystkim, że pojęcie kontemplacji może posiadać dwojaką treść: szerszą oraz węższą. W szerokim znaczeniu staje przed nami kontemplacja bądź jako kontemplacja rozumowa, bądź też jako kontemplacja uczuciowa.

Teolog przykładający się ze wszystkich sił swego rozumu do studium dla głębszego wniknięcia w tajemnice wiary, stawiający sobie za cel rozszerzenie i pogłębienie zakresu swej rozumowej znajomości Boga, przy użyciu metod właściwych dla teologii spekulatywnej lub pozytywnej, podobny jest pod pewnymi względami do filozofa, który posługuje się rozumem do odkrycia prawdy i jej kontemplowania. Taka kontemplacja teologa, z wyjątkiem nadprzyrodzonego charakteru rozważanych prawd, jako owoc pracy umysłu i rozumowań, nie przekracza bynajmniej porządku poznania. Oto kontemplacja w znaczeniu szerszym, analogicznym; związki jej jednak z kontemplacją taką, o jakiej mówiliśmy, czerpiąc natchnienie z nauki św. Tomasza na początku naszego listu, nie mogą być lekceważone. Przekonywa nas o tym fakt, że dla każdego dominikanina, godnego swego imienia, nieustanne studium nauki świętego jest obowiązkiem stanu. Przy tym skoro kontemplacja w ścisłym tego słowa znaczeniu, ma na celu zjednoczenie nas z Bogiem, udostępniając nam poznanie Go wypływające z miłości, jest rzeczą niezmiernie ważną dla duszy kontemplacyjnej powołanej do apostolstwa, a więc do nawracania ludzi, do głoszenia im prawdy, aby do owego bezpośredniego i żywego poznania prawdy (Boga) dołączyła abstrakcyjne, ale pewne poznanie prawd objawionych, których badanie, wyjaśnianie oraz w swoisty sposób pogłębianie jest celem teologii.

Po zakończonym studium powinien dominikanin rozważać w obliczu Boga prawdy, które jego dotyczą, rozważać je w świetle wiary ożywionej miłością. Takie przepojone miłością rozważanie, w miarę, jak się upraszcza, prowadzi do pewnego rodzaju kontemplacji rzeczy Bożych, zwanej nabytą, ponieważ jest ona wynikiem naszego osobistego wysiłku, wspieranego i podtrzymywanego przez łaskę. Wpływ jej na nasze życie duchowe jest wydatnym; przygotowuje nas ona do przyjęcia kontemplacji we właściwym słowa tego znaczeniu, czyli wlanej, wypływającej z wiary oświeconej darem miłości, umiejętności i rozumu, zależnej wyłącznie od inicjatywy Ducha Świętego.

Nigdy nie przestaniemy więc podkreślać konieczności rozmyślania, każdy zakonnik powinien mu poświecić jedną godzinę w ciągu dnia w klasztorach oddających się duszpasterstwu, a pół godziny w klasztorach przeznaczonych do studiów, tutaj bowiem możemy przypuszczać, że nieustanne studium nauki świętej lepiej usposabia oddających się kontemplacji; nie mierzy się ona jak rozmyślanie czasem jej poświęconym, lecz w każdej chwili zależy od natchnienia Ducha Świętego.

I ta tylko kontemplacja zasługuje na miano kontemplacji w ścisłym tego słowa znaczeniu; nie może ono być utożsamiane ani ze studium, jest ona bowiem uczuciowym, nie zaś abstrakcyjnym poznaniem Boga, ani też rozmyślaniem - zakłada bowiem istnienie specjalnego natchnienia Ducha Świętego. Nie jest ona rozumowaniem, lecz intuicją, nie dedukcją, lecz doświadczeniem. Posiada ona jednak ściślejszy, aniżeli to na ogół się przypuszcza, związek ze studium. Bez wątpienia, skoro swój początek ma w natchnieniu Ducha Świętego, urzeczywistnia się ona poprzez Jego dary, a nie za pośrednictwem działalności ludzkiej: jest ona poznaniem, wynikającym nie z poszukiwania prawdy abstrakcyjnej, lecz z miłowania Boga. Zarówno jednak natchnienia, jak i dary, miłość oraz doświadczenie Boga, pozostają pod kontrolą wiary.

Jest rzeczą pożądaną, aby we wszystkich duszach, oddanych kontemplacji, wiara ta oświecona była dla uniknięcia możliwych błędów. Tym więcej w duszy dominikanina powołanego również i do apostolstwa, powinna ona być oświecona w możliwie najwyższym stopniu: powinien on znać prawdy wiary, mieć je przemyślane aż do zupełnego ich sobie przyswojenia. Wtedy wiara dominikanina, jak wielki reflektor, będzie oświecała i kontrolowała na swój obiektywny sposób jego kontemplację, ta zaś będzie ze swej strony wzmacniała wiarę, czyniąc ją bardziej wnikliwą, przynoszącą więcej pociechy; kontemplacja będzie go rozpromieniała coraz nową gorliwością, będzie go zmuszała do udzielania bliźnim jej owoców za pośrednictwem nauczania i kaznodziejstwa.

Tak więc nauka święta, którą jesteśmy obowiązani nieustannie studiować, w dwojaki sposób wpływa na kontemplację: najpierw jako pomocnica wiary, rozumianej jako cnota teologiczna, jest powołana do kontrolowania kontemplacji, obok tego stanowi ona jej przedmiot, przynajmniej w tej mierze, w jakiej prawdy wiary powinny być kontemplowane, aby utraciły swój abstrakcyjny charakter, a stały się żywymi, aby mogły korzystać w ten sposób, z obcowania duszy z Bogiem, z Jego doświadczalnego poznania, uzyskiwanego w czasie kontemplacji przez Ducha Świętego, z Jego natchnienia.

Zapytajmy, które prawdy wiary powinny być przede wszystkim przedmiotem kontemplacji? Z uwagi na niemożność przedłużenia tego listu, nie ma tutaj miejsca na dokładne ich wyliczenie. W grubych zarysach można by powiedzieć, że obok prawd szczególnie nam miłych i usposabiających nas do kontemplacji, należy uwzględnić te, które ze względu na swą treść mają szczególny związek ze zbawieniem dusz; stają się one przedmiotem nauczania i kaznodziejstwa, jeżeli były już przedtem rozważone w zaciszu celi lub w chórze w czasie uroczystego odmawiania oficjum. Są to prawdy o miłości Bożej, o stworzeniu, o Wcieleniu, Odkupieniu, osobie i życiu Chrystusa Pana, Najświętszej Panny, o łasce, grzechu, cnocie.

Uroczyste odmawianie oficjum

Uroczyste odmawianie oficjum w chórze jest dla syna św. Dominika najdoskonalszą modlitwą ustną, która otwiera dalsze jeszcze drzwi, bardziej tajemnicze i bardziej bezpośrednio wprowadzając do świątyni kontemplacji, do tych głębin duszy, gdzie zamieszkuje Bóg i gdzie miłość doprowadza do osobistego z Nim spotkania. Nie potrzebujemy tutaj przypominać związku, jaki istnieje między modlitwą ustną a kontemplacją; jest on nam znany z naszego własnego doświadczenia. Wzrost miłości, cnoty wlane i dary, które jej towarzyszą, uzyskujemy nie tylko za pośrednictwem rozmyślania, ale również za pośrednictwem modlitwy ustnej. Wzrastać zaś w miłości Bożej - to sposobić się do zjednoczenia z Nim, do kontemplowania Go. Jeżeli więc w modlitwie z wielką czystością intencji, gorliwością i głęboką pokorą prosimy Boga o tę łaskę, sposobimy się, o ile to leży w naszej mocy, do jej otrzymania. Jeśli jest to prawdą w stosunku do każdej szczerej, gorącej, poważnej modlitwy, o ileż więcej jest nią wobec najdoskonalszej modlitwy ustnej, jaką jest uroczyste odmawianie oficjum! Czyż Pan nasz nie przyrzekł, że będzie obecny wśród tych, którzy się wspólnie modlą - i czy sądzicie, że przebywa On z pustymi dłońmi?

Uroczyste odmawianie oficjum jako modlitwa pokorna i gorąca, odprawiana wspólnie w chórze, w obliczu ołtarza, na którym codziennie jest składana Przenajświętsza Ofiara, jest środkiem zdolnym do uzyskania nam u Boga łaski kontemplacji.

Nie zapominajmy, że w chórze modlimy się w łączności z całym Kościołem; oficjum jest tylko urzędową modlitwą. Nic więc nie może nam dać lepszego pojęcia o naszym apostolskim powołaniu, polegającym na służeniu Kościołowi, poprzez oddanie się na jego usługi, stając się jego bojownikami, ucząc i głosząc z kazalnicy prawdy wiary w Jego imieniu.

Skoro pierwszym naszym obowiązkiem stanu jest studium, a zadaniem naszym nauczanie i kaznodziejstwo, ulegamy niekiedy pokusie mniemania, że nawet jeśli uroczyste odmawianie oficjum, jako modlitwa - i to modlitwa społeczna - stwarza pomyślne warunki dla kontemplacji, nie czyni tego w takim stopniu, jak studium nauki świętej, choć mu się nie sprzeciwia. Jest to jednak pogląd powierzchowny. Pomiędzy naszym studium a modlitwą w chórze nie tylko nie ma sprzeczności, lecz istnieje pomiędzy nimi doskonała harmonia.

O. Clerissac, który napisał wyjątkowo piękne, oryginalne, a głębokie stronice o duchowości św. Dominika, wyjaśnił ten punkt w sposób szczególnie trafny. Sądzę - twierdzi on - że studium rozpoczęte w celi, doskonali się w chórze; chór doprowadza do dojrzałości za-konników, którzy przygotowują się do nauczania bądź to w szkole, bądź też na kazalnicy. Prawdy spekulatywne i rozważania moralne w czasie modlitwy w chórze ożywiają się, przestają być czystymi abstrakcjami, a to dlatego, że przedmiot naszego nauczania jest identyczny z przedmiotem naszej modlitwy: lex orandi, lex studendi. Niezależnie od tego, co stanowi przedmiot naszego studium, wiecie sami, jak należy rozumieć jego przyswojenie sobie, czyli opanowanie; prawdziwego uczonego poznajemy po tym, że czuje się swobodnym w polu swojej działalności, że porusza się po nim żywo, będąc doświadczonym badaczem i oświeconym przewodnikiem. Gdy chodzi o naukę świętą, jest rzeczą prawie niemożliwą osiągnięcie całkowicie dojrzałej jej znajomości bez pomocy modlitwy liturgicznej. Modlitwa ta bowiem powtarza w przystępnej formie wzniosłe prawdy, rozważane w czasie studium; dostarcza nam ona przy tym okresów wytchnienia, które pozwalają na głębsze przeżycie tych prawd, przez co wzrasta ich znajomość, aż wreszcie przyswajamy je sobie w pełni.

Magistrowie i lektorzy muszą oczywiście dla dobra swoich zajęć korzystać z pewnych wyjątków; przywileje te jednak nie mogą ich doprowadzić do zupełnego zerwania z modlitwą w chórze. Gdyby świadomie zaniedbywali chór, ten przybytek modlitwy, ich wiedzy osobistej, nawet rozległej, brakowałoby swoistego blasku. Jestem przekonany, że aureola mądrości, jaka otacza naukę naszego Zakonu, wykwita przede wszystkim ze światła i żaru, jakie wytwarza owa modlitwa chóralna.

Dla wszystkich, którzy biorą czynny udział w chórze, recytowanie psalmów staje się prawdziwą szkołą kontemplacji, pod warunkiem jednak, że nie będzie to tylko mechaniczne powtarzanie słów, wręcz przeciwnie, musi być przepojone duchem modlitwy, musi to być wzlot serca, wzniesienie duszy do Boga, krótko mówiąc, stały wysiłek dla osiągnięcia zjednoczenia z Nim. W innym wypadku, modlitwa w chórze staje się męcząca, nudna i prawie jałowa.

Oto, czcigodni Ojcowie i drodzy Bracia, związki, jakie zachodzą pomiędzy środkami, których używanie w zakresie życia wewnętrznego nakazują nasze Konstytucje. Życie wspólne, obserwancje monastyczne, nieustanne studium nauki świętej, uroczyste odmawianie oficjum - każdy z tych środków osobno wzięty wprowadza na drogę kontemplacji: wszystkie razem natomiast przyczyniają się wydatnie do jej osiągnięcia. Tworzą one nierozłączną całość, której Konstytucje nasze nie pozwalają naruszać. Nie mamy prawa poświęcać żadnego z nich na korzyść innych ani też kłaść większego nacisku na jeden tylko ze szkodą pozostałych, groziłoby to zniszczeniem pięknej budowli, wzniesionej przez św. Dominika, która opiera się na tych czterech środkach, jak na czterech niewzruszonych kolumnach.

Nasuwa nam się ostatnie pytanie, domagające się teraz rozwiązania - chodzi mianowicie o ustalenie związków pomiędzy kontemplacją a naszą działalnością apostolską, pozwoli to nam na zakończenie określić charakterystyczne cechy duchowości dominikańskiej.

Kontemplacja i apostolstwo

Jaką jednak kontemplację mają na myśli nasze Konstytucje, gdy stwierdzają, że nasze apostolstwo powinno wytryskać, jak ze źródła żywej wody, z pełności oraz bogactwa kontemplacji? Czy chodzi tutaj o kontemplację wyłącznie intelektualną, która miesza się niekiedy ze studium nauki świętej, czy też o kontemplację określoną mianem nabytej, a będącej owocem naszych rozmyślań: czy może o kontemplację wlaną, wypływającą z natchnienia Ducha Świętego i urzeczywistniającą się za pośrednictwem darów umiejętności, rozumu i mądrości?

Wystarczy pobieżna tylko znajomość naszych Konstytucji dla zrozumienia, że biorą one pod uwagę kontemplacji zarówno w szerokim, jak i ścisłym słowa tego znaczeniu, uwzględniając przy tym w pierwszym rzędzie apostolskie cele Zakonu.

W rzeczy samej od chwili naszego wstąpienia do Zakonu, chodzi o wychowanie nas na apostołów, a więc zakonników, którym nie wystarcza kontemplowanie prawdy, dla ich własnego użytku i dostosowanie do niej własnego życia, lecz którzy powinni ją nadto kontemplować dlatego, aby potem jako Bracia Kaznodzieje głosili ją bliźnim i nauczali jej. Można więc bez obawy stwierdzić, że nasze Konstytucje zalecają uwadze i gorliwości synów św. Dominika wszystkie rodzaje kontemplacji, zdolne do zwiększenia owocności ich działalności apostolskiej: każdy z wymienionych rodzajów kontemplacji z osobna posiada wartość w takim stopniu, w jakim może wpłynąć dodatnio na płodność apostolstwa.

Kontemplacja intelektualna

Gdy określając środki, umożliwiające osiągnięcie celu naszego Zakonu, którym jest zbawienie dusz, nakładają nam nasze Konstytucje między innymi obowiązek nieustannego studiowania nauki świętej, nie ulega wątpliwości, że zachęcają nas one do kontemplacji intelektualnej prawd objawionych: teologia oparta na podstawie gruntownych studiów filozoficznych, odbytych w szkole św. Tomasza, pozwala nam na pogłębienie sobie znajomości tych prawd i przyswojenie ich sobie.

Kontemplacja nabyta

Gdy zaś Konstytucje nasze nakładają każdemu zakonnikowi obowiązek codziennego rozmyślania, pragną, abyśmy wzbogacili kontemplację intelektualną - kontemplacją nabytą, która jest w pełni nadprzyrodzona, nie tylko ze względu na kierujące nią pobudki, lecz również dlatego, że jest ona aktem wiary żywej przekształcającej prawdy oderwane, poprzez ich rozważanie i przeżycie, w prawdy żywe. Czyż można jednak sądzić, że codzienna godzina rozmyślania zdoła dać zakonnikowi ową pełnię i owo bogactwo kontemplacji, o których mówią nasze Konstytucje, wskazując na nie jako na wiarygodne i nigdy nie wyczerpane źródło, czyniące płodną, dla pożytku bliźnich, naszą działalność nauczycielską i kaznodziejską? Bynajmniej! Przykład naszych świętych i naśladujących ich wzory wielkich synów naszego Zakonu poucza nas, że prawdziwą dźwignią ich apostolstwa, pozwalająca im zdobyć świat dusz, była kontemplacja w ścisłym słowa tego znaczeniu, a więc kontemplacja wlana, wypływająca z natchnienia Ducha Świętego i urzeczywistniana za pośrednictwem Jego darów.

Kontemplacja wlana

Czyż fakt, że Konstytucje nasze nakładają nam obok nieustannego studium również obowiązek uroczystego odmawiania oficjum nie wskazuje nam na to, jak wielką czcią otaczają kontemplację wlaną, czyli mistyczną? Nie ulega bowiem wątpliwości, jak zostało już zresztą przez nas wskazane, że nic bardziej, aniżeli owo odmawianie oficjum, nie nakłania, nie zachęca duszy, oddającej mu się w pełni, do wejścia w poufne stosunki z Bogiem, do oglądania Go, kontemplowania, do kosztowania Jego miłosnej obecności w głębinach duszy, do jej doświadczenia, jeżeli nawet nie w sposób stały - to przynajmniej od czasu do czasu, choćby raz jeden tylko w całym życiu. Nic bowiem w duszy dominikanina nie może być porównane z owym zetknięciem się z Bogiem. Kto tego raz doświadczył, nie może już zapomnieć, nic go też nie zdoła powstrzymać od przekazywania bliźnim owoców takiej kontemplacji, od mówienia o Bogu, czy to przy nauczaniu, czy też gdy występuje jako kaznodzieja, z takim namaszczeniem i akcentem zarazem, że budzą one głębokie przekonanie w duszach słuchaczy. O tych to apostołach - duszach kontemplacyjnych, powtarzają słuchacze odchodząc po wysłuchaniu ich nauk, słowa, jakie mówili słudzy faryzeuszowi o Chrystusie Panu: "Żaden człowiek tak nie mówił jak On".

Mógłby ktoś powiedzieć: jakże można uzależnić nasze apostolstwo od kontemplacji, niezawisłej od nas, lecz od Boga, której nie możemy sami sprowadzić, ponieważ wypływa ona z natchnienia Ducha Świętego, działającego w nas?

Odpowiedź na to pytanie nastręczałaby dużo trudności tylko w tym wypadku, gdyby udało się wykazać, jak w tej, w jakiej bywa w rzeczywistości, jest łaską nadzwyczajną, zastrzeżoną, wyłącznie dla wybranych. Tak jednak nie jest. Zgodnie z nauką św. Tomasza o darach Ducha Świętego, jakie otrzymuje dusza razem z łaską chrztu świętego i zachowuje tak długo, jak posiada łaskę uświęcającą, nie wolno sądzić, że istnieją ludzie niepowołani do kontemplacji wlanej: nawet nie uprawnia nas do tego przypuszczenia fakt, iż niewielu tylko, w porównaniu z wielką liczbą wybranych, korzysta z niej. Kontemplacja zakłada doskonałe wykorzystanie darów umiejętności, rozumu i mądrości, każda zaś dusza sprawiedliwa jest nimi wyposażona. Stąd kontemplacja wlana znajduje się na zwykłej drodze świętości i towarzyszy zazwyczaj pełnej doskonałości życia chrześcijańskiego.

Gdybyśmy nawet przyjęli, że podobnie jak do widzenia uszczęśliwiającego, tak i do kontemplacji wlanej wielu jest powołanych, lecz niewielu wybranych, jakież mielibyśmy prawo sądzić, że synowie św. Dominika, który samo ich powołanie przeznacza do przekazywania bliźnim owoców własnej kontemplacji, znajdując się między powołanymi, nie są jednak zaliczeni do liczby wybranych? Szczególnie jeśli oni sami, w swym życiu zakonnym, nie szczędzą wysiłków, jakie leżą w ich mocy, aby uzyskać od Boga tę łaskę.

Do tego mniemania i do publicznego głoszenia go w urzędowym liście skierowanym do całego Zakonu skłania nas fakt, że gdy porównamy ze sobą omówione rodzaje kontemplacji, biorąc pod uwagę ich związek z apostolstwem, żadna nie może się mierzyć z tym, który pozwala duszy dominikanina nawiązać poufny i bezpośredni stosunek z Bogiem.

Oczywiście nie wolno nam lekceważyć pozostałych, a więc ani kontemplacji intelektualnej, mającej swe źródło w nieustannym studium nauki świętej, ani też kontemplacji nabytej, wypływającej z naszego rozmyślania. Należy przy tym zauważyć, że pierwsza bynajmniej nie skłania w sposób konieczny do apostolstwa. Można np. kochać gorąco Pismo św. lub teologię i poświęcać się jej, z osobistego tylko umiłowania wiedzy, cały swój czas, wszystkie wysiłki, a jednak taka kontemplacja czysto intelektualna, nawet podejmowana z pobudek nadprzyrodzonych, uświęcających pracę, nie zdoła przekształcić egzegetę lub teologa w apostoła. Niekiedy nawet ludzi, którzy się jej poświęcają, widzą w apostolstwie, ogólnie biorąc w życiu czynnym, jak również we współudziale w modlitwie chórowej, przeszkodę dla swej pracy umysłowej. Zupełnie odmienny charakter posiada kontemplacja nabyta. Doświadczenie poucza nas, że dusze apostolskie z powołania poświęcające się zbawieniu bliźnim rozważając prawdy Boże, zwłaszcza miłość Boga i jej najbardziej uderzające przejawy wobec nas, jak Wcielenie, Odkupienie, Eucharystia, o ile to czynią przy tym w świetle wiary żywej, przepełnione miłością, czują się przynaglone do pouczania o tych prawdach bliźnich, do głoszenia ich - i to nie tylko w sposób dostatecznie jasny, lecz swym zapałem promiennym, przekonywującym, jaki wytryska z duszy apostoła.

Przypuśćmy jednak, że pewnego dnia dusze te, pod wpływem Ducha Świętego przejdą do kontemplacji wlanej, od nadprzyrodzonego rozważania prawd wiary do miłosnego poznania Boga, do osobistego, rzeczywistego doświadczenia Jego obecności w nas. Z jakimże wtedy zapałem, z jaką siłą przekonywania będą nauczali bliźnich tych samych prawd wiary, będą im je głosili.

Odmienną bowiem rzeczą jest - jak powiada św. Tomasz - widzieć Boga dzięki pewnego rodzaju wyczuciu Jego miłosnej obecności w nas, wraz ze wszystkimi łączącymi z tym łaskami, oraz szczególnymi dobrodziejstwami, aniżeli znać Go tylko za pośrednictwem oderwanych pojęć, które na rozmyślaniu przez zetknięcie się z żywą wiarą, nabierają życia, nie tracąc przez to swego oderwanego charakteru.

Zastanówmy się nad postępowaniem Apostołów po Wniebowstąpieniu. Ukryci w Wieczerniku, rozważają w ciągu czterdziestu dni, odtwarzając w umyśle i w sercu, owe trzy lata spędzone u boku Chrystusa, który opuścił ich właśnie, po objawieniu im najświętszych tajemnic, po obdarowaniu każdego z nich swoją niepojętą miłością, posuniętą aż do przyjęcia śmierci krzyżowej, dla ich zbawienia.

W ciągu dziesięciu dni rozmyślają, nie przejawiają jednak żadnej działalności. I kto wie, jak długo pociągnęłyby się ich rozważania, gdyby w porannej porze dnia Zielonych Świąt nie zstąpił na nich Duch Święty: gdyby nie opanował ich duszy i nie zapalił w nich płomienia, któremu nic nie może się oprzeć. I teraz nie wahają się ani trochę, opuszczają Wieczernik, zwracają się do tłumów, pozwalają mówić swym sercom. Odczytajcie sobie mowę, wygłoszoną tego ranka przez św. Piotra. Wyczuwa się w niej pulsowanie niezachwianej wiary, wiary ogarniającej wszystko, przenoszącej góry: wyczuwa się potęgę człowieka, który mówi z przekonania naocznego świadka o tym, co widział, jak powiada św. Jan, na początku swego listu. I tego samego dnia, jak podają Dzieje Apostolskie, około trzech tysięcy ludzi przyjęło naukę Chrystusa.

Oto piękny przykład apostolstwa, zaprawdę z pełni i bogactwa kontemplacji. Podobnie i św. Dominik, w trzynaście wieków później, przemawiając pod wpływem Ducha Świętego, nawracał tysiące heretyków - a potem św. Tomasz, św. Katarzyna ze Sieny, św. Wincenty Ferreriusz i ci wszyscy, którzy żyjąc po nich wzorowali się na ich przykładach: wszystkich ich zaszczycił Pan swymi natchnieniami i pozwolił, aby kontemplowali Go miłośnie w głębinach ich własnych dusz.

Dlaczego więc miałby odmówić Bóg tej łaski dominikanom, którzy nie będąc wprawdzie wzorami świętości, czynią wszystko, co leży w ich mocy, aby przygotować się na przyjście tej łaski i zasłużyć na nią poprzez spełnianie w życiu wspólnym wszystkim obowiązków, jakie ono ze sobą przynosi: poprzez praktykowanie umartwienia zewnętrznego, a w wyższym jeszcze stopniu wewnętrznego, sprowadzającego się do nieustannego pełnienia cnót właściwych dla ich stanu, oraz do nieustannego poddawania własnej woli Boga: poprzez wolne od opieszałości studiowanie nauki świętej, nie sądząc jednak przy tym, że zwalnia ono ich od uroczystego odmawiania oficjum, a wręcz przeciwnie, żywiąc głębokie przekonanie, że z niego właśnie czerpią środki do przekształcenia studium w rozmyślanie, do wzbogacenia modlitwy osobistej modlitwą wspólną i liturgiczną, która sprawia, że staje wśród nas Pan z rękami pełnymi darów?

Tak oto w Zakonie św. Dominika połączenie ascezy z liturgią oraz studiami teologicznymi czyni z klasztoru, w którym reguła jest w pełni zachowywana, doskonały przybytek kontemplacji.

Nadchodzi czas, aby zakończyć nasze rozważania: po rozpatrzeniu stosunku zachodzącego pomiędzy naszymi środkami życia wewnętrznego a kontemplacja oraz zjednoczenia z Bogiem, będącym jego uwieńczeniem, jak również związków istniejących pomiędzy różnymi rodzajami kontemplacji i apostolstwem, wypada spróbować wyodrębnić cechy charakterystyczne duchowości dominikańskiej, zarówno w odniesieniu do ascetyki, jak i do mistyki.

Cechy te można sprowadzić do trzech zasadniczych: duchowość dominikańska, zależnie od tego, z jakiego punktu widzenia ją oceniamy, jest: apostolska, doktrynalna oraz pełna harmonii.

Duchowość apostolska

Przede wszystkim jest to duchowość apostolska: jest więc ona skierowana do apostolstwa jako do panującego nad nią celu, narzucającego jej środki życia nadprzyrodzonego, zapewniające jego urzeczywistnienie.

Można to bardzo łatwo wykazać w zastosowaniu do ascezy Zakonu. Stwierdziliśmy w toku naszych rozważań, że jakkolwiek umartwienie zewnętrzne pod nazwą obserwancji monastycznych zajmuje dużo miejsca w organizacji naszego życia duchowego, jakkolwiek jesteśmy obowiązani do dorzucania do wspólnych umartwień, takich jak modlitwy nocne, stała wstrzemięźliwość, długie posty, wyznaczone w Konstytucjach, również i umartwień indywidualnych, to jednak są to tylko środki pomocnicze do wyrobienia sobie stałego i wszystko obejmującego umartwienia wewnętrznego, zasadzającego się na nieustannym praktykowaniu wszystkich cnót, a szczególnie tych, które są właściwe dla naszego stanu. Z uwagi na potrzeby studium lub obowiązków duszpasterskich, może być dominikanin zwolniony od zachowywania niektórych obserwancji, stan zdrowia może spowodować zwolnienie go z wszystkich nawet umartwień zewnętrznych. Nigdy jednak, w żadnych okolicznościach nie może być zwolniony od obowiązku praktykowania cnót teologicznych i moralnych, związanych zarówno z wykonywaniem ślubów zakonnych, jak z pełnienia naszych obowiązków stanu. Z tej racji można stwierdzić z całą stanowczością, że ascetyka dominikańska jest przede wszystkim apostolska. Wszystkie bowiem cnoty łączą się z miłością, co oznacza, że dusza posiadająca miłość skłonna jest wszystkie je pełnić; praktykowanie zaś cnoty wydatnie przyczynia się do wzrostu miłości. Miłość zaś, należy o tym przypomnieć, jest samą duszą apostolstwa. Im więcej kochamy Boga, tym gorliwiej pracujemy nad zbawieniem dusz; dla Niego winniśmy je miłować. Z drugiej strony w takim stopniu kochamy Boga, w jakim poddajemy naszą własną wolę Jego woli, a więc w jakim, bez opieszałości i we wszystkich dziedzinach, objętych naszym życiem wewnętrznym, praktykujemy cnotę.

Nasze życie wewnętrzne, rozpatrywane z punktu widzenia ascetyki, jest więc w istocie swej apostolskie.

Jest nim również niewątpliwie, gdy podchodzimy do niego z punktu widzenia mistyki. Jak mieliśmy już możność stwierdzić, nasze środki działalności apostolskiej, ustalone przez Konstytucje, a więc: życie wspólne, obserwancje monastyczne, nieustanne studium nauki świętej, uroczyste odmawianie oficjum - prowadzą wszystkie razem i każdy z osobna na właściwy mu sposób do kontemplacji, bez której nie ma apostolstwa dominikańskiego. Zgodnie z nauką św. Tomasza zarówno nasza działalność nauczycielska, jak i kaznodziejska powinna wypływać z pełni i bogactwa kontemplacji, branej pod uwagę zarówno w szerszym, jak i we właściwym słowa tego znaczeniu.

Oto pierwsza z cech charakterystycznych duchowości dominikańskiej, ustalona przy uwzględnieniu pierwszego punktu widzenia. Wskazuje ona, że jest to duchowość apostolska.

Duchowość doktrynalna

Obok tego jest ona duchowością doktrynalną, a to na dwa sposoby: jest ona przede wszystkim doktrynalną ze względu na to, że nauka święta, której naucza św. Tomasz i którą sam żył, dostarcza naszemu życiu duchowemu zasad kierowniczych; następnie pojęcia przyswajane w ich oderwanej postaci dzięki kontemplacji intelektualnej, kontemplacja nabyta i wlana, każda na właściwy sposób przekształcają w idee żywe, gotowe do przekazywania bliźnim za pośrednictwem nauczania oraz kaznodziejstwa. Św. Tomasz zostawił nam w dziedzictwie naukę świętą, którą zaleca Kościół, ze względu na jej zgodność ze swym dogmatycznym i moralnym nauczaniem, jako przedmiot dla badań naukowych teologów i źródło dla ich pobożności. Chcąc dobrze zrozumieć, że nauka ta powołana do kierowania całokształtem naszego życia duchowego, należy zawsze pamiętać o naturze stosunków łączących człowieka z Bogiem, a stanowiących samą podstawę życia wewnętrznego.

Bóg jest wszystkim, my zaś bez Niego nicością, zarówno co do bytu jak i co do działania. "I cóż masz, czego byś nie otrzymał?" - powiada św. Paweł. A nasz Zbawiciel sam oświadcza: "Beze Mnie nic uczynić nie możecie..." Oto główne sklepienie świątyni wewnętrznej, w której mamy obcować z Bogiem. Ta naczelna zasada panuje nad całą duchowością dominikańską i oświeca ją, pozwalając jednym wejrzeniem ogarnąć wszystkie jej aspekty.

Zaprawdę, z powołania naszego jesteśmy teologami, którzy, rozważając stosunek człowieka do Boga, czynią to z punktu widzenia Boga, nie zaś humanistami, próbującymi tłumaczyć Boga poprzez człowieka. Nie przeczymy bynajmniej istnieniu w naszym życiu trudności, wywołanych tak bezpośrednim stosunkiem pomiędzy duszą a Bogiem, sprawiających, iż najdrobniejszy przejaw naszej działalności osobistej jest jakby uzależniony od działania Boga w nas. Sądzimy jednak, że trudności te znajdują rozwiązanie w najwyższej Mądrości nieskończonej miłości Boga, któremu wszystko zawdzięczamy i bez którego nic uczynić nie możemy. Oto dla nas Prawda najwyższa i jej wszystko jest podporządkowane. Między doskonałymi głosimy w prawdzie i mądrości - powiada św. Paweł - mądrość Bożą zawartą w tajemnicy, zakrytej przez Boga i przeznaczonej przed wiekami ku chwale naszej, której nikt z władców tego świata nie poznał... To nam Bóg objawił przez Ducha swojego; Duch bowiem wszystko przenika, nawet głębokości Boże..."

Tę samą prawdę, głoszoną ongiś przez św. Pawła, powinien głosić synowie św. Dominika, wstępując w ślady swego Ojca i naśladując Jego przykład. Jest to mądrość pojmująca rzeczy przez ich pierwszą przyczynę i cel ostateczny, mądrość nabyta wysiłkiem naturalnego rozumu oświeconego wiarą, ale jednocześnie też i mądrość wlana, czyli rozkoszna mądrość świętych, nabyta, przez kontemplację, a prowadząca jednym i tym samym wzlotem do Boga oraz do sprawienia, aby był miłowany.

Nie będzie przesadą, gdy powiemy, że duchowość dominikańska, skierowana całkowicie do celów apostolskich, nosi na sobie znamię tej najwyższej prawdy we wszystkich swoich przejawach ascetycznych i mistycznych. Z niej, w każdym razie, jak z najbardziej wzniosłego źródła wypływają zasady, rządzące nią, nadające jej sens i czyniące ją owocną.

Skoro na przykład nauczamy w ślady św. Tomasza, że łaska nie niszczy natury, lecz ją doskonali, głosimy dobrze znaną naczelną zasadę duchowości dominikańskiej; zasada ta nie może być w pełni rozumianą w oderwaniu od całokształtu nauki św. Tomasza o stosunkach łączących nas z Bogiem. Jest to jedyny sposób, pozwalający określić bez błędów znaczenie nadawane słowu "natura".

Naturą bowiem w sensie metafizycznym i oderwanym, do której udoskonalenia powołana jest łaska, jest to, co jest w nas dobrego, co w swej istocie odpowiada idei Bożej, swemu przedwiecznemu wzorowi. Tę naturę radzi nam duchowość dominikańska rozwijać. Wszystko inne to natura ludzka brana konkretnie, jaką dziedziczymy zranioną grzechem pierworodnym. Chrzest może wprawdzie rozpocząć zabliźnienie tych ran, ale dla zaradzenia słabości, dla utwierdzenia naszej woli w dobrym, a wykluczenia miłości własnej, do której skłaniają nas trzy pożądliwości, wyliczone przez św. Jana: pożądliwość oczu, ciała i pycha żywota, konieczny jest, obok uzdrawiającej łaski, nieustanny wysiłek osobisty.

Oto podstawa, usprawiedliwiająca istnienie ascetyki, tego podwójnego umartwienia zewnętrznego i wewnętrznego, zmierzającego do wyrobienia wierności w praktykowaniu cnoty, a więc do całkowitego poddania naszej własnej woli, woli Boga, dla opanowania naszej zmysłowości i zwrócenia jej także do Niego.

A przy tym pomiędzy najhojniej obdarowaną naturą ludzką, więcej nawet: pomiędzy najwyższą naturą anielską a łaską podnoszącą ją do wyższego porządku, istnieje przepaść, dzieląca to, co jest przyrodzone, od tego, co jest Boże.

Ponieważ Bóg jest stwórcą natury zarówno, jak i łaski, są one obie powołane do harmonijnego współdziałania. Łaska nie tylko nie niszczy natury, lecz ją doskonali, przedłużając w nieskończoność jej pragnienie poznania i kochania, wspierając rozum i wolę wiarą, nadzieją i miłością, pozwala poznawać i kochać jakby w sposób naturalny.

Dla wyjaśnienia ascetyki Zakonu Kaznodziejskiego zbiegają się dwie zasady; obie jednak czerpią światło od teologii, wskazującej nam, że pomimo pozornych przeciwieństw, łaska i natura łączą się i harmonizują w mądrości Bożej.

Pierwsza zasada dotyczy skuteczności łaski, zarówno tej, która leczy naturę, jak i tej, która ją podnosi. Nie my czynimy ją skuteczną, jest ona nią ze swej istoty. Z drugiej strony - i to jest drugą zasadą - choć nie możemy wprawdzie zasługiwać bez łaski, to jednak nasz swobodny wysiłek polegający na współpracy z nią jest tutaj konieczny. W jaki zaś sposób nasza wolność godzi się ze skutecznością łaski? - to tajemnica Boga, tajemnica wszystko przekraczającej skuteczności Jego miłości dla nas, zdolnej do wprawienia w ruch naszej wolności, bez jej naruszenia, sprawiającej, że rozkwita ona i wydaje owoce. Nie wolno nam wątpić ani w naszą wolność, ani w konieczność łaski, której skuteczności nie może zależeć od nas. Gdyby tak było, to co w nas jest najlepszego - swobodne rozporządzanie naszymi czynami zasługującymi, wymykałoby się z łańcucha przyczynowości Bożej. Quid habes quod non accepisti?

Chcąc wierzyć w harmonijną łączność tych dwóch niewątpliwych zasad, uciekamy się do mądrości i miłości Boga; tylko krótkowzroczność umysłowa może sprawić, że nie będziemy mogli dostrzec, iż łączą się one w nieskończoność w Bogu - naszej pierwszej przyczynie i celu ostatecznym. W Bogu więc, a nie w nas samych, pokładamy nadzieję, Jemu oddajemy naszą zupełną swobodną decyzję. Źródłem naszej ufności jest nie tylko Jego najwyższa mądrość, ale również Jego nieskończona miłość, której dowody są przeobfite. Jakżeby Bóg, który stał się człowiekiem i zechciał umrzeć na krzyżu dla naszego zbawienia, mógłby żądać, byśmy Go kochali, byśmy Mu swobodnie służyli, gdyby niezbadana łaska tutaj nie była skuteczną lub gdyby jej skuteczność zamiast nam pomagać w wykonywaniu naszej wolności - paraliżowała ją.

Tak więc nauka św. Tomasza, chroniąc w pełni prawo, jakie Bóg wobec nas posiada, zachęca nas do nieograniczonej ufności w mądrość i dobroć Bożą. To właśnie chciała wyrazić św. Katarzyna, gdy napisała: "Zakon naszego Ojca św. Dominika daje swobodę, jest radosny i pełen uroku; jest on ogrodem rozkoszy".

Ta sama doktryna teologiczna, która dostarcza kierowniczych zasad dla naszej ascetyki, dostarcza także ich dla naszej mistyki. Z tej to przyczyny zapewne niektórzy autorzy życia wewnętrznego, mówiąc o duchowości dominikańskiej, twierdzą, że jest to mistyka spekulatywna. Podobne określenie jest niewłaściwe. Nie może być mistyki spekulatywnej, skoro prawdą jest, że spekulacja za podstawę posiada rozumowanie; kontemplacja mistyczna zaś jest wczuciem się, oglądanie prostym wejrzeniem, wypływającym z miłości, jak powiada św. Tomasz. W mistyce dominikańskiej spekulacja teologiczna poprzedza kontemplację, nie jest z nią jednak jednoznaczna. Teologia poucza nas, że to kontemplacja wlana rodzi się wyłącznie z inicjatywy Ducha Świętego, pozostając przy tym w pełni pod kontrolą oświeconej wiary; znajduje to zastosowanie zarówno do miłości, stanowiącej podstawę kontemplacji, jak i do darów Ducha Świętego, przy pomocy których ona się urzeczywistnia. Gdy zaś chodzi o kontemplację nabytą, nauka święta bogaci zasoby najwznioślejszych prawd, stanowiących przedmiot rozmyślania; w szczególny sposób dotyczy to prawd, posiadających związek ze zbawieniem dusz, skoro nasze apostolstwo ma wytryskać z naszej kontemplacji, zarówno w szerokim, jak i we właściwym tego słowa znaczeniu.

Nauka święta uzasadnia, a jednocześnie żywi najpiękniejsze nasze nabożeństwa, nabożeństwo do Chrystusa Pana, a szczególnie do Jego Męki, stanowiące tradycję naszego Zakonu, wszystkie formy nabożeństwa do Dziewicy Marii, Pośredniczki wszystkich łask, Królowej Apostołów i Ucieczki grzeszników.

Wspomnijmy również o nabożeństwie do Ducha Świętego, On bowiem posiada niezwykle wzniosłe znaczenie dla kontemplacji: o nabożeństwie do św. Dominika, naszego wspólnego Ojca, do św. Katarzyny Sieneńskiej, odbijającej w sobie w cudowny sposób ducha św. Dominika i św. Tomasza.

Duchowość pełna harmonii

Dotychczasowe uwagi pozwalają nam zrozumieć, dlaczego duchowość dominikańska jest doktrynalną. Prawdy wiary oświecają w pełni zarówno w zakresie ascetyki, jak i mistyki. Na pierwsze wejrzenie uderza złożoność naszego życia wewnętrznego; kto jednak bliżej je pozna, łatwo dostrzeże jedność, panującą wśród tej różnorodności. W rzeczywistości bowiem punktem centralnym jest Bóg, pierwsza przyczyna i cel ostateczny naszej działalności; nie pojęcie jednak Boga, lecz Bóg realnie i nieustannie obecny w duszy naszej, którą zamieszkuje, o ile tylko znajduje się ona w stanie łaski. Łasce uświęcającej, przekształcającej duszę naszą, bez jej zniszczenia, leczącej ją z grzechu i wznoszącej aż do Boga, jest właściwym, że stawia nas ona w pewnym sensie na jednym poziomie z Bogiem, dając nam pewien udział w samej Jego boskiej naturze. Pozwala to nam na wejście poprzez poznanie i miłość w poufne stosunki z Nim. Łaska uświęcająca przebóstwiając nas, rozprzestrzenia się w naszych władzach poznawczych i w naszym działaniu pod postacią cnót: wiary, nadziei i miłości, sprawiających, że Go poznajemy i miłujemy; cnót moralnych wlanych, nadających nadprzyrodzone cechy wewnętrznym oraz zewnętrznym przejawom naszej działalności; a wreszcie darów Ducha Świętego, które uzupełniając we właściwy im, a więc w Boski sposób, ludzkie sposoby działania cnót, czynią nas powolnymi na działanie Ducha Świętego.

Wszystko, co nam jest wlane przez Boga, a więc łaska uświęcająca, cnoty wlane i dary, tworzą nasz, jeśli można tak powiedzieć, organizm nadprzyrodzony, jednoczący się harmonijnie z naszym organizmem przyrodzonym dla jego uleczenia i udoskonalenia. W wyniku tego harmonijnego zlania się w duszy każdego z nas, natury i łaski, nasza zmysłowość poddaje się woli, ta zaś podporządkowuje się światłu i kierownictwu rozumu naturalnego, oświeconego wiarą, wiarą żywą, a więc przepojoną miłością. Wtedy miłość oświecona ze swej strony i strzeżona przez wiarę, staje się życiodajną podstawą naszego życia wewnętrznego, staje się siłą poruszającą naszej ascezy, sprowadzającej się ostatecznie do praktykowania cnót, a wszystkie przecież cnoty łączą się w miłość naszej mistyki, miłość jest bowiem podstawą naszej kontemplacji.

Kontemplacja ze swej strony jest natchnieniem dla naszego apostolstwa. Zbawienie dusz, będące w ścisłym znaczeniu celem naszego Zakonu, powinno być urzeczywistnione przy pomocy środków, odpowiadających temu celowi; zgodnie z naszymi Konstytucjami są nimi: życie wspólne, obserwancje monastyczne, nieustanne studium nauki świętej, uroczyste odmawianie oficjum. Widzieliśmy również, jak każdy z tych środków z osobna oraz wszystkie wspólnie kierują nas do kontemplacji. Tak więc w naszym życiu wewnętrznym pozostaje w harmonii, jest ono jednocześnie i kontemplacyjnym, i apostolskim. Wydaje się niekiedy, że pomiędzy zasadami kierowniczymi istnieją przeciwieństwa oraz rozdźwięki; wiemy jednak, że u szczytu, to znaczy w mądrości i miłości nieskończonego Boga, rozdźwięki te znikają, zasady jednoczą się i uzupełniają.

Zechciejcie wybaczyć, czcigodni Ojcowie i drodzy Bracia, rozmiary tego listu. Niezwykła doniosłość rozważanego zagadnienia nie pozwoliła na jego skrócenie. Jest to przypuszczalnie ostatni list, jaki do was kierujemy, następny zwoła już Kapitułę Generalną. Możecie więc uważać go za nasz testament duchowy. Piętnastoletnie sprawowanie rządów pouczyło nas, że Zakon św. Dominika, podobnie jak organizmy wyższego rzędu, posiada zdolność bez zmiany swej istoty dostosowania się do różnorodnych warunków życia, czasu i miejsca. W pierwszym rzędzie musimy pozostać sobą, zachowując nasz cel apostolski - zbawienie dusz, nasze środki do jego urzeczywistnienia, przepisane nam przez Konstytucje. Jest to jedyny sposób zapewniający, że istotnie obie postacie działalności apostolskiej: nauczanie i kaznodziejstwo, będą owocem naszej kontemplacji, wszystkie zaś próby naśladowania, pod pozorem unowocześnienia naszego życia, tego, co robią inne zakony lub duchowieństwo świeckie, wystawia nas na niebezpieczeństwo utraty powołania; będziemy może i wtedy czynić dobro, nie to jednak, którego oczekuje od nas Kościół i które nam zlecił św. Dominik. Podważamy wtenczas sens naszego istnienia, wystawiając na niebezpieczeństwo byt naszego Zakonu.

W obecnych warunkach więcej niż kiedykolwiek potrzeba duszom wiary gruntownej, wnikliwej i promieniującej; tylko ona zdoła je ustrzec przed błędami, rozprzestrzeniającymi się po całym świecie. Tę wiarę konieczną dla ich zbawienia i uświęcenia, powinno im dać apostolstwo, takie apostolstwo, jak je pojmował św. Dominik.

Pozostaje nam jeszcze, czcigodni Ojcowie i drodzy Bracia, wyciągnięcie praktycznych wniosków z dotychczasowych rozważań. Prosimy, abyście do tych wniosków zechcieli się w przyszłości zastosować.

Niechaj przełożeni - prowincjałowie w swoich prowincjach, przeorowie w podległych im klasztorach, przełożeni w swoich domach, ze szczególną starannością czuwają nad zachowaniem obserwancji monastycznych, przepisanych Konstytucjami, niechaj zachęcają do ich przestrzegania nie tylko słowem, ale również własnym przykładem. Niech nie nadużywają dyspens jednostkowych; powinni ich udzielać w wypadkach przewidzianych w Konstytucjach, szczególnie zaś wtedy, gdy dyspensy takie zagrażają obserwancjom, nad których wykonaniem obowiązani są czuwać.

Niech wszyscy pamiętają o wielkim znaczeniu, jakie przywiązują Konstytucje do tradycyjnych środków naszego Zakonu, umożliwiających przygotowanie naszych zakonników do właściwego im apostolstwa. Są nimi: życie wspólne, obserwancje monastyczne, uroczyste odmawianie oficjum oraz nieustanne studium nauki świętej. Od tych obowiązków nikt nie może zwolnić całej społeczności zakonnej ani też zmienić ich istoty. Obok dyspens jednostkowych, wydanych tylko na określony przeciąg czasu, jedynie Kapituła Generalna, a w międzyczasie Generał, mogą łagodzić ich surowość, z uwagi na potrzeby wywołane wyjątkowymi warunkami. Żaden przełożony, nie wyłączając prowincjała, nie może, bez odwoływania się do Generała, udzielić dyspensy stałej, choćby tylko jednostkowej.

Należy zapewnić codzienną Mszą św. konwentualną oraz uroczyste odmawianie wszystkich części oficjum; do udziału w nim obowiązani są wszyscy zakonnicy, z wyjątkiem korzystających z dyspens, przewidzianych w Konstytucjach. Nikt nie może udzielić sobie dyspensy samowolnie, bez zezwolenia przełożonych, oni bowiem są wyłącznymi sędziami w tej sprawie.

Przypominamy wszystkim Ojcom i Braciom naszego Zakonu, że nikt nie może być dyspensowany od codziennego wspólnego rozmyślania i Mszy św. konwentualnej. Jeżeli nawet w ciągu ostatniej wojny niektórzy przełożeni dla ważnych przyczyn byli zmuszeni do połączenia Mszy konwentualnej i rozmyślania, przypominamy, że wojna już jest zakończona i należy powrócić do normalnego porządku, w którym dwa te ćwiczenia są rozdzielone. Nie wolno powoływać się na powstały zwyczaj, pragnąc je dalej łączyć. Żaden zwyczaj sprzeczny z Konstytucjami nie może posiadać mocy obowiązującej.

Każdego roku wszyscy bez wyjątku dominikanie obowiązani są do odbycia rekolekcji w ciągu ośmiu pełnych dni. Prosimy prowincjałów, aby, jak to jest już praktykowane w kilku prowincjach, zakonnikom z małych domów, którzy nie mogli znaleźć rekolekcjonistów, umożliwili zebranie się na rekolekcje w dużych konwentach. Pozwoli to na odbycie rekolekcji w łączności ze społecznością klasztorną, na wykorzystanie dobrodziejstw atmosfery klasztornej oraz głoszonych nauk.

Zanim zostanie uruchomiona u św. Sabiny normalna szkoła dla przyszłych magistrów zatwierdzona przez Kapitułę Generalną, zwracamy się z prośbą do magistrów nowicjuszy i magistrów studentów, aby kładli szczególny nacisk na duchowe ukształtowanie młodych zakonników, na konieczność życia wewnętrznego w opisanej tutaj formie oraz na jego związki z apostolstwem.

Zanim dominikanin będzie dobrym profesorem lub kaznodzieją i aby mógł nim być, powinien być najpierw świętym zakonnikiem. Dla dominikanina nie ma zaś świętości bez głębokiego życia wewnętrznego, bez umartwienia i życia modlitwy zgodnego z duchem i literą naszych Konstytucji.

Niechaj św. Dominik udzieli wam natchnienia, czcigodni Ojcowie, niech wzbudzi w was głębokie zrozumienie dla zbawiennych prawd, jakie zostały przypomniane w tym liście. Nie mamy złudzeń co do mocy naszego ludzkiego sposobu przekonywania. Ponieważ jednak pisząc do was, pragniemy jedynie wykazać główny obowiązek sprawowanego urzędu, nie wątpimy, że za wstawiennictwem św. Dominika, Duch Święty łaską oświecenia dopełni przez nas rozpoczęte dzieło.

Musimy ufać, że dzięki wspaniałej młodzieży, zapełniającej nasze nowicjaty, nowa era otworzy się dla naszego Zakonu, po ciemnych dniach, jakie musiał przebyć, po siewie wśród łez, zbierać będziemy w radości, jak w pierwszych latach swego istnienia, przeogromne żniwo dusz, służąc Kościołowi i chwale Boga.

List ten, po jego ogłoszeniu, należy odczytać publicznie we wszystkich domach zakonnych i klasztorach; następnie należy go czytać każdego roku, poczynając od dnia 30 kwietnia - święta Katarzyny Sieneńskiej.

Błogosławimy wam ojcowskim sercem, polecając się wraz z naszymi socjuszami waszym gorącym modlitwom.

Dan w Rzymie, w Kurii naszej Generalnej u św. Sabiny, w święto św. Katarzyny Sieneńskiej, 30 kwietnia 1945 r.