MODLITWA JUBILEUSZOWA
na 800-lecie Zakonu


Boże, Ojcze miłosierdzia,
który powołałeś św. Dominika
na pełnego wiary
wędrownego kaznodzieję
i głosiciela łaski;
wylej na nas
Ducha Chrystusa Zmartwychwstałego,
abyśmy przygotowując się
do Jubileuszu Zakonu,
wiernie i z radością głosili
Ewangelię pokoju.

Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.
Czytelnia
Gregory Anderson OP († 2004)
Filary życia dominikańskiego


Przedstawiony poniżej tekst jest oparty na konferencjach, wygłoszonych przez o. Gregory Andersona OP, asystenta Fraterni Świeckich Dominikanów w San Francisco. Konferencje te były głoszone w ramach programu formacyjnego dla postulantów w latach 1995-1996. Tak jak sam o. Gregory pisze - są to jego refleksje po pięćdziesięcioczteroletnim byciu dominikaninem.

Tłumaczenia tekstu z języka angielskiego dokonała s. Małgorzata Katarzyna Kopczyńska OPs. Redakcji pod względem teologicznym i adaptacji do potrzeb naszej Prowincji dokonała s. Maria Katarzyna Kominek OPs, korekta – s. Irena Dominika Pac OPs.


Ktoś, kto ma jakiekolwiek pojęcie o literaturze na temat duchowości, wie, że istnieją różne szkoły duchowości. Mówimy prosto i łatwo o duchowości benedyktyńskiej, franciszkańskiej, karmelitańskiej czy ignacjańskiej. Wiemy także, że jest wiele innych prądów duchowości, na przykład duchowość mistyków nadreńskich, francuskich itd.

My, dominikanie, spotykamy się nieraz z zarzutem, że duchowość dominikańska nie jest wymieniana razem z innymi. Możemy spotkać się z pytaniem, dlaczego duchowość dominikańska, jeśli taka istnieje, nie jest ogólnie znana. Powodów takiego stanu należy upatrywać w tym, że nigdy nie było potrzeby określenia naszej duchowości w sposób jednoznaczny. Naszym celem jest więc próba zdefiniowania duchowości dominikańskiej możliwie precyzyjnie.

Musimy zaznaczyć, że wszyscy, niezależnie od szkoły, do której należymy, szukamy sposobu podążania za Chrystusem, który jest Drogą.

Bogactwa Chrystusa są niewyczerpane, wiele jest więc dróg podążania za Nim. Każda z nich niewątpliwie ma ten sam cel: głębsze wejście w życie chrześcijańskie - i na każdej z nich takie same są środki do osiągnięcia celu: modlitwa, sakramenty, liturgia itp. Drogi różnią się od siebie z powodu innej duchowości, uczuć i praktyk. Przez szkołę duchowości rozumie się pewien nurt, charakteryzujący całą rodzinę zakonną.

Rodzina Dominikańska składa się z różnych gałęzi, bo różne są powołania czy to do tzw. Pierwszego Zakonu (ojcowie i bracia), czy do Zakonu mniszek klauzurowych zwanego potocznie Drugim, czy też do Trzeciego, do którego należą świeccy. Ta sama duchowość ożywia także życie zgromadzeń sióstr dominikanek regularnych, instytutów świeckich i innych formacji, włączonych do Rodziny Dominikańskiej. Ideał do realizacji i duchowość są wspólne wszystkim, lecz każda gałąź ma swoje odrębne środki dla wypełniania tego ideału.

Jak podają Akta Kapituły Generalnej z Meksyku z 1992 roku: W ten sposób, jak wyrastające z drzewa, rosnącego przy bijącym źródle, gałęzie Rodziny Dominikańskiej są liczne. Każda z nich ma swój własny charakter, swój status i swoją odrębność. Jednakże wszystkie mają udział w charyzmacie św. Dominika, wszystkie dzielą się tym samym powołaniem do bycia kaznodziejami w Kościele, dostrzegając swoją wzajemną odpowiedzialność opartą na równości, wzajemnym uzupełnianiu się, współpracy i akceptują radość dawania, ale również otrzymywania i uczenia się od siebie wzajemnie.

Rodzina Dominikańska znajduje swoje źródło i znak jedności w Generale Zakonu, następcy św. Dominika. On gwarantuje przyjęcie do Rodziny i zachęca do wierności duchowi św. Dominika.

Podstawową cechą duchowości dominikańskiej jest głoszenie Prawdy światu. Odnosi się to do wszystkich gałęzi Zakonu, tak do świeckich, jak i do regularnych zakonników i zakonnic. To stwierdzenie brzmi tak prosto i oczywiście, że możemy je przeoczyć, możemy przeoczyć tę unikalną jakość, która odróżnia duchowość dominikańską od każdej innej duchowości. My musimy głosić Prawdę objawioną światu, jest to najważniejsze zadanie w dzisiejszych czasach.

Tylko duchowość dominikańska może w pełni wypełnić tę potrzebę. Nie powinniśmy wahać się mówić o tym i podkreślać to, gdy mowa jest o różnych szkołach duchowości. W jaki sposób świeccy dominikanie mogą brać udział, odpowiadając na powołanie Zakonu, w głoszeniu prawdy o zbawieniu i jak mogą wzrastać duchowo przez dzielenie się tą Prawdą, biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich żyją? Ich wkład w misję Zakonu jest jednym z najważniejszych i bez niego praca Zakonu nie może być w pełni efektywna.


Każdy z wielkich zakonów może podsumować swoja misję i duchowość jednym lub dwoma słowami. Dla benedyktynów jest to ora et labora – świętowanie kapłańskiego oficjum (lub modlitwy chrześcijańskiej, jak to nazywają dzisiaj) w połączeniu z codzienną pracą. Dla franciszkanów jest to ubóstwo. Jezuici maja za swoje motto Ad maiorem Dei gloriam - dla większej chwały Boga, które wyraża ich idealną służbę wobec Kościoła. Dla dominikanów jest to Veritas - czyli Prawda: w tym jednym słowie podsumowujemy nasze pragnienie, by Boska prawda wiary, objawiona przez Chrystusa, dotarła do wszystkich. Słownikowa definicja prawdy to: "jakość" będąca w zgodzie z doświadczeniami, faktami i realiami. Wskazuje to na element obiektywny, nie dopuszcza określenia w pełni subiektywnego. Ten dwojaki charakter został dobrze oddany przez św. Tomasza z Akwinu: Prawda jest w umyśle, o ile jest zgodna z rzeczą poznawaną (S. Th. I-I, q. 16, a. 1). Innymi słowy, znamy prawdę, kiedy to, co jest w naszych umysłach, współgra z obiektywną rzeczywistością. Grecy zaczęli poszukiwanie prawdy na drodze filozoficznej około 600 lat przed Chrystusem, a kultura zachodnia szuka jej od kiedy można sięgnąć pamięcią, choć zbyt często z miernym skutkiem. Pozostając w ramach filozofii, możemy dojść tylko do ludzkiej prawdy, do tego, co można poznać ludzkim intelektem. Natomiast dominikanie mówiąc słowo Veritas mają na myśli Prawdę Boską. Zasadniczo obiektywna jest tylko rzeczywistość ukryta w samym Bogu. Dlatego my głosimy tylko tę prawdę, która jest w naszych umysłach zgodną z tym, co jest w Bogu. Ta Prawda objawiona jest zupełnie i dokładnie wyrażona w odwiecznym pochodzeniu od Ojca Słowa, Drugiej Osoby Trójcy Świętej.

Jak mówi św. Jan do nas: Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo (J 1, 1). I dalej: A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy (J 1, 14). I jak sam mówi o sobie przed Poncjuszem Piłatem: Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu (J 18, 37b). A w czasie Ostatniej Wieczerzy Jezus mówi do Tomasza i do nas wszystkich: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem (J 14, 6a).

Chrystus zatem jest Prawdą Wcieloną. Wtedy dodaje: Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie (J 14, 6b). A św. Jan przypomina nam jeszcze raz: Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi (J 1, 9). Tak samo mówi o sobie sam Chrystus: Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia (J 8, 12). Ten, który Mnie posłał, jest prawdziwy, a Ja mówię wobec świata to, co usłyszałem od Niego (J 8, 26b).

I dalej kieruje do nas następujące słowa: Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli (J 8, 31b-32).

Bóg, który jest prawdą, jest również miłością (por. 1 J 4, 8a). Jak powiedział św. Paweł w swoim wielkim hymnie o miłości: Miłość nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdy (1 Kor 13, 6). A w innym miejscu mówi: Żyjąc prawdziwie w miłości sprawmy, by wszystko rosło ku Temu, który jest Głową - ku Chrystusowi. Z Niego całe Ciało - zespalane i utrzymywane w łączności dzięki całej więzi umacniającej każdy z członków stosownie do jego miary - przyczynia sobie wzrostu dla budowania siebie w miłości (Ef 4, 15-16).

Gdy św. Paweł mówi o Kościele jako o Ciele Chrystusa, ma na myśli też szerzenie Prawdy. W pierwszym liście do Tymoteusza jest to lepiej wyjaśnione: Gdybym się opóźniał, byś wiedział, jak należy postępować w domu Bożym, który jest Kościołem Boga żywego, filarem i podporą prawdy (1 Tm 3, 15).

Kościół, jak wiemy, jest strażnikiem Prawdy objawionej nam przez Chrystusa, przez asystencję Ducha Świętego zawsze jest zachowany od błędu i w każdym czasie staje w prawdzie wobec napotykanych nowych problemów, pytań i sytuacji. Przechodzenie przez długą listę wersetów biblijnych może być nudne, ale w tym wypadku ma służyć zauważeniu wielowątkowości i piękna Prawdy, do której Zakon Dominikański się przywiązał.

Po pierwsze: Prawda jako Boski byt, Słowo Boże, obiekt naszego kultu i kontemplacji.

Po drugie - jako objawienie Chrystusa, przedmiot naszych studiów i obiekt naszej pracy apostolskiej.

Po trzecie my, jako dominikanie, zupełnie oddani Magisterium Kościoła, które jest filarem i gwarantem prawdy.

Z przytoczonych elementów możemy wywnioskować, że poszukiwanie prawdy powinno nadawać barwy, kształtować i modelować każdy aspekt naszego życia. Umiłowanie prawdy duchowej jest sednem duchowości dominikańskiej.

Niemożliwe jest oddzielenie miłości od prawdy. Nie możemy oddzielać Prawdy od najwyższego dobra - to jest od Boga samego. Nasze studia powinny być dokonywane w miłości, tylko tak możemy podejść do tajemnicy objawienia Boga. Nasze dzielenie się prawdą, tajemnicami, których się nauczyliśmy i które kontemplowaliśmy, powinno być powodowane miłością do tych, co chodzą w ciemności i cieniu śmierci. Przewodnikiem powinien być dla nas sam nasz Patriarcha - św. Dominik, który poświęcił siebie i swój Zakon głoszeniu prawdy.

Głoszenie prawdy rozpoznał jako swoje powołanie od początku swojej misji wśród heretyckich albigensów na południu Francji. Uznał je za konieczne, jeżeli herezje i fałszywe doktryny mają być zwyciężone.

W dzisiejszym świecie fałszywych doktryn jest również mnóstwo. Jeśli każdy wiek ma o sobie opinię, że jest najgorszym w historii, to cóż powiedzieć o naszych czasach? Jest tyle trudności, że można z nich piętrzyć całe góry. Propagowana jest teza, że człowiek posiadł wiedzę o wszystkich gatunkach rzeczy, lecz ta teza prowadzi do braku zrozumienia, kim jest człowiek, dokąd idziemy i jaki jest cel naszego życia. To, co jest najbardziej potrzebne dzisiaj i było potrzebne w czasach św. Dominika, to znajomość prawdy, szczególnie Boskiej Prawdy, objawienia Boga przez Jezusa Chrystusa. Dotyczy to każdej gałęzi Rodziny Dominikańskiej - zakonników, mniszek i świeckich.

Zakonnicy mają misję głoszenia i nauczania, pisania uczonych artykułów i książek oraz używania mediów do rozpropagowywania prawdy.

Powołaniem sióstr klauzurowych jest modlitwa nie tylko za pracę braci, ale również - by prawda była poznana. Siostry ze zgromadzeń dominikańskich wypełniają swoje zadanie ucząc w szkołach czy pracując w szpitalach, domach opieki i innych miejscach.

Ale prawdopodobnie najbardziej efektywne i dalej sięgające jest powołanie świeckich, by nieść prawdę do miejsc pracy, na rynki miast, do szkół, przedszkoli oraz wszystkich grup społecznych. To jest coś, czego mogą dokonać tylko świeccy. Do tego nie jest wymagany doktorat ze Świętej Teologii lub tytuł magistra teologii. Nie możemy nigdy zapominać, że najbardziej elokwentną i efektywną głosicielką Prawdy Bożej była świecka kobieta, które nie umiała ani czytać, ani pisać - Św. Katarzyna ze Sieny. Przez nią właśnie Bóg opowiedział nam o świętym Ojcu Dominiku: Z tego bardziej odpowiedniego źródła [Dominik] brał światło nauki w celu wykorzenienia błędów, które narastały w tamtych czasach. On podejmował zadanie Słowa, mojego jedynego Syna. On jasno ukazywał się jako apostoł w świecie, z taką prawdą i światłem, że siał moje słowo, rozpraszając ciemności i dając światło. On był światłem, które ja zaoferowałem światu przez Maryję i wysłałem do Mistycznego Ciała Świętego Kościoła, aby wypleniać herezję. Dlaczego powiedziałem "przez Maryję?" Dlatego że Maryja dała mu habit - świadectwo mojej dobroci zawierzając jej (Dialog, nr 158).

I na koniec - podsumowanie: Zakon Dominikański nigdy oficjalnie nie wybrał słowa Veritas jako swoje motto, ale jest to zawołanie używane niejako od zawsze. Ludwik Bawarczyk, cesarz rzymski w latach 1314-1347, powiedział: Zakon Braci Kaznodziejów jest Zakonem Prawdy, który jednakowo staje w obronie odwagi i wolności. A papież Honoriusz III, w swojej drugiej bulli potwierdzającej Zakon, wydanej w 1216 r., nazywa nas strażnikami wiary i prawdziwymi światłami świata, co przywołuje na myśl słowa Chrystusa: Wy jesteście światłością świata. Ale nie jesteśmy światłem, które świeci samo z siebie, lecz bierze swoje promienie z Prawdy.


Czy człowiek świecki może kontemplować? Czy znajdzie czas na kontemplację? Niejeden na pewno powie: Ja i kontemplacja? Ja mam pracę, obowiązki rodzinne, obowiązki cywilne i kto wie, co jeszcze do zrobienia. Nie mam czasu i możliwości, aby spędzać godziny w kościele, modląc się i medytując lub aby nawet w cichym kątku swego mieszkania znaleźć czas i sposobność do kontemplacji. Prowadzę aktywne życie. Mogę być Martą, ale nie Marią.

Możemy tak zareagować, ponieważ wydaje się nam, że człowiek kontemplujący musi być jak mnich lub siostra klauzurowa lub jak rzadko spotykany świecki, który ma zapewniony byt, mało pracy i lubi przesiadywać w cichym kąciku, modląc się i czytając pobożne książki. A przecież jest faktem, że liczni święci, którzy oddawali się kontemplacji, byli bardzo zajęci, prowadzili bardzo aktywne życie. Św. Dominik i św. Katarzyna ze Sieny - najwięksi kontemplujący święci Zakonu - do nich należeli. Zapominamy również, że nawet w klasztorach i konwentach podłogi muszą być myte, ubrania prane, posiłki gotowane, a niektórzy muszą wykonywać pracę zarobkową, by zapewnić utrzymanie członkom Zakonu. Wróćmy jednak do twierdzenia, że nawet aktywny, zajęty świecki człowiek może kontemplować. Zapytacie - jak? Problem w tym, że możemy używać słów kontemplacja i człowiek kontemplujący w dwóch znaczeniach.

Pierwsze to kontemplacja jako sposób na życie. Skupmy się na razie na tym.

Ojciec Walter Farrell OP, który poznał myślenie i naukę św. Tomasza z Akwinu dogłębnie, wskazuje na swój komentarz do Summy. Zaznacza on, że istotną okolicznością, która czyni dominikanina kontemplującym, jest to, że jesteśmy oddani Prawdzie. Poznajcie tę Prawdę, która was wyzwoli i pozwoli wam dzielić się nią ze światem, nawet jeśli wasz świat jest ograniczony do biura, sąsiedztwa czy klasy szkolnej. Waszym podstawowym celem jest wskazywanie na Prawdę. To jest kontemplacja jako styl życia. Ale to nie oznacza, że jesteś wtedy osobą kontemplującą.

Teraz skoncentrujmy się na kontemplacji w drugim znaczeniu, w którym używamy jej jako formy modlitwy. Kiedy wybieramy kontemplację jako styl życia - to po prostu oznacza, że kontemplacja jako forma modlitwy jest naszym celem. Prawdopodobnie powinniśmy zastanowić się najpierw nad tym, co to właściwie oznacza, zanim przejdziemy dalej. Ojciec Farell definiuje to jako szybkie, intuicyjne poznanie, chwilowe zanurzenie w serce (sedno) prawdy (Komentarz do Sumy, tom III, s. 498), z kolei o. Jordan Aumann OP określa kontemplację w swoim artykule w Nowej Encyklopedii Katolickiej jako kochającą wiedzę o Bogu, która pochodzi z inicjatywy Ducha Świętego (tom IV). Jako taka, kontemplacja jest oparta o wiarę, wzmocniona przez nadzieję i wypływa z miłości. Innymi słowy, jest to takie doświadczenie Boga obecnego, w którym dusza i Bóg nawiązują kontakt i dusza zupełnie zatapia się w Bogu. Nie ma innych lub lepszych słów na określenie kontemplacji. Można podać też takie określenie: dusza skupia się na Bogu i Bóg skupia się na duszy. Jeśli tego nie doświadczyliście, to nikt nie będzie wam w stanie tego wytłumaczyć, ale jeśli doświadczyliście tego - nikt nie musi wam tego opisywać.

Zdarza się, że ktoś ma takie cudowne doświadczenie, ale nie zdaje sobie sprawy z tego, że to była kontemplacja. Św. Bernard z Clairvaux, który doświadczał kontemplacji, ostrzega, że takie doświadczenia nie są częste i są przemijające. Nie mówimy o takich fenomenach jak ekstazy, uniesienia, zachwyty, stygmaty i o tym wszystkim, co zawsze kojarzymy z wielkimi osobami kontemplującymi. Św. Dominik prawdopodobnie miał niewiele takich doświadczeń, ale św. Katarzyna ze Sieny miała ich bardzo wiele, włączając w to stygmaty. Te fenomeny odnoszą się do wlanej kontemplacji, która jest darem od Boga i przychodzi do nas wtedy, kiedy On tego chce. Nawet największy wysiłek z naszej strony nie przybliży nam tych darów. I choć nie można otrzymać darów kontemplacji wlanej tylko w wyniku własnego wysiłku, należy przygotowywać swoją duszę do zwykłej kontemplacji, do modlitwy miłości, do życia miłością.

Są dwa podstawowe warunki, które muszą być spełnione, by dojść do życia kontemplacyjnego.

Pierwszym jest miłość, głęboka miłość Boga. Jak mówi o. Farrell OP, kontemplacja musi zawsze zaczynać się od miłości, trwać w miłości i mieć owoce w miłości (Komentarz do Summy, tom III s. 497). Ta miłość Boga oznacza, między innymi, że nie koncentrujemy się zasadniczo na rzeczach tego świata. Nasz Pan powiedział tak: Nie troszczcie się zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane (Mt 6, 31-33).

Możemy używać rzeczy materialnych, ale nie pozwólmy, aby one używały nas - nie pozwólmy, by stały się one naszymi panami i stały się celem w naszym życiu. Myślę, że każdy, kto podejmuje decyzję zostania dominikaninem, podjął już wcześniej decyzję postawienia Boga na pierwszym miejscu i wzrastania w miłości Boga.

Drugim warunkiem jest posiadanie cnót moralnych, niekoniecznie w stopniu heroicznym, ale przynajmniej w takim stopniu, że stłumią one gwałtowne namiętności, które utrzymują duszę w nieporządku. Oczywiście gdy człowiek żyje w łasce uświęcającej, ma również dodatkową łaskę, pomagającą mu w zdobywaniu cnót moralnych. Jeszcze raz podkreślam, że jeśli ktoś decyduje się zostać dominikaninem, powinien również decydować się na poważny wysiłek w kierunku rozwoju cnót moralnych.

Dopiero gdy te warunki zostają spełnione, jesteśmy gotowi zacząć stopniowe zbliżanie się do kontemplacji. To wszystko nie przychodzi tak łatwo i naturalnie, nie obywa się bez wysiłków i trudności. Wszyscy pisarze duchowi mówią jasno, że kontemplujący będą przechodzić chwile ciemności i momenty wypalenia, kiedy będą kuszeni, aby się poddać, kiedy będą myśleć, że upadają i będą mieli ochotę zawrócić z obranej drogi. I wtedy nadzieja przychodzi nam na ratunek. Ona daje nam siłę do przedzierania się przez te wydmy piasku, które stają na naszej drodze. Nie będziemy mogli iść dalej, dopóki nie zdamy sobie sprawy z tego, że Bóg nas prowadzi i że jesteśmy coraz bliżej Niego, właśnie dzięki tym próbom. Z tego powodu Ukrzyżowany Chrystus pyta nas, czy zechcemy ponieść Jego krzyż.

Tu wracamy do pytania, które postawiliśmy na początku: czy jako zwykli, świeccy ludzie możemy mieć nadzieję, że będziemy kontemplować?

Odpowiedź jest twierdząca. Tak! Po pierwsze, jesteście na dobrej drodze. Wybraliście nasz Zakon, chcecie zostać dominikanami, by dzięki łasce swojego powołania kontemplować prawdy Boże. Jako ci, którzy mają Boże życie, zostajecie wyposażeni w łaskę, która zapewnia wszystko, co wam jest potrzebne, aby wzrastać aż do momentu, kiedy kontemplacja stanie się waszą formą modlitwy i będzie wam dana. Wszystko, czego się od was wymaga, to cierpliwość, wytrwałość i nadzieja.


Skoncentrujemy się teraz na studiach, które mogą być powodem obawy dla tych, którzy dawno wyszli z ławki szkolnej i nie mają żadnego pragnienia, by tam wrócić. Ale nie takie studia mam na myśli. Właściwie chodzi o coś, co robimy przez całe życie. Na przykład: osoba, która jest zainteresowana gotowaniem, będzie ślęczeć nad książkami kucharskimi szukając przepisów, by doskonalić swoje umiejętności kulinarne. Osoba używająca komputera będzie dokładnie zgłębiać instrukcję obsługi programu, którego używa, by dowiedzieć się o wszystkich jego funkcjach. Ci, którzy planują wakacje, będą przeszukiwać oferty biur podróży, aby zdecydować się na coś, co będzie jednocześnie cieszyć i będzie zgodne z ich oczekiwaniami. Taką listę przykładów może ciągnąć w nieskończoność, ale najważniejsze jest to, że nawet dla zwyczajnych czynności życiowych jesteśmy gotowi poświęcić dużo czasu na studia i przygotowania, aby w efekcie otrzymać to, co będzie dla nas najlepsze. Dotyczy to również tych, którzy mówią, że chcą kontemplować albo chcą nieść prawdę innym. Jak możecie kontemplować, kiedy nie robicie nic, aby kontemplować, lub jak chcecie nieść prawdę innym, gdy sami nie znacie prawdy? Jeśli chcecie studiować i przygotowywać się do osiągnięcia ziemskich celów, o ile bardziej musicie pragnąć nauczyć się tego, co doprowadzi was do celu ostatecznego?

To nie oznacza, że jesteście zobowiązani studiować teologię. To oznacza, że powinniście chcieć znać prawdy wiary. Może wydaje się wam, że po 12 latach katechizacji szkolnej znacie wszystko, co jest potrzebne. Ale będziecie zaskoczeni, gdy uświadomicie sobie, jak wiele się zapomina z tego, co kiedyś się człowiek nauczył lub wydawało mu się, że się nauczył. Uwierzcie, że nie będzie bolało, gdy zaczniecie sobie przypominać prawdy wiary przez czytanie Katechizmu Kościoła lub innych podstawowych dzieł z teologii katolickiej. Porządna znajomość Słowa Bożego będzie nie tylko podstawą do waszego duchowego rozwoju, ale pomoże wam odpowiadać inteligentnie na zarzuty sekciarzy, których spotykamy coraz częściej (na przykład częste wizyty świadków Jehowy). Pozwólcie, że was ostrzegę. Oni będą cytować wersety biblijne jeden po drugim, aż was nimi oszołomią. Wasza reakcja może być w stylu: Jak dużo ci ludzie wiedzą na temat Biblii! Nie bądźcie onieśmieleni. To nie oznacza, że oni znają Biblię w całości. To tylko znaczy, że nauczyli się wielu wersetów na pamięć. Ale oni nie znają ani kontekstu, ani sensu tych wersetów. Oni tylko wybrali te, które udowadniają ich punkt widzenia, a ten zazwyczaj jest antykatolicki. To jest niewłaściwe użycie Pisma Świętego.

Najlepszą metodą na takich ludzi jest uśmiechnąć się i powiedzieć: Ale piękne! Powiedz, co jest przed tym wersetem? W 90 na 100 przypadkach nie będą wiedzieli. Zmuście ich, by wstawili werset, który zacytowali, z powrotem w jego kontekst. Przekonacie się, że nie potrafią. Ale czytanie nie jest jedyną drogą, jaką uczymy się i studiujemy. Święty Tomasz włącza tu również słuchanie. Macie przecież swoje spotkania z asystentem, czy takie, na których podejmujecie rozważanie różnych tematów, na których możecie wspólnie uczyć się i poznawać czy to naukę Kościoła, czy dzieła naszych duchowych przewodników - św. Tomasza, św. Katarzyny i innych. Są również katolickie audycje oraz katolickie strony w Internecie i wiele, wiele innych źródeł. Żyjemy w czasach rozwoju środków przekazu. Jest wiele dobrych audycji i taśm, które mogą być pomocne w naszym uczeniu się i studiowaniu. To czytanie i słuchanie nie jest tylko jednorazowym przedsięwzięciem. Nie chodzi o to, aby przeczytać Katechizm i już. Nie! Powinniście być gorliwymi studentami, którzy chcą cały czas więcej. To jest proces trwający całe życie. Każdy dominikanin studiuje sześć lat w czasie studiów, ale potem nie przerywa swego studiowania - nie dlatego, by zasłużyć na jakieś szczególne zaszczyty, ani dlatego, że jest do tego zobowiązany. Po tym, co już mówiliśmy, powinien narzucać się logiczny wniosek, że każdy, kto chce wypełnić swoje powołanie dominikańskie, przylgnie do studiowania jak do drugiej natury.

To samo odnosi się do świeckich dominikanów. W ludzkiej naturze jest zakodowane pragnienie - im więcej wiesz, tym więcej chcesz wiedzieć. Z czasem, gdy wasza wiedza będzie się powiększać, będziecie wiedzieli, że zyskujecie coraz więcej. Owszem, wiele będzie momentów, kiedy będzie się wam wydawało, że walicie głową w mur i że dążycie donikąd. W takich momentach pamiętajcie, że otrzymaliście dar rozumu, szósty dar Ducha Świętego, który uzdalnia was do zgłębiania znaczenia prawd naszej wiary. Pamiętajcie, że wszystko, co macie robić - to modlić się o wzrost, a Duch Święty da wam wnikliwość i oświecenie. Powinniście również nauczyć się więcej o samym Zakonie Dominikańskim. Nie wystarczy wam zapoznanie się z podstawową lekturą o św. Ojcu Dominiku i początkach Zakonu. Zapragniecie jeszcze więcej wiedzieć i się nauczyć. To, o czym mówię, nie jest poza zasięgiem przeciętnego, zwykłego człowieka. Przypomnijcie sobie słowa św. Tomasza: Ci, którzy otrzymują łaskę, mogą cierpieć ciemności umysłu, gdy chodzi o rzeczy, które są niepotrzebne do zbawienia, lecz gdy chodzi o to, co do zbawienia jest konieczne, będą dostatecznie pouczeni przez Ducha Świętego (S. Th. II-II, q. 8, a. 4, 1).

Nawet najświatlejszy człowiek może mieć problemy, gdy styka się z objawioną prawdą. Każdy z nas rozpaczliwie potrzebuje natchnienia Ducha Świętego. Nikt z nas nie jest więc pozostawiony sam w tym długim procesie uczenia się, które jest istotną częścią dominikańskiego życia. Studium jest jednym z filarów życia dominikańskiego. Jeśli poważnie myślicie o tym, by zostać ludźmi kontemplującymi, jeśli poważnie chcecie zostać zapalonymi pochodniami prawdy w świecie, w którym żyjecie, musicie chcieć studiować i uczyć się więcej i coraz więcej. I wtedy odkryjecie, że powołanie dominikańskie daje wam przepis na szczęście, teraz i na wieki. To zaś będzie dla was jak przewodnik w wypełnianiu powołania, jak podręcznik, do którego każdy może sięgać zawsze - i ten podręcznik będzie lepszy niż wszelkie broszury biur podróży, kiedykolwiek opublikowane, bo będzie was prowadzić do waszego celu, gdzie w jedności z wszystkimi waszymi braćmi i siostrami w św. Ojcu Dominika, pod płaszczem Maryi, będziecie cieszyć się wiecznym życiem z Bogiem w niebie.


Jeszcze w latach 60-tych XX wieku w Zakonie Kaznodziejskim liturgia była odprawiana w rycie dominikańskim. Nasz ryt różnił się w niektórych szczegółach od rytu rzymskiego. Posiadanie własnego rytu u początków istnienia Zakonu (XII w.) było spowodowane tym, że współcześnie nie wszędzie w Europie trzymano się rytuału rzymskiego. Doszło nawet do tego, że w różnych miejscach były lokalne warianty liturgii. Zakon rozsyłał swoich braci po całym świecie. Jeśli więc dominikanin przemieszczał się z Kolonii do Paryża czy do Neapolu - jak np. Św. Tomasz - musiał się przystosowywać do odmiennego sposobu odprawiania Mszy dominikańskiej po każdej zmianie miejsca pobytu. Dosyć wcześnie powstał pomysł wprowadzenia tylko jednego rytu dla dominikanów bez względu na to, gdzie się znajdowali. W 1256 bł. Humbert z Romans, piąty generał Zakonu, wprowadził nową, ujednoliconą liturgię. W 1267 r. papież Klemens VII zaakceptował ten ryt i dominikanie trzymali się go aż do czasów współczesnych.

Takie zróżnicowanie było na dłuższą metę nie do przyjęcia w Kościele. Papież św. Pius V w 1570 nakazał całemu Kościołowi przyjęcie rytu liturgii rzymskiej (ryt rzymski - a nie trydencki, jak niektórzy go nazywają). Jednocześnie pozwolił na zachowanie wszystkich rytów, które mogły wykazać się czcigodnym pochodzeniem i zatwierdzeniem, dawniejszym niż sprzed 200 lat. Pamiętamy, że dominikański ryt został zatwierdzony w 1267, czyli 203 lata wcześniej. Warto też wiedzieć, że św. Pius V był dominikaninem, a więc jak widać potwierdza to prawdę, że opłaca się mieć "swojego człowieka" we właściwym miejscu i we właściwym czasie. W latach 60-tych XX wieku został zatwierdzony w Kościele nowy ryt liturgii i my go zaadaptowaliśmy, ponieważ nie było większych powodów na upieranie się przy naszym starym rycie dominikańskim, zwłaszcza że wiele cech nowego rytu było bardziej podobnych do starego rytu dominikańskiego niż do starego rytu rzymskiego. Nasza uroczysta Msza św. była nawet bardziej podniosła niż Msza pontyfikalna odprawiana przez biskupów. Jedynym problemem było to, że był on tak skomplikowany, iż tylko kilku z nas było w stanie przejść przez niego nie robiąc sporej liczby błędów. Nie przewidziano u nas specjalnej funkcji mistrza ceremonii, który pilnowałby wykonania liturgii, tak jak ustanawia go ryt rzymski.

Opowiadam wam to wszystko, byście mogli wczuć się w miłość dominikańską do liturgii. Dominikanie zawsze poświęcali się liturgii, poczynając od św. Dominika, który był kanonikiem regularnym przy katedrze w Osmie w Hiszpanii. To on ukochał Boskie Oficjum i odprawiał Mszę każdego dnia, kiedy tylko mógł. Czasami oczywiście w swych wędrówkach po Europie mógł znaleźć się w miejscu, gdzie w pobliżu nie było żadnego kościoła. Z innych powodów nie opuszczał celebrowania Mszy i Boskiego Oficjum.

Ta miłość do liturgii pozostała w centrum dominikańskiego życia jako bogate źródło modlitwy i ma potężne znaczenie w jednoczeniu nas z Chrystusem. Ale zanim pójdziemy dalej, zastanówmy się, czy dobrze rozumiemy, co to jest liturgia. To jest oficjalna modlitwa Kościoła, Ciała Chrystusa, ludu Bożego, który wychwala i uwielbia Boga w Trójcy Świętej. Jest skoncentrowana wokół Mszy i Boskiego Oficjum. Kiedy ktoś bierze udział w odprawianiu Mszy lub kiedy odmawia brewiarz, nawet jeśli jest sam, jest włączony w modlitwę całego Kościoła.

Nie tylko św. Dominik widział i doceniał wartość liturgii, ale i cały Zakon przez wieki swego istnienia to docenia. Liturgia jest skuteczną odtrutką na aktywność głoszenia. To ona właśnie pomaga kaznodziejom nie dać się złapać w pęd i zgiełk przemieszczania się z miejsca na miejsce, jak również chroni przed pychą i dumą, pokusami, w które łatwo można wpaść, gdy odnosi się sukces lub zyskuje popularność. Liturgia jest stała i przypomina nam naszą misję - głoszenia Chrystusa i jego Ukrzyżowania.

Jeśli chodzi na przykład o braci, zaangażowanych w nauczanie, liturgia chroni ich studia i przygotowania do lekcji szkolnych i wykładów, chroni ich od bycia chłodnymi i abstrakcyjnymi myślicielami. Liturgia uzupełnia to, co studiują, gdyż liturgia jest celebracją misterium Chrystusa, które oni usiłują zrozumieć. Znane jest powiedzenia ojca Bernadot: liturgia jest żyjącym dogmatem, mówiącym tak do serc, jak do rozumu. Zapamiętajcie, że liturgia zawiera pełnię katolickiego nauczania w swoich modlitwach, psalmach, hymnach, czytaniach biblijnych i w nauce Ojców Kościoła.

Pamiętajmy jednocześnie, że każde słowo liturgii jest zatwierdzone przez najwyższy autorytet w Kościele.

Jak było dawniej? Bracia oczywiście znali biegle łacinę, ponieważ przez setki lat był to jedyny język używany przez Kościół zachodni w liturgii - ale co ze świeckimi, którzy w czasach nowożytnych nie byli już w stanie zrozumieć łaciny? Ci, którzy nie umieli czytać w żadnym języku, mogli recytować pewną ilość "Ojcze nasz" i "Zdrowaś Mario" przez cały dzień. Ci, którzy umieli czytać w jakimkolwiek języku, mogli odmawiać tzw. małe Oficjum o NMP. Ponieważ odmawiało się je codziennie, co mogło prowadzić do znudzenia, pojawiły się inne oficja (podane są naszym modlitewniku dominikańskim – przyp. tłum.).

Dopiero rok 1970 przyniósł zmiany. Ojciec Święty zatwierdził reformę Liturgii Godzin dokonaną po Vaticanum II. Reforma wiązała się również z przetłumaczeniem Liturgii Godzin na języki narodowe. Zatwierdzając nowe oficjum Paweł VI wskazał na konieczność wprowadzenia świeckich w odmawianie Liturgii Godzin. Dlatego Reguła Fraterni Świeckich św. Dominika z 1987 r. zaleca modlitwę liturgiczną w jedności z całą rodziną dominikańską. Większość Dyrektoriów prowincjalnych ma podobne zalecenia (w tym także Dyrektorium polskie - przyp. tłum.).

My używamy słowa "zaleca", a nie "zobowiązuje", ponieważ nic w Regule Dominikańskiej dla żadnej z gałęzi Zakonu nie obowiązuje "pod grzechem". Sam św. Dominik najbardziej się przy tym upierał. W każdym razie macie szczęście i przywilej łączyć się z całym Zakonem w recytowaniu brewiarza. Trzeba na to patrzeć jak na przywilej, nie jak na obowiązek, coś, co chcecie robić, ponieważ dużo otrzymujecie. Jeśli macie takie nastawienie, okaże się, że nie będzie trudne pogodzić pracę i modlitwę rano i wieczorem prawie każdego dnia. Zdarzy się tak, będą dni, kiedy nie będziecie w stanie pogodzić pracy i modlitwy, lecz nie martwcie się tym!

Reguła również zaleca świeckim uczęszczać tak często, jak to możliwe, na codzienną Mszę świętą i przystępować do Komunii. Warto tu wspomnieć, że jest to łatwiejsze po wprowadzeniu zmian po Vaticanum II - wprowadzenie wieczornej Mszy zrobiło ją dostępniejszą dla wielu pracujących. Jednak jeszcze dla wielu uczestnictwo w codziennej Mszy jest nadal niemożliwe z powodu godzin pracy, długich dojazdów, rodzinnych i domowych obowiązków i wielu innych czynników, na które nie mamy wpływu. Nie zapominajmy jednak o tej wskazówce Reguły; jeśli to pragnienie będzie w naszym sercu, przyjdzie dzień, kiedy będziemy mogli uczestniczyć we Mszy codziennej. Jestem zawsze zaskoczony liczbą ludzi, którzy czynią starania, by się uświęcać przez codzienną Mszę św. Robią to, ponieważ wiedzą z własnego doświadczenia, że udział w nieustającym Misterium Ofiary Krzyżowej daje im siły do duchowego wzrastania i stawiania czoła problemom codzienności.


Jak zobaczyliśmy w poprzednim rozdziale, św. Dominik był oddany liturgii. Ale liturgia nie wyczerpuje całości Dominikowej modlitwy. Wiadomo, że po Komplecie, zamiast iść do łóżka, wolał zostać w kościele i trwać na modlitwie. Często zostawał w kościele przez całą noc, zasypiając czasami ze zmęczenia na twardej kamiennej posadzce.

Przyjrzyjcie się dziewięciu sposobom modlitwy św. Dominika. Nie są to sensu stricto sposoby modlitwy, lecz wyraz jego przeżycia, tego, co chował w swoim sercu. Pamiętajmy, że św. Dominik był Hiszpanem o gorącej naturze i te "sposoby" były jego osobistym, fizycznym wyrażeniem jego wewnętrznej modlitwy.

Po drugie, musimy zauważyć, że nie zmuszał swoich następców do modlenia się jego sposobami, nawet swych pierwszych towarzyszy. Pozostawił wybór sposobu modlitwy im samym - zostawia ten wybór i nam.

Św. Dominik nauczał, że każdy ma swoją osobowość, różna jest psychika i różne są sposoby wyrażania uczuć. Jedyną sprawą, w której nie mamy wyboru, jest to, że jak św. Dominik, musimy dodać modlitwę osobistą (prywatną) do modlitwy liturgicznej.

Ale pamiętajmy, nasz Pan nauczał: Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swoje wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie (Mt 6, 7-8).

Prawdopodobnie największym problemem, z jakim się zmagamy w modlitwie, są roztargnienia - mimowolne oczywiście. My ich nie chcemy, ale one wracają. Nasze myśli odlatują gdzieś tysiące mil w dal, zazwyczaj skupiają się na trywialnych i nieważnych sprawach, które mogą spokojnie poczekać na inny moment. Kiedy zauważamy to, próbujemy powrócić myślami do naszej modlitwy i zanim się zorientujemy - znowu myślimy o "niebieskich migdałach". Dlatego najlepiej jest modlić się na różańcu, który po każdej dziesiątce niejako automatycznie każe nam powrócić do myśli o Chrystusie.


Legenda mówi, że św. Dominik miał pewnego razu wizję nieba, w którym zobaczył członków wszystkich zakonów z wyjątkiem swojego. Zaczął płakać. Pan zapytał go, dlaczego płacze. Nasz święty Ojciec powiedział, że nie widzi żadnego ze swoich dzieci w niebie. Pan zwrócił się do swojej Matki, ona uchyliła swój niebieski płaszcz i Dominik zobaczył pod nim mnóstwo dominikanów. Chociaż nie ma żadnych historycznych dowodów na autentyczność tej historii, jest ona szczególnie droga wszystkim dominikanom, bo wiemy, że jesteśmy pod szczególną opieką Maryi, naszej Matki. I właściwie od tamtej pory głębokie oddanie Jej jest rysem naszego Zakonu, można by powiedzieć - jednym z filarów naszego życia.

To wszystko zaczęło się od samego św. Dominika, który był szczególnie oddany Maryi i modlił się bardzo długo przed Jej ołtarzem. Powiedziano, że jednym ze sposobów modlitwy Dominika było odmawianie jednego "Zdrowaś" po drugim i to w ten sposób, że gdy wymawiał Imię Maryi w każdej "zdrowaśce" - padał na kolana. Również radośnie zaakceptował zmiany w stroju zakonnym, jaki dała nasza Pani błogosławionemu Reginaldowi. Przedtem św. Dominik i jego pierwsi bracia nosili ubrania kanoników regularnych, czyli strój, w który ubierał się Dominik, kiedy był w Osmie. Składał się on z białej szaty lub tuniki i rodzaju komży. Wiemy z historii, że gdy bł. Reginald zdecydował się wstąpić do nowego Zakonu, poważnie zachorował. Św. Dominik modlił się gorąco o jego zdrowie. Krótko potem ukazała mu się nasza Matka wraz ze św. Cecylią i św. Katarzyną Aleksandryjską, obie dziewice i męczennice wczesnego Kościoła. Pokazały mu długi, biały szkaplerz i powiedziały, że to będzie część habitu dominikańskiego. Cudownie wyleczony bł. Reginald został ubrany w nowy habit przez samego św. Dominika.

Szkaplerz stał się w ten sposób główną częścią naszego habitu i jest w specjalny sposób błogosławiony. Ten fakt znalazł pięknie odbicie w ceremonii przyjęcia nowicjusza do świeckich dominikanów. Kiedy asystent zakłada szkaplerz nowicjuszowi, mówi: "Przyjmij szkaplerz naszego Zakonu, tę najważniejszą część naszego habitu dominikańskiego, zabezpieczenie z nieba miłości Maryi, zawsze Dziewicy, pod Jej skrzydłami i płaszczem znajdziesz cień od żaru namiętności, tarczę i obronę w życiu i śmierci od wszystkich niebezpieczeństw duszy i ciała" (tłumaczka jest świadoma, że ten tekst różni się w szczegółach od tekstu używanego w naszym Ceremoniale, jednak zdecydowała się na podanie brzmienia dokładnego tłumaczenia, bo wydobywa ono inne szczegóły niż nasze polskie tłumaczenie; warto przy tym wspomnieć, że jest to tekst w pierwotnej wersji łaciński).

Innym wyrazem oddania Maryi jest codzienne śpiewanie Salve Regina po wieczornej modlitwie (Nieszporach). Śpiewanie tej przepięknej antyfony zostało zapoczątkowane przez prowincjała Prowincji Lombardzkiej - bł. Jordana z Saksonii, który później został wybrany pierwszym następcą św. Dominika na generała Zakonu. Jak sam pisze w swojej małej książce "Początki Zakonu Kaznodziejów", jeden z braci z domu w Bolonii został nawiedzony przez najbardziej dzikiego demona, który prawie doprowadził go do szaleństwa i podsuwał wszelkie rodzaje przeszkód w domu zakonnym (na marginesie można dodać, że to w tym bolońskim konwencie zmarł i został pochowany św. Dominik). Bł. Jordan zadecydował, że bracia powinni zaśpiewać Salve Regina po Komplecie lub Nieszporach. Brat, męczony przez demona, został uwolniony, a zwyczaj śpiewania po wieczornych oficjach Salve Regina rozszerzył się na resztę prowincji, a potem na cały Zakon i jest praktykowany do dnia dzisiejszego. Bł. Jordan zanotował: "Pewien zakonnik powiedział mi, że często widywał duchy, lecz kiedy bracia śpiewali illos tuos misericordes oculos ad nos converte (one miłosierne oczy na nas zwróć), Matka Pana padała na twarz przed swoim Synem i modliła się o bezpieczeństwo całego Zakonu". Pamiętajmy o tym i bądźmy oddani w swoich modlitwach Dziewicy.

Każdy dominikanin i każda dominikanka, każdy święty i błogosławiony charakteryzował się w swojej duchowości miłującym oddaniem do Najświętszej Maryi Panny. Bracia składają swe śluby na cześć Maryi. Ty, jako świecki dominikanin, też składasz swoje przyrzeczenia na cześć Maryi. Ci z was, który już składali profesje, na pewno pamiętają słowa: Na cześć Boga Wszechmogącego, Ojca i Syna, i Ducha Świętego, Najświętszej Maryi Panny i świętego Dominika, ja brat/siostra ... To jest zrozumiałe, bo my, dominikanie, możemy i powinniśmy czuć, że Najświętsza Matka ma specjalną miłość do naszego Zakonu i pełne oddanie się Jej jest charakterystyczną cechą naszego zakonu od samego początku.

Ukoronowaniem oddania się dominikanów Maryi jest różaniec, najwspanialsza modlitwa. Legenda mówi o tym, że Matka Boża przekazała św. Dominikowi różaniec, historycy jednak bardziej skłonni są przyjmować, że twórcą różańca w takiej formie, jaką zasadniczo znamy dziś, był dominikanin Alan de la Roche (1428-1475). Mówię "zasadniczo", ponieważ po pierwsze "Zdrowaś Mario" tak jak było recytowane przez św. Dominika i Alana de la Roche zawierało tylko pierwszą część znanej nam dziś "zdrowaśki". Druga część zaczynająca się od "Święta Mario, Matko Boża" została oficjalnie dodana dopiero po roku 1568. Po drugie dopiero w 1600 roku różaniec otrzymał swoją obecną formę piętnastu tajemnic. Św. papież Pius V, dominikanin, bardzo pomógł w rozpowszechnieniu różańca. Był on głęboko przekonany, że to dzięki różańcowi flota chrześcijańska odniosła wielkie zwycięstwo nad flotą turecką w bitwie pod Lepanto. Była to najbardziej decydująca morska bitwa wszystkich czasów, która zatrzymała nawałę floty tureckiej zagrażającej ówczesnej Europie. Podczas bitwy Pius V prosił Bractwa Różańcowe w Rzymie, by ciągle odmawiały różaniec w naszym rzymskim kościele Santa Maria sopra Minerva, podczas gdy on sam odmawiał go w swej prywatnej kaplicy. Po odniesionym przez flotę chrześcijańską zwycięstwie Pius V ustanowił święto Naszej Pani Zwycięskiej, które później stało się uroczystością różańca świętego, obchodzoną w wielu dominikańskich kościołach w pierwszą niedzielę października.

Niezależnie od tego, jak kształtowała się modlitwa różańcowa przez te wszystkie lata po Dominiku, możemy powiedzieć w pełni odpowiedzialne, że różaniec wywodzi się od Dominika.

Jeśli chcemy mówić o medytacji chrześcijańskiej – powinniśmy mówić o różańcu. Łączy on w sobie wszystkie elementy medytacji - najpierw cielesny: trzymając paciorki w rękach, pozwalamy im się prześlizgiwać przez nasze palce, gdy mówimy "Ojcze nasz", "Zdrowaś Mario" i "Chwała". Te paciorki wyznaczają nam dokładnie czas potrzebny na powiedzenie jednego "Ojcze nasz", dziesięciu "Zdrowaś" i raz "Chwała", czas potrzebny na rozważanie podstawowych tajemnic życia, śmierci i zmartwychwstania Pana naszego. Różaniec jest jedną z najwspanialszych metod medytacyjnych, jakie wymyślono. Odmówienie jednej "dziesiątki" różańca nie trwa długo, ale w tym krótkim czasie mamy kontakt z tajemnicami zbawczymi naszego Pana. To jest dokładnie to, czego św. Dominik chciał dla wiernych, do których wysyłał swych synów, by im głosili Prawdę. Jak pisze o. Benedykt Ashley OP w swej książce "Dominikanie": Jego oddanie Maryi ustaliło w Zakonie tradycję, która czerpie swą siłę z różańca świętego.

Bracia zawsze, gdziekolwiek by nie byli, zakładali bractwa Najświętszego Różańca, które są obdarzone wieloma odpustami przez Stolicę Świętą.

Na ścianie Kaplicy Sykstyńskiej jest namalowany wielki fresk "Sąd Ostateczny" autorstwa Michała Anioła. Większość z was widziała przynajmniej jego reprodukcję w całości lub we fragmentach. Na środku lewej części tego monumentalnego fresku jest pewien mało zauważalny szczegół: pochylony mężczyzna trzyma różaniec, a dwóch innych ludzi spadających do piekła łapie się różańca i po nim wciągają się do nieba. Jest to nie tylko wyraz wiary Michała Anioła w siłę różańca, ale również i symboliczne ukazanie siły tej modlitwy.

Jest taka pogłoska, której autor nie może potwierdzić, że Michał Anioł był świeckim dominikaninem. Wiemy z całą pewnością, że jego brat był dominikaninem i on właśnie wykonał, jako początkujący w sztuce rzeźbiarstwa, anioła, który stoi na grobowcu św. Dominika w Bolonii. Niezależnie od tego, czy Michał Anioł był świeckim dominikaninem, czy też nie, wiedział o sile różańca w ratowaniu naszych dusz. My jako dominikanie też jesteśmy mocno o tym przekonani. Niech zatem każdy z nas odmawia różaniec, uznając go za najlepszy środek łączący nas z Chrystusem oraz jako najlepszy sposób na rozważanie i medytację świętych tajemnic naszego zbawienia.


Wracamy do 1285 roku i do siódmego generała Zakonu, Munio de Zamory, który wydał pierwszą Regułę dla świeckich dominikanów. Munio nazwał ją Regułą III Zakonu od Pokuty św. Dominika. Po aktualizacji w 1923 roku została zatytułowana Reguła Braci i Sióstr Świeckiego III Zakonu św. Dominika, ale pierwsze słowa zaktualizowanej reguły brzmiały "III Zakon od Pokuty św. Dominika...". W najnowszej wersji z 1987 roku słowo "pokuta" zostało pominięte w tytule i jest wymieniane tylko w samym tekście. Tytuł nowej Reguły brzmi: Reguła Fraterni Świeckich św. Dominika.

Ukazuje nam to, jakie zmiany nastąpiły w duchu Reguły. Ale pamiętajmy, że celem III Zakonu od początku była pokuta. Może słyszeliście o grupach świeckich tzw. "pokutnikach" z XII i XIII wieku? Praktykowali oni surowe pokuty, takie jak posty, biczowanie się, noszenie włosiennic, łańcuchów i tym podobnych. Te praktyki brzmią raczej odstręczająco dla nas i możemy się zastanawiać, dlaczego były tak popularne. Czytając życiorysy świętych, jesteśmy zdumieni surowością pokuty, którą zadawali sobie. Możemy nawet myśleć, że chcąc osiągnąć świętość powinniśmy ich naśladować i może zastanawiamy się, jak to robić. Jak pokutować w dzisiejszych czasach?

Aby zrozumieć, co mam na myśli, musimy pamiętać, że pokuta była ściśle związana z modlitwą i nie mogła - i nie powinna była - być oddzielona od niej, choć nie musimy dochodzić do skrajności praktykowanych przez Dominika i wielu jego naśladowców. Na pierwszym miejscu trudno sobie wyobrazić, jak nadzwyczaj uciążliwe było życie codzienne dla przeciętnego człowieka wieków średnich. W zimie, szczególnie, dieta była zupełnie monotonna. Nie było żadnych sposobów na przykład na konserwację mięsa. Nikomu się nie śniło o kuchni francuskiej czy włoskiej. Nie było żadnych makaronów, ziemniaków, ryżu, pomidorów i wielu innych warzyw, które są znane dzisiaj. Koszty wytworzenia produktów żywnościowych były w owych czasach bardzo wysokie, co miało wpływ na ich wysokie ceny. Szerzej dostępna była kasza, mąka, korzenie warzyw, takie jak cebula i rzepa, i oczywiście chleb. W najlepszym wypadku ludzie byli niedożywieni, często okresowo - zwłaszcza na przednówku - głodowali.

Domy były w większości niewygodne. Kiedy odwiedzacie zrekonstruowane chłopskie chałupy i pałace w Europie, możecie dojść do wniosku, że chłopi żyli lepiej niż ich panowie. Chłopskie chałupy były małe, z ogromnymi paleniskami, ale przynajmniej mogło być w nich ciepło. Pałace również miały paleniska, ale były to ogromne kamienne budowle, w których nawet używanie gobelinów na ścianach nie było w stanie zatrzymać uciekającego ciepła. Klasztory nie miały nawet palenisk. Pewien hiszpański dominikanin powiedział mi kiedyś, że w Avili ściany klasztoru były zawsze wilgotne. Opowiadał też, że kiedy w zimowe dni wstając rano dotykał ścian, stwierdzał, że pokryte są cienką warstwą lodu. Gdybyście mieli takie warunki - co byście zrobili, aby pokuta była surowsza niż normalne warunki życia? Ich całe życie jawi się nam współczesnym jak pokuta. Ale oni traktowali je jako akt łaski. I pragnęli pozbyć się nawet tych niewielkich wygód, które mieli. Ich praktyki wydają się nam straszne.

Dziś obowiązują zupełnie inne standardy higieny umysłowej i fizycznej. Święci ludzie średniowiecza nadwerężali swoje zdrowie z powodu braku właściwego jedzenia, zadawanych sobie pokut, nieustannych nocnych czuwań. Nie jest odkryciem, że św. Dominik prowadząc takie życie połączone z niezwykłą aktywnością wyczerpał przedwcześnie swe siły i zmarł nie ukończywszy 50 lat.

Porównując rolę pokuty w naszych czasach, musimy brać pod uwagę, że ludzie średniowiecza mieli inną sytuację życiową niż my. To, co było dla nich zwykłą pokutą, jest dla nas niewyobrażalnym poświęceniem, a to, co jest surowe dla nas - byłoby nadzwyczajnym luksusem dla nich. My mamy o wiele więcej szans wyboru rzeczy, z których możemy zrezygnować niż oni mieli kiedyś - i powinniśmy być za to wdzięczni Bogu.

Niemniej jednak nasze praktyki pokutne muszą wynikać z tych samych trzech podstawowych zasad, które również ich motywowały. Pierwsza polega na tym, by mieć kontrolę nad naszym umiłowaniem przyjemności i komfortu. Jest to warunek osiągnięcia kontemplacji, do której my, jako dominikanie, jesteśmy zobowiązani.

Druga zasada dotyczy wyrabiania w sobie cnót, co pomoże zwalczać grzeszne skłonności naszej ludzkiej natury. A zrobić to możemy tylko przez dyscyplinowanie naszych zachcianek i ujarzmienie ich, motywowane wiarą.

Trzecią podstawową zasadą, jaka kierowała średniowiecznym ludem i powinna również kierować nami, jest pragnienie identyfikowania się z Chrystusem - i to z Chrystusem Ukrzyżowanym. Możemy wiele mówić o tym, że bierzemy swój krzyż, lecz nie zrobimy tego naprawdę, jeśli nie zrezygnujemy ze swej własnej przyjemności i wygody.

Innym faktem, który musimy mieć na względzie i który ma bardzo istotny wpływ na nasze życie, jest zanik świadomości grzechu w naszych czasach i w naszej kulturze. W 1973 r. dr Karl Menniger ze słynnej Kliniki Menniger’a w Topece w Kansas opublikował książkę zatytułowaną "Cokolwiek stanie się z grzechem", w której mówi o utracie odpowiedzialności za własne słowa i czyny. Co by się nie działo - zawsze jest to czyjaś lub czegoś innego wina, nie nasza. Praktyka społeczna wmawia nam tezę o naszej własnej bezgrzeszności. Największym problemem jest to, że jesteśmy przekonani, że nie jesteśmy winni zbrodni, przestępstw i zła, o którym czytamy, słyszymy w rozmowach w biurze lub oglądamy w telewizji, zbrodni, które popełniane są każdego dnia. Oczywiście nie my je popełniamy, ale czy na pewno nie ponosimy winy? Kiedy czytamy o świętych, takich jak Dominik, wiemy, że oni zawsze oskarżali się i mówili, że są wielkimi grzesznikami, a my dziwimy się, że mogli tak mówić.

Wyjaśnienie zawiera się w ich odpowiedzi na miłość Boga. Oni widzieli, że otrzymują tak wiele, a dają tak mało. Wszystko, co się dzieje na tym świecie i jest przeciwne miłości Boga, wymaga skruchy. Możemy zatem powtarzać razem ze św. Dominikiem: "Panie, bądź miłościw mnie grzesznemu!"

W praktyce musimy zacząć od zdecydowanego dążenia do życia cnotliwego. Nie oznacza to, że unikniemy wszystkich potknięć i upadków. Pamiętajmy, że nasz Pan powiedział: Nawet sprawiedliwy człowiek upada siedem razy dziennie. Ponadto nasza odpowiedź na Bożą miłość jest tak często słaba i letnia. Powinniśmy się starać ze wszystkich sił unikać wszystkiego, co stoi nam na przeszkodzie w miłości do Boga i powinniśmy tęsknić za uwolnieniem się od swoich słabości. Nie możemy być oczywiście uwolnieni od nich, dopóki nie wejdziemy do nieba, ale dopóki to się nie stanie, możemy za nie pokutować.

Pokuta może nam dać dwie rzeczy. Po pierwsze, jak już powiedzieliśmy, uczy dyscypliny, która pomoże nam rozwijać cnoty, tak potrzebne w naszym wewnętrznym rozwoju. Po drugie, może być użyteczna jako zadośćuczynienie za nasze grzechy. Jeśli zdarzy się nam, że zranimy kogoś, kogo kochamy - próbujemy mu to wynagrodzić. Kwiaty i czekoladki są zwyczajowym wyrazem naszej skruchy, tak samo jak przygotowanie ulubionego posiłku dla obrażonego męża. Kryje się w tym głęboka ludzka potrzeba powiedzenia "przepraszam". Jeśli jesteśmy w stanie robić coś takiego dla innych istot ludzkich, to dlaczego nie robimy tego dla Boga? Nasza pokuta jest formą przeprosin, jest to też inna forma modlitwy.

Nie może to jednak być bezmyślne naśladowanie sposobu pokuty Dominika i innych świętych. Powinniśmy być zachęceni przez tę samą zasadę, jaka ich motywowała, mianowicie przez pragnienie wzięcia krzyża i pójścia za Chrystusem.

Nie powinniśmy przeoczyć również tych krzyży, które są nam dane bez naszej woli lub pragnienia, takich jak choroba, niedołężność, cierpienia zadawane nam przez innych. Jeżeli zaakceptujemy je jako krzyże, będą one dla nas owocną pokutą.

Pokuta zatem powinna być nieodłączną częścią naszego życia jako dominikanów. Jest to wasze dziedzictwo jako świeckich dominikanów. Jak mówi nowa Reguła, jednym ze źródeł, z których możecie zyskiwać siłę do wypełnienia powołania, jest "nawracanie serca zarówno w duchu, jak i w praktyce pokuty ewangelicznej" (II, 10e). W tym sensie nadal jesteście członkami III Zakonu od Pokuty św. Dominika.


Życie wspólnotowe jest kluczem życia dominikańskiego - niezależnie od tego, czy chodzi o regularnych zakonników, czy o świeckich. Jest ono jednym z podstawowych filarów życia dominikańskiego. Dla członków pierwszego, drugiego i trzeciego zakonu oznacza to grupę mężczyzn lub kobiet prowadzących wspólne życie odpowiednio do wymagań Reguły. Wszyscy podążamy za Regułą pod przewodnictwem przełożonych i próbujemy wytrzymać z naszymi współbraćmi lub współsiostrami. To może być trudne, bo zderzają się różne osobowości, nieraz rodzi się gniew i frustracje, a tym samym mogą tworzyć się tarcia i napięcia, ludzkie uczucia i indywidualności mogą sprawiać ból czy rozczarowanie. Ale z drugiej strony, ta wspólnota może być naszą twierdzą i źródłem siły. Życie we wspólnocie wymaga poświęcenia, poddawania swych własnych pragnień innym, ale one są wartościowe z powodu nagrody - inspiracji - jaką dają nam bracia i siostry, ich towarzystwo, ich pomoc i troska i przede wszystkim ich miłość, przeważająca wszystkie wady. To jest wasze miejsce, do którego należycie i do którego zostaliście powołani, aby być i trwać.

Wy, jako świeccy dominikanie, nie będziecie żyli w takich zamkniętych warunkach, jak bracia i mniszki, lecz pamiętajcie - wasza fraternia JEST prawdziwą wspólnotą. Wy jesteście członkami tej samej rodziny, braci i sióstr w św. Dominiku, mającymi wspólne cele, postanowienia i misję. Fraternia jest waszą wspólnotą, miejscem, do którego zostaliście wezwani, aby być członkami Zakonu.

Jesteście podobni do wczesnych chrześcijańskich wspólnot, do których św. Paweł pisał swoje listy. Oni również nie żyli pod jednym dachem. Oni tylko się spotykali okazjonalnie, raz w tygodniu, z reguły na Eucharystię, kiedy pozwalały na to warunki. Prześladowania, brak kapłanów i barbarzyńskie najazdy zmuszały ich do ukrywania się. Pomocne może być przywołanie kilku fragmentów listów Pawłowych i zauważenie odniesień w nich do nas samych.

Do Rzymian św. Paweł pisze: W miłości braterskiej nawzajem bądźcie życzliwi. W okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzajcie. Nie opuszczajcie się w gorliwości. Bądźcie płomiennego ducha. Pełnijcie służbę Panu. Weselcie się nadzieją. W ucisku bądźcie cierpliwi, w modlitwie - wytrwali. Zaradzajcie potrzebom świętych. Przestrzegajcie gościnności (Rz 12, 10-13).

Do Galatów: Jeden drugiego brzemiona noście - i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe (Ga 6, 2). Napominał też Filipian: Dopełnijcie mojej radości przez to, że będziecie mieli te same dążenia: tę samą miłość i wspólnego ducha, pragnąc tylko jednego, a niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały, lecz w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie (Flp 2, 2-3).

Najpiękniejszy jest fragment, który możemy znaleźć w liście św. Pawła do Kolosan: Jako wybrańcy Boży - święci i umiłowani - obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości (Kol 3, 12-14).

Kiedy analizujemy te fragmenty, widzimy, że miłość powinna być znakiem chrześcijańskich wspólnot, miłość, która wyraża samą siebie w uczuciach, oddawaniu czci, działaniu z pokorą, współczuciem, uprzejmością, łagodnością i cierpliwością. Jeśli powstają konflikty, wszystkie powinny być szybko wyjaśniane, a winy - przebaczone.

Św. Paweł opiera swoją naukę na teologii jedności Ciała Chrystusowego. W naszych wspólnotach, w naszych fraterniach, nie jesteśmy związani tylko w ten sposób, ale też jesteśmy związani razem jako bracia i siostry w św. Dominiku, więc wszystko, co św. Paweł powiedział o tych wspólnotach, w naszym wypadku jest podwójnie ważne. Taka jest podstawowa przyczyna, dla której nasze ustawy tak bardzo nalegają, aby uczęszczać na spotkania. Oto co mówi Dyrektorium: Wszyscy członkowie fraterni są zobowiązani uczęszczać na spotkania regularnie, a jeśli nie są w stanie przyjść - są obowiązani powiadomić sekretarza lub kogoś innego z oficjalistów. W swoim Dyrektorium znajdziecie również wyjaśnienie, z jakiego powodu obecność na spotkaniach jest obowiązkowa: Wspólnota jest zależna od talentów i oddania swoich członków. Ona zapewnia drogę do rozwoju w miłosierdziu i pragnieniu doskonałości (cytaty pochodzą z Dyrektorium prowincji amerykańskiej - przyp. tłum.).

To właśnie na tych spotkaniach jednoczymy się w miłości, na Eucharystii, we wspólnej modlitwie, studiowaniu, usługiwaniu innym, wzajemnym "dźwiganiu się", dzieleniu się bólami i smutkami i wspominamy naszych zmarłych członków. To wszystko ukazuje nam, że spotkanie fraterni powinno być czymś więcej niż tylko spotkaniem, na które się przychodzi. Trzeba mieć na uwadze wszystkie aspekty, wszystkie elementy życia fraternianego. Uczęszczanie na spotkania jest niezmiernie ważne dla nas, aby móc rozwijać się duchowo. Innym aspektem życia wspólnotowego jest to, że wy musicie się dzielić z nami. Innymi słowy: wy potrzebujecie nas, ale my również potrzebujemy was. Faktem jest, że potrzebujemy się wzajemnie.

Spotkanie zabiera czas, ale bez niego nie ma rozwoju, rozwój potrzebuje ofiary. Dla waszego rozwoju będziecie mieć z waszej fraterni tylko tyle, ile wy sami w nią włożycie. Znam członków I Zakonu, którzy narzekają, że nie mają nic ze wspólnoty. Oczywiście, nie mają, bo nic nie dają wspólnocie. Oni siadają z tyłu i czekają, aż wspólnota zrobi wszystko za nich. Wspólnota w każdej gałęzi Zakonu wymaga dawania. To odnosi się tak do braci, jak i do świeckich.

Każda fraternia erygowana jest z myślą o trwaniu w dalekiej przyszłości. I każda fraternia będzie miała członków, którzy z powodu wieku lub choroby nie mogą przychodzić przez długi czas na regularne spotkania. Oni stają się wtedy tymi, których nazywamy modlącymi się członkami. Podobnie jak św. Dominik, który uznał, gdy zakładał II Zakon sióstr klauzurowych, że ich modlitwa jest konieczna, jeśli praca braci na zewnątrz ma być owocna. Każda fraternia powinna mieć wypracowane pewne sposoby utrzymywania kontaktu z tymi ludźmi, którzy w przeszłości wnieśli wiele do niej, czy to poprzez poszczególne osoby, czy też poprzez grupę osób, która dzwoni lub odwiedza w sposób regularny członków modlących się.

Ale sens wspólnoty oznacza znacznie więcej niż zajmowanie się tymi, którzy nie mogą przyjść na spotkanie. To również znaczy troskę i zajmowanie się tymi, którzy przychodzą. Jednym ze sposobów robienia tego jest poświęcenie pewnej ilości spotkań na dzielenie się naszymi troskami, problemami, kłopotami i prośbą o wzajemną modlitwę. Powinniśmy się dzielić też naszymi radościami i otrzymanymi łaskami i prosić o przyłączenie się braci i sióstr do dziękczynienia.

To pomaga nam uzyskiwać informacje o pozostałych braciach i siostrach. Innym sposobem jest wspólna rekreacja, która jest istotnym elementem życia braci. Pewną i prostą drogą jest wspólna kawa i ciastka na spotkaniu i być może obiad lub agapa od czasu do czasu, aby pomóc ożywić sens wspólnoty i bycia razem. To wszystko jest tak samo konieczne dla życia dominikańskiego świeckich, jak i dla braci.

Ponad fraterniami jest większa jednostka - prowincja z promotorem prowincjalnym i radą prowincjalną, która spotyka się przynajmniej raz w roku, aby dbać o spójny program formacji. Są również narodowe lub regionalne spotkania, bo świeccy tak jak bracia są na całym świecie. Często organizowane są też światowe spotkania świeckich dominikanów. To pomaga nam odkryć, że wszyscy jesteśmy częścią jednej wielkiej rodziny, Rodziny Dominikańskiej - wszyscy: bracia, mniszki i świeccy są braćmi i siostrami w św. Dominiku.

Choć obiecujemy ogród różany, ma on również krzewy cierniste. On potrzebuje opieki, uprawiania i miłowania. Jeśli my, każdy z nas, będzie to robić, to te róże zakwitną hojnie i będziemy otoczeni przez piękno, i przepojeni słodkim zapachem świętości.


Św. Dominik naciskał na potrzebę ubóstwa dla Zakonu Kaznodziejów. Rozumiał ubóstwo jednak inaczej niż św. Franciszek z Asyżu. Dla św. Franciszka ubóstwo było ideałem, sposobem życia, wartością życia. W swojej poetyckiej wyobraźni śpiewał o "Pani Biedzie". Ubóstwo dla Franciszka to jedyny sposób upodobnienia się do Chrystusa.

Dla św. Dominika natomiast ubóstwo jest środkiem do celu, który ma osiągnąć Zakon. Jako kanonik regularny w katedrze w Osmie Dominik ślubował ubóstwo, który to ślub zakładał życie we wspólnej własności i z hojności świeckich. Kiedy przybył do południowej Francji, aby zacząć swą działalność kaznodziejską, potrafił dojrzeć w albigensach to, co było pozytywne – surowość życia i ubóstwo. Św. Dominik zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli kaznodzieje będą mieli jakieś efekty, to tylko pod warunkiem, że będą tak ubodzy jak katarzy.

Dlatego też nalegał na cystersów, którzy byli wysłani w celu nawracania z herezji, by zdjęli swe wspaniałe okrycia, zostawili konie, ubrali się skromnie i poszli pieszo między ludzi.

Dominik sam mieszkał w wielkim ubóstwie i wymagał od grupy swych towarzyszy, aby żyli w ten sam sposób. W czasie, gdy Zakon rozszerzał się w całej zachodniej Europie, Dominik dalej hołdował tej zasadzie, ale jak czas pokazał - było to nadmierne wymaganie. Musiało zostać złagodzone. Św. Tomasz z Akwinu określił realia i limity religijnego ubóstwa. Członkowie Zakonu musieli złożyć ślub ubóstwa, bo religijne życie byłoby niemożliwe bez tego.

Teraz powstaje pytanie: co ze świeckimi? Czy oni też są zobowiązani do ślubu ubóstwa i nie posiadania niczego? To byłoby nierealne, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę, że wielu z nich ma rodziny. Musicie zarabiać na życie, kupować jedzenie i ubrania, zapewnić schronienie i meble, płacić podatki. Czy to oznacza, że ubóstwo, które jest tak konieczne dla Zakonu, nie odgrywa żadnej roli w waszym życiu? Oczywiście nie. Od świeckich wymagane jest to, co nowy Katechizm nazywa "ubóstwem serca".

Podstawą dla dobrowolnego ubóstwa jest błogosławieństwo: Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Zwróćcie szczególną uwagę na słowa ubodzy duchem. Nasz Pan nie wymaga materialnego ubóstwa lub biedy. Raczej prosi o ducha odłączenia od rzeczy tego świata. Jak mówi nowy Katechizm: Jezus nakazuje swoim uczniom, by przedkładali Go nad wszystko i nad wszystkich, oraz proponuje im "wyrzeczenie się wszystkiego, co posiadają" (Łk 14, 33) ze względu na Niego i Ewangelię. Na krótko przed swoją męką pokazał im przykład ubogiej wdowy jerozolimskiej, która ze swego niedostatku dała wszystko, co miała na utrzymanie. Wypełnienie zalecenia oderwania się od bogactw jest konieczne, by wejść do Królestwa niebieskiego. Wszyscy chrześcijanie powinni starać się "należycie kierować swymi uczuciami, aby korzystanie z rzeczy ziemskich i przywiązanie do bogactw wbrew duchowi ewangelicznego ubóstwa nie przeszkodziło im w osiągnięciu doskonałej miłości" (KKK 2544-2545).

W ten sposób nawet bogaci ludzie mogą mieć ducha ubóstwa, jednakże bycie ubogimi jest trudniejsze dla nich niż dla tych, którzy mają skromne środki. Pewna kobieta, świecka dominikanka, powiedziała mi kiedyś, że aby się nie przywiązywać do rzeczy, musi wykonywać wielki wysiłek. Stać ją było na bardzo drogi samochód, ale wybrała małego forda i jeździła nim, dopóki się nie zużył. Mogła pozwolić sobie na drogie futro z norek, ale kupowała tylko skromniejsze okrycia. Pozycja jej męża wymagała pewnej ilości luksusu i elegancji, ale ona sprzeciwiała się przywiązywaniu do nich (prelegent przytacza tu realia amerykańskie - przyp. tłum.).

Z drugiej strony, gdy ludzie są biedni - nie oznacza to, że mają automatycznie ducha ubóstwa. Mogą bowiem skąpić pieniędzy na rzeczy materialne, pożądając bogactwa innych i mogą być przywiązanymi do posiadłości, których nie mają, ale chcieliby mieć. Wspaniały dominikański teolog, o. Reginald Garrigou-Lagrange OP, podsumował to takimi słowami: Dobrowolne ubóstwo może być praktykowane również w środku pomiędzy obfitością światowych dóbr, kiedy dusza nie jest przywiązana do nich, lub w nędzy, kiedy ktoś znosi to doskonale dla miłości Boga. (Trzy okresy życia wewnętrznego).

Garrigou-Lagrange OP przypomina nam słowa Pana: Nie troszczcie się zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy(Mt 6, 30b-34).

Ubóstwo duchowe jest ściśle związane z zaufaniem Bogu. Jak mówi o. Garrigou-Lagrange: Dobrowolne ubóstwo i ufność w Bogu idą ręka w rękę: im bardziej odłączony jest człowiek od ziemskich dóbr, tym bardziej pragnie tych niebieskich; im mniej polega na pomocy ludzkiej, tym więcej miejsca w jego ufności na Bożą pomoc. Ta ufność w Bogu jest duszą świętego ubóstwa.

Kolejnym zyskiem, jaki daje duchowe ubóstwo, jest większe upodobnienie nas do Chrystusa. Św. Franciszek widział to jasno. Również św. Dominik rozpoznał wartość ubóstwa, ponieważ był przekonany, że każdy, kto głosi Chrystusa, powinien naśladować Go tak bardzo, jak to tylko możliwe. Chrystus, jak wiemy, stał się ubogim przez wzgląd na nas. Mógł wybrać przyjście jako ziemski król, ubrany w piękne ubrania i żyjący w pałacu z tuzinami służących i rozgłosem. Ale wybrał kondycję ubogiego, choć nie pozbawionego środków do życia. Zajęcie cieśli było szanowane i ci, którzy pracowali jako cieśle, mogli żyć w tamtych czasach dostatnio. Oczywiście w życiu Jezusa były takie momenty, gdy św. Józef nie mógł pozwolić sobie na pracę i Święta Rodzina musiała troszczyć się o to, skąd wziąć następny posiłek. Było to podczas ucieczki do Egiptu. Anioł ukazał się Józefowi we śnie i nakazał mu: Wstawaj, weź Dziecię i Jego Matkę i uciekaj do Egiptu; zostań tam do czasu, aż ci powiem. Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić (Mt 2, 13). Nic nie powiedział o tym, dokąd miał w tym Egipcie pójść i jak miał stworzyć warunki życia dla żony i dziecka. Wiadomość brzmiała Idź! Józef bez stawiania pytań wstał, spakował ich dobytek i wybrał się w podróż. Nie zabrali nic ze sobą - poza ufnością do Boga. Musimy naśladować ich i zaufać Bogu, że dotrzyma swej obietnicy, że będziemy mieli wystarczające środki do życia.

Duch oddzielenia od świata i dobrowolne ubóstwo są całkiem możliwe do osiągnięcia w życiu świeckich. Możemy dawać rzeczy, które nam zbywają biednym. W tym naśladujemy Chrystusa, który miał wzgląd na biednych i nawet czynił cuda, aby ich nakarmić w ich potrzebie. Kościół od samego początku pokazuje swoją miłość i troskę o wdowy, sieroty i chorych. Jak czytamy życiorysy naszych świeckich, to możemy zauważyć, że każdy z nich wyciągał rękę do potrzebujących, troszcząc się o tych najbardziej zaniedbanych. Św. Róża z Limy jest dobrym przykładem. Jest ona uważana za założycielkę dzieł pomocy społecznej w obu Amerykach. Świeccy dominikanie mogą uczestniczyć w duchu dobrowolnego ubóstwa, jakie św. Dominik uważał za konieczne dla swego Zakonu. Wszystko, co mamy robić, to uczynić naszymi słowa Modlitwy Pańskiej: Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj - i nie szukać niczego więcej.


Znany jest sen papieża Innocentego III. Widział on we śnie bazylikę św. Jana na Lateranie pękającą i zawalającą się, lecz w ostatniej chwili przyszło dwóch mężczyzn i podtrzymało ją z obu stron. Aby zrozumieć znaczenie tego snu, musicie pamiętać, że to bazylika laterańska, a nie bazylika św. Piotra jest katedrą Rzymu i całego świata. Symbolizuje ona uniwersalność Kościoła, więc to, co widział papież, to był upadający Kościół katolicki. Krótko potem spotkał św. Franciszka z Asyżu i św. Dominika - i rozpoznał w nich owych mężczyzn, których widział we śnie, podtrzymujących Kościół.

Wierność Kościołowi i jego Magisterium jest charyzmatem i znakiem Zakonu Dominikańskiego od początku. Jak wiemy z życia św. Dominika, pierwszą rzeczą, którą zrobił po tym, jak wypracował plan założenia Zakonu, było pójście do papieża i prośba o jego akceptację. Po śmierci Innocentego III poszedł do jego następcy, Honoriusza III, po ostateczne potwierdzenie istnienia Zakonu na łonie Kościoła. Potwierdzenie to otrzymał wraz z czterema dokumentującymi je bullami. Synowie Dominika trwali w wierności Kościołowi. Św. Tomasz na przykład pokornie przedkładał swe pisma do oceny Stolicy Świętej. Jeden z najpiękniejszych i najbardziej urzekających przykładów związany jest z o. Marią-Józefem Lagrangem. Był on jednym z największych współczesnych naukowców, znawcą Pisma Świętego i założycielem prestiżowej Szkoły Biblijnej w Jerozolimie. Żył w latach 1855-1938. Kiedy po raz pierwszy opublikował swój artykuł i komentarz do Biblii, został odebrany jako "niebezpiecznie radykalny". Papież Pius X wezwał Generała Zakonu i powiedział mu, że powinien zakazać o. Langrange'owi publikacji. Pamiętajmy, że taki zakaz obowiązuje pod winą lub grzechem śmiertelnym. Generał Zakonu odpowiedział papieżowi: "Nie muszę dawać mu oficjalnego zakazu, wszystko, co powinienem zrobić, to poprosić go o to". I poprosił o. Lagrange'a - o. Lagrange posłusznie przestał publikować. W naszych czasach wspaniali francuscy teologowie, o. Yves Congar OP i o. Marie-Dominique Chenu OP, zostali "uciszeni" przez Stolicę Świętą, co pokornie przyjęli. Po pewnym czasie, może dzięki swemu posłuszeństwu, stali się istotnymi uczestnikami Vaticanum II.

Jednak w czasie naszej długiej historii nie zawsze byliśmy wierni Stolicy Świętej. Zdarzały się - i to głośne - przypadki herezji. Jednak jest to pewien wyjątek od reguły i Stolica Apostolska ma do nas zaufanie. Świadczy o tym fakt, że oficjalnym teologiem Domu Papieskiego jest zawsze dominikanin.

Ta sama wierność obowiązuje i dominikanów świeckich. Gdzie możecie znaleźć bardziej wierną, oddaną i gorliwą zwolenniczkę i stronniczkę Stolicy Świętej niż św. Katarzyna Sieneńska? Każdy z was powinien wziąć sobie do serca słowa papieża Jana XXII. Gdy w roku 1316 rozpaczał, że beginki i wielu z tercjarzy wpada w herezje, pisał też i tak: Wyjątkiem są tercjarze dominikańscy, których wiara i wierność Kościołowi są niepodważalne.

Musimy być wierni Kościołowi. Wskazuje na to elementarny zdrowy rozsądek. Przyjrzyjmy się słowom Chrystusa: Ty jesteś Piotr - Opoka, i na tej opoce zbuduję mój Kościół, i bramy piekielne go nie przemogą. Tobie dam klucze do Królestwa Niebieskiego. Cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi - będzie rozwiązane w niebie (Mt 16, 18-19). Oto Jego gwarancje, że bramy piekła nie będą górować ponad nami. To oznacza, że kłamstwo nie może nigdy naruszać ścian budowli - Kościoła. Szatan, ojciec kłamstwa, jest źródłem całej nieprawdy i chce widzieć, jak ta nieprawda się szerzy pomiędzy nami, biednymi śmiertelnikami. Ale mamy zapewnienie naszego Pana, że jest takie miejsce, gdzie herezja nie może być zasiana - i tym miejscem jest rzymski Kościół katolicki. Wiemy, że w nim zawsze znajdziemy Prawdę.

I dlatego Zakon oddany prawdzie, tak jak nasz, będzie w pełni wierny Kościołowi i dla naszego Zakonu nauka Kościoła jest jedynym źródłem prawdy objawionej na tym świecie. Gdzie jeszcze możemy się zwrócić? Zapamiętajmy sobie dobrze - akceptować musimy całość nauczania Magisterium, nie musimy zgadzać się na grzechy i błędy jego członków, jak wysoko by nie byli postawieni. Nie musimy wierzyć jak w Ewangelię opinii teologów lub nawet najwyższym autorytetom, włączając w to papieża (chyba że przemawia ex cathedra).

Co należy rozumieć pod słowem "nauczanie Magisterium"? Dziś jakby trochę o tym zapomniano. Niektórym wydaje się, że dotyczy to wszystkiego, co powiedział aktualny prefekt Kongregacji Nauki Wiary. Ale nawet prefekt zgodzi się ze stwierdzeniem, że jego osobiste słowa jeszcze nie są nauczaniem Magisterium. Chyba najlepszą definicję zaproponował w XVI wieku Melchoir Cana, wspaniały hiszpański teolog dominikański. Na pierwszym miejscu stawia on Pismo św. i Tradycję, dogmaty Kościoła ogłoszone w sposób oficjalny - tzn. przez Sobory na czele z papieżem lub przez papieża przemawiającego ex cathedra, co się zdarza rzadko. O ile dobrze pamiętam, tylko dwa razy zdarzyło się, by papieże przemawiali ex cathedra: chodzi o ogłoszenie dogmatów Niepokalanego Poczęcia i Wniebowzięca Maryi. Potem jakby z mniejszą mocą klasyfikuje się naukę, która nie jest zdogmatyzowana, lecz jest ogłoszona w papieskich bullach i konstytucjach apostolskich. Następnie nauka ojców Kościoła i wspólne opinie teologów, niekoniecznie w całości jednomyślne, ale to, co jest wspólne na dany temat. Ostatecznie, jest też wspólna wiara wiernych, coś, co się nazywa sensus fidelium. To wszystko zebrane razem jest nauczaniem Kościoła. Weźcie pod rozwagę, że to wszystko powinniśmy mieć na myśli, kiedy używamy terminu "nauka Magisterium".

I tą doktrynę musimy zaakceptować i w nią musimy wierzyć, jeśli jesteśmy przy zdrowych zmysłach. Ale gdzie to wszystko znajdziemy? Istnieje taki zbiór doktrynalnych wypowiedzi Kościoła (Breviarium fidei). Są też stare i nowe katechizmy, które są podsumowaniem autentycznego katolickiego nauczania, zaakceptowanego przez papieża. Sięganie po nie może się wydatnie przyczynić do zredukowania tak zwanych "kawiarenek katolickich", dość powszechnych w Ameryce. Używamy słowa "kawiarenka", ponieważ są tacy katolicy, którzy zachowują się, jakby byli w kawiarni: wybierzesz to, na co masz ochotę, pozostawiając to, co się nie podoba, na stole. W ten sam sposób wybierają oni sobie niektóre doktryny spośród prawd podanych przez Chrystusa, bo te im się podobają, wypierając się tych niewygodnych dla siebie lub całkiem je ignorując.

Takie zachowanie jest nie tylko aroganckie, ale i nielogiczne. Nielogiczne, ponieważ wątpi w nieomylność papieża, ale zakłada nieomylność "kawiarnianego katolika" i przekonanie, że on jest w stanie ocenić to, co jest prawdą, a co nie.

Ale takie myślenie nie tylko jest nielogiczne, ale często sprzeczne. Dam przykład: są ludzie, którzy wątpią w istnienie piekła, ale - jeśli nie ma piekła, po co potrzebowaliśmy Zbawiciela?

I tak – nie uświadamiają oni sobie, że negując jeden z elementów nauczania Kościoła, automatyczne negują inne. Jeśli się zaneguje Wcielenie, za tym idzie zanegowanie cierpienia, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Można tak kontynuować i wykazywać jedną sprzeczność po drugiej, a więc tak następuje i likwidacja jednego grzechu po drugim. Dla wielu jest to nieodłączny skutek jawnego lekceważenia religii. To jest tak powszechne ostatnimi czasy, że nawet nie obserwuje się zainteresowania lub pragnienia nauczenia się więcej o swojej wierze. Oto dlaczego wszyscy dominikanie powinni być gorliwymi w poznawaniu swej wiary i znać ją gruntownie. Oczywiście jest to istotny powód, dla którego studium jest jednym z filarów dominikańskiego życia.

Nie wolno być "katolikiem kawiarnianym" - kupić sobie paczkę ciastek i długo szukać w niej tego, które najbardziej smakuje, by zjadając je dojść do wymyślonego przez siebie celu. Tacy ludzie chcą być katolikami, ale nie chcą zaakceptować całości wiary i nauki. Ale nie tędy droga. Albo kupicie całą paczkę i zjecie wszystko, co jest w niej, wraz z gorzkimi pigułkami i lekarstwami, albo skończycie z niczym! Jeśli kupicie, będziecie mieli prawdę, objawioną prawdę zagwarantowaną, nie opartą na ludzkich opiniach, upodobaniach lub niechęciach, ale na słowie Chrystusa. Z tego właśnie powodu wierność Kościołowi jest jednym z filarów dominikańskiego życia.


Prawdopodobnie od dawna czekacie, kiedy powiem coś na temat głoszenia - wszak mówimy o Zakonie Kaznodziejskim. Macie rację - jeśli cokolwiek jest filarem naszego życia, to kaznodziejstwo; –pozostałe filary, o których mówiliśmy, istnieją, aby zapewnić i podtrzymać głoszenie. W istocie lepiej by mówić nie o filarze, lecz o głoszeniu jako szczycie życia dominikańskiego, bo wiąże wszystkie elementy razem i z nich formuje strukturę naszego życia. Bez niego te wszystkie nasze filary byłyby zaledwie szeregiem dekoracyjnych kolumn.

Możecie dalej się uśmiechać i mówić do siebie: rozumiem, że bracia z I Zakonu mogą być kaznodziejami. Mogą stanąć na ambonie i głosić Słowo Boże. Nawet rozumiem, jak siostry z II Zakonu mogą być zaangażowane w głoszenie, ponieważ modlą się o sukces głoszenia braci, a bez modlitwy nic nie można uczynić, jak tego nauczał św. Dominik. Ale czy mogę ja, osoba świecka, być kaznodzieją? Jak mogę głosić?

To prawda, że po angielsku słowo "głoszenie" oznacza tylko wystąpienie na ambonie, ale święty Dominik nie nazwał swego Zakonu w języku angielskim, tylko po łacinie: Ordo Fratrum Prædicatores (Zakon Braci Kaznodziejów) - oznacza to tych, którzy są zaangażowani w kaznodziejstwo. Jeśli spojrzycie do słownika łacińskiego, znajdziecie tłumaczenie, że prædicatio (kaznodziejstwo) oznacza "obwieszczenie", a praedico to obwieszczać, głosić, oświadczać, oznajmiać. Jest jeszcze jedno znaczenie łacińskiego słowa prædico - chwalić. To o wiele szersze niż to głoszenie z ambony. Obejmuje to też pisanie i nauczanie, dziedziny, w których dominikanie wszystkich gałęzi Zakonu zawsze się wyróżniali.

W tym sensie głoszenia lub - jeśli chcecie - rozpowszechniania świeccy mają większe "pole do popisu" i aktywności i większe możliwości wypełniania swego powołania niż bracia, siostry klauzurowe czy też regularne siostry z różnych zgromadzeń. W to oczywiście włącza się dzielenie się wiarą z najbliższymi w rodzinie, nauczanie w szkołach katolickich lub katecheza w szkołach państwowych. To są rzeczy oczywiste. Ale jest o wiele więcej miejsc i sposobów głoszenia. Spójrzmy przez chwilę, jak realizowali to nasi świeci tercjarze.

Św. Katarzyna starała się wcielać chrześcijańskie zasady w życiu poszczególnych miast włoskich i godziła wielu skłóconych władców. To dzięki jej działaniu papież powrócił do Rzymu, by jako biskup Wiecznego Miasta być tym, na kim Chrystus zbudował swój Kościół.

Św. Róża z Limy była oddana swej rodzinie tak bardzo, że poświęcała cały swój talent sadzeniu kwiatów i wykonywaniu robótek ręcznych, by zdobić pieniądze na utrzymanie swych rodziców. Troszczyła się również o chorych, biednych i ciemiężonych mieszkańców Limy, nie na darmo jest ona teraz uważana za założycielkę dzieła "pomocy społecznej". Ale to wszystko było robione bardzo skromnie. Nie miała żadnych wolontariuszy i żadnych formalności do wypełnienia. To było robione w miłości.

Św. Wawrzyniec Ruiz był katechetą, który opuścił dom, rodzinę i przyjaciół na Filipinach i pojechał do Japonii wraz z braćmi, aby pomagać im nawracać ludzi na prawdziwą wiarę. Tam zginął śmiercią męczeńską za wiarę. Razem z nim poniosło męczeństwo czterdziestu lub więcej świeckich dominikanów na Dalekim Wschodzie. Nie ma bardziej wymownego sposobu głoszenia niż oddanie życia za wiarę.

Ale zostawmy to. Mało prawdopodobne, że ktoś z was będzie wezwany do oddania życia za wiarę. Nie będziecie w stanie wprowadzać pokoju między państwami-miastami Italii, ponieważ już ich nie ma i papież też spędza większość swego czasu w Rzymie. Możecie utrzymywać swych rodziców i możecie pomagać biednym i ciemiężonych na różne sposoby, nie musicie być pionierami w tych dziedzinach. Ale to nie wyczerpuje możliwości wkładu w głoszenie. Wydaje mi się, że internet zapewnia wszystkim dominikanom, a zwłaszcza świeckim, ogromną możliwość docierania do świata i ukazywania prawdy. To jest zadanie na nasze nowoczesne czasy.

Można świadczyć przykładem życia w wierze w sposób pełny i całkowity. Wielu ludzi jest wciągniętych do Kościoła bardziej poprzez przykład katolików niż z jakichś innych powodów. To dlatego właśnie wczesny Kościół tak szybko się rozrastał. Poganie widzieli katolików żyjących moralnie, odnoszących się z miłością do siebie, troszczących się o innych, zwłaszcza o biednych i zaniedbanych, takich jak wdowy i sieroty. Mówili: "Widać, że to chrześcijanie - spójrz, jak się miłują". Św. Dominik widział olbrzymią wartość przykładu osobistego, wiedział, że bez tego nie ma głoszenia. On nalegał, żeby jego synowie i córki dawali ten sam przykład swoim życiem w ubóstwie i surowości.

Co to znaczy dla was, świeckich? Po pierwsze, wydaje mi się, że powinniście opierać się podstępnym nękaniom materializmu, który otacza was z każdej strony. Ze wszystkich stron osaczają nas inteligentne zasadzki, świat wabi nas nęcącymi pokusami. To, co wszyscy musimy zrobić jako dominikanie, to żyć tak prosto, jak tylko to możliwe. To widział św. Dominik, który zasadniczo nas zobowiązał do dawania dobrego przykładu innym.

Nic nie zwycięża szatanów bardziej niż życie w pełni chrześcijańskie, niezależnie od tego, jak jest to trudne.

Następną metodą głoszenia, dostępną dla was, świeckich, jest dzielenie się wiarą z innymi. Poruszacie się wśród ludzi i często spotykacie takich, którzy mają fałszywe lub spaczone pojęcie o wierze katolickiej - i oni nieraz będą was prowokować. W tych okolicznościach powinniście zawsze podążać za radą św. Piotra: Bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest, ale róbcie to z łagodnością i bojaźnią (1 P 3, 15b-16a).

Żeby głosić skutecznie, musicie naprawdę znać dokładnie swą wiarę. Jest tak wiele fałszywych pojęć o nauczaniu Kościoła katolickiego, o Piśmie Świętym czy o moralności. Kiedy mówią: katolicy ubóstwiają Maryję - jak zareagujecie? Kiedy prezentują wszystkie rodzaje fałszywych stwierdzeń o Biblii - jak im odpowiecie? Kiedy aprobują aborcję lub antykoncepcję i potępiają Kościół za jego stanowisko w tych sprawach - jak odpowiecie na ich argumenty? Są na to prawidłowe odpowiedzi i to ciąży na was, na świeckich, aby znać je i umieć wyłożyć. Studia przychodzą z pomocą w tym względzie i dlatego są one tak ważne dla dominikanów.

Zauważcie, że żadna z tych metod nie jest spektakularna i nie przynosi poklasku, są to jednak metody skuteczne. Może wam się wydawać, że zmarnowaliście czas i wysiłek. Ale nigdy nie wiecie, jak Bóg użyje tego, co powiedzieliście - lub sposobu, w jaki to powiedzieliście. Musimy pamiętać, że rzadko kiedy jedna osoba jest odpowiedzialna za nawrócenie drugiej. Proces nawracania jest czymś takim jak układanie puzzli. Ludzie układając je mylą się w jednym czy dwóch kawałkach. Obrazek nie jest skończony, dopóki każdy pojedynczy kawałek nie jest na miejscu. Bóg może prosić was o ułożenie kilku kawałków, które są konieczne. Nie będziecie jednak wiedzieć, czy dobrze zdecydowaliście, aż do Sądu Ostatecznego, gdzie zobaczycie cały obraz ułożony i doskonały.

Nawet święty Dominik, kiedy umierał, nie wiedział wiele więcej ponad to, że misja jego Zakonu będzie trwała dalej. I tak to już jest - bez mała 800 lat, każdy dominikanin głosi Prawdę. Jesteśmy bogaci w Boże błogosławieństwo, bo Bóg wybrał nas, byśmy byli dziećmi Dominika. Dziękujmy Bogu za to, że wezwał nas do bycia dominikanami. Módlmy się o wierność w naszym powołaniu. Niech każdy z nas weźmie na serio radę św. Pawła: Głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań - ponieważ ich uszy świerzbią - będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom. Ty zaś czuwaj we wszystkim, znoś trudy, wykonaj dzieło ewangelisty, spełnij swe posługiwanie! (2 Tm 4, 2-5).

Jeżeli to będziecie robić, będziecie mogli powiedzieć wraz z Apostołem: W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale i wszystkich, którzy umiłowali pojawienie się Jego (2 Tm 4, 7-8).


Podsumowując możemy stwierdzić, że istnieje duchowość dominikańska, która zasługuje na porównanie z innymi szkołami duchowości. Jest oparta na mocnych zasadach, które nazywamy filarami życia dominikańskiego. To jest duchowość, która prowadzi nas do coraz bliższej więzi z Bogiem i większej świętości życia. Została wypróbowana przez prawie osiemset lat i wydała setki dominikańskich świętych i błogosławionych, nie wspominając o niezliczonej ilości mężczyzn i kobiet, którzy - nawet jeśli nie wyniesiono ich na ołtarze Kościoła - osiągnęli głęboką świętość wewnętrzną. To jest rzeczywiście ważna szkoła duchowości, która jest wspaniałym źródłem siły i przewodnikiem dla tych z nas, którzy poświęcili swe życie na noszenie płonącej pochodni Boskiej Prawdy w świecie, w którym żyjemy. Bądźmy wdzięczni za to Bogu!