MODLITWA JUBILEUSZOWA
na 800-lecie Zakonu


Boże, Ojcze miłosierdzia,
który powołałeś św. Dominika
na pełnego wiary
wędrownego kaznodzieję
i głosiciela łaski;
wylej na nas
Ducha Chrystusa Zmartwychwstałego,
abyśmy przygotowując się
do Jubileuszu Zakonu,
wiernie i z radością głosili
Ewangelię pokoju.

Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.
List do Braci i Sióstr w trakcie formacji początkowej
List do Braci i Sióstr w trakcie formacji początkowej

Drodzy Bracia i Siostry w świętym Dominiku!

Jesteście darem Boga dla Zakonu, a my, przyjmując ten dar, oddajemy cześć Stwórcy. Musimy to czynić poprzez danie Wam formacji najlepszej z możliwych. Od tego zależy przyszłość Zakonu i dlatego też w trakcie każdej Kapituły Generalnej Zakonu tyle czasu poświęca się dyskusji na temat formacji. W ciągu ostatnich kilku lat Zakon przygotował doskonałe dokumenty na temat formacji, tak więc zamiast pisać długi list na ten temat i powtarzać to, co zostało już powiedziane, postanowiłem, że lepiej będzie zebrać te dokumenty tak, abyście wraz z Waszymi magistrami mogli je łatwo przestudiować.

Jednakże chciałbym skierować bezpośrednio do Was, bracia i siostry, którzy jesteście na początku Waszej dominikańskiej drogi, kilka słów - wiedząc, że niektórzy z Waszych magistrów mogą patrzeć Wam przez ramię. Będę mówił w kategoriach formacji braci, jako że o niej wiem więcej. Mam nadzieję, że będzie się to również odnosić do doświadczeń naszych sióstr.

Jedną z moich największych radości w trakcie wizytowania Zakonu są spotkania z Wami. Jestem poruszony Waszym entuzjazmem dla Zakonu, Waszym zapałem do nauki i głoszenia, Waszą prawdziwie dominikańską radością. Ale formacja przynosi także chwile bólu, braku orientacji, zniechęcenia i braku sensu. Czasami będziecie się zastanawiać, po co tu jesteście i czy powinniście pozostać. Takie momenty są konieczną i bolesną częścią formacji, podczas której stajecie się dominikaninem. Gdyby ich nie było, wtedy Wasza formacja nie przenikałaby Was do głębi. W naszej tradycji formacja nie jest urabianiem biernej materii, aby wytworzyć standardowy produkt "dominikanina". Polega ona na towarzyszeniu Wam w Waszej swobodnej odpowiedzi na potrójne wezwanie, jakie otrzymujecie: od zmartwychwstałego Pana, który zaprasza Was, aby pójść za Nim, od braci i sióstr, którzy zapraszają Was, aby stać się jednym z nich, oraz od potrzeb misji. Jeśli odpowiecie w pełni i hojnie na te potrzeby, wtedy doznacie przemiany. Będzie to wymagać od Was absolutnego zaufania do Pana, który daje zmartwychwstanie. Będzie to zarówno bolesne, jak i uwalniające, podniecające i budzące lęk. Uformuje to Was na osoby, jakimi chce Was mieć Bóg. Jest to proces, który będzie trwał przez całe Wasze dominikańskie życie. Lata formacji początkowej są tytko wstępem. Piszę do Was ten list, aby dodać Wam odwagi na tej drodze: Nie poddawajcie się, gdy jest ciężko!

Jako tekst pomocny do rozważania tego tematu wybrałem spotkanie patronki naszego Zakonu, Marii Magdaleny, z Jezusem w ogrodzie (J 20, 11-18).

"Kogo szukasz?"

Kiedy Jezus spotyka Marię Magdalenę, pyta ją: "Kogo szukasz?". Nasze życie w Zakonie rozpoczyna się podobnym pytaniem, gdy leżymy na ziemi: "Czego szukacie?". Jest to pytanie, które na początku Ewangelii Jezus zadał swoim uczniom.

Musicie wstępować do Zakonu z pragnieniem w sercu, ale pragnieniem za czym? Czy to dlatego, że ostatnio odkryłeś Ewangelię i masz zamiar z każdym się nią podzielić? Czy to dlatego, że spotkałeś dominikanina, którego podziwiasz i pragniesz naśladować? Czy to dlatego, że chcesz uciec od świata i jego trudności, od bólu tworzenia relacji międzyludzkich? Czy może dlatego, że zawsze chciałeś być księdzem, lecz czujesz, że potrzebujesz wspólnoty? Czy też dlatego, że poszukujesz sensu życia i chcesz go odkryć z nami? Kogo szukasz? Czego poszukujesz? Nie możemy odpowiedzieć za Ciebie na to pytanie, ale możemy być z Tobą i pomóc Ci odnaleźć uczciwą odpowiedź, kiedy z tym problemem staniesz twarzą w twarz.

W trakcie dominikańskiego życia na to pytanie można różnie odpowiadać w różnych chwilach. To, co nas przyprowadziło do Zakonu, może nie być przyczyną pozostania w nim. Kiedy ja wstępowałem do Zakonu, zostałem przede wszystkim pociągnięty pragnieniem zrozumienia mojej wiary. Motto Zakonu, Veritas, pociągało mnie. Miałem wątpliwości, czy kiedykolwiek będę miał odwagę wygłosić kazanie. Później pozostałem, ponieważ ta potrzeba mocno mnie pochwyciła. Czasami sami możemy nie do końca wiedzieć, dlaczego tu wciąż jesteśmy i za czym tęsknimy. Możemy trzymać się tylko nikłego odczucia, że to jest miejsce, gdzie zostaliśmy wezwani. Większość z nas pozostaje, ponieważ tak jak Maria Magdalena w ogrodzie szukamy Pana. Powołanie jest historią pragnienia, głodu. Zostajemy, ponieważ jesteśmy pochwyceni przez miłość, a nie przez obietnicę osobistego spełnienia się czy kariery. Eckhart mówi: "Miłość przypomina haczyk wędkarza. Wędkarz nie może złapać ryby, dopóki nie połknie ona haczyka. Ten, kto wisi na haczyku, jest pochwycony tak szybko, że jego ręce i nogi, usta i oczy oraz serce, wszystko to w tej osobie przynależy do Boga. Wypatrujcie haczyka, tego błogosławieństwa pochwycenia, bo im bardziej jesteście pochwyceni, tym bardziej jesteście wolni"1.

Być może odkryjecie, że rzeczywiście szukacie zmartwychwstałego Pana, ale że jesteście powołani do odnalezienia Go w innym powołaniu, być może na drodze małżeństwa. Być może Bóg wezwał Was do Zakonu na jakiś czas, aby przygotować Was do głoszenia Dobrej Nowiny w inny sposób. Ta radość wielkanocnego spotkania stanowi rdzeń naszego dominikańskiego życia. Jest to szczęście, którym dzielimy się w naszym głoszeniu Słowa. Ale wzrastamy w tym szczęściu jedynie wtedy, gdy przechodzimy przez momenty utraty. Ten, którego Maria Magdalena kocha, zniknął. "Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę". Opłakuje ona utratę osoby, którą kocha. Czasami wstąpienie do Zakonu może być naznaczone tym samym doświadczeniem opuszczenia. Być może wstępowaliście pełni entuzjazmu. Mieliście zamiar oddać się Panu, spędzać godziny na ekstatycznej modlitwie. Ale wydaje się, że Bóg zniknął. Modlitwa staje się żmudnym powtarzaniem psalmów o niewłaściwych porach z braćmi, którzy kiepsko śpiewają. Można nawet sądzić, że to bracia, z ich brakiem pobożności, są przyczyną zniknięcia Boga. Dlaczego nie pojawiają się nawet na oficjum? Nauka, którą przekazują, może podkopywać wiarę, która sprowadziła nas do Zakonu. Słowo Boże jest poddawane na wykładach drobiazgowej analizie, a nam mówi się, że nie jest ono dosłownie prawdą. Gdzie też oni zakopali mego Pana?

"Jezus rzekł do niej: Mario! A ona, obróciwszy się, powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni, to znaczy: Nauczycielu!"

Musimy utracić Chrystusa, jeśli chcemy odnaleźć Go znowu, zadziwiająco żywego i nieoczekiwanie bliskiego. Musimy pozwolić Mu odejść, być daleko, musimy opłakiwać Jego nieobecność, abyśmy mogli odkryć Go bliżej siebie, bliżej niż kiedykolwiek moglibyśmy to sobie wyobrazić. Jeśli nie przejdziemy przez to doświadczenie, to pozostaniemy w dziecinnej i niedojrzałej relacji z Bogiem. Poczucie zdezorientowania, takie jak Marii w ogrodzie, która nie wiedziała, co się dzieje, przynależy do naszej formacji. W przeciwnym razie nigdy nie zadziwiłaby nas ta nowa intymność ze zmartwychwstałym Panem. I musi się tak dziać raz za razem, gdy wędkarz skraca żyłkę holując nas do brzegu. Utracony Pan pojawia się i przemawia do niej, a potem mówi jej, aby pozwoliła Mu ponownie odejść: "Nie zatrzymuj Mnie".

Kiedy Ci się wydaje, że ciało Pana zostało zabrane, nie poddawaj się i nie odchodź. Gdy Jezus zniknął, Piotr, jak typowy mężczyzna, zabrał się z powrotem do pracy. To może być pokusą, by wrócić i podjąć na nowo nasze dawne życia. Maria nie poddała się, ale szukała dalej, nawet jeśli oznaczało to szukanie tylko martwego ciała. Jeżeli wtedy wytrwamy, tak jak ona, będziemy zadziwieni. Pamiętam długi okres posuchy w trakcie lat pierwszych ślubów. Nie wątpiłem w istnienie Boga, ale wydawał się On niewyobrażalnie daleko, nie mający ze mną nic wspólnego. Dopiero wiele lat później, po profesji wieczystej, pewnego lata w ogrodzie Getsemani w Jerozolimie, ta pustka została wypełniona. Być może będę musiał zmagać się z tym zniknięciem na nowo pewnego dnia, a być może to będziesz Ty, mój bracie i siostro, tym, który pomoże mi przetrwać do następnego nieoczekiwanego spotkania.

Jezus wypowiada do niej tylko jedno słowo, jej imię: "Mario". Bóg zawsze wzywa nas po imieniu. "Samuelu" - Bóg wołał trzy razy w ciągu nocy. To, kim jesteśmy, naszą najgłębszą tożsamość, odkrywamy odpowiadając na wezwanie po imieniu. "Powołał mnie Pan już z łona mej matki, od jej wnętrzności wspomniał moje imię" (Iz 49, 7). Tak więc nasze dominikańskie powołanie nie jest kwestią znalezienia pracy czy nawet formą pożytecznej służby dla Kościoła i społeczeństwa. Jest to moje "tak" dla Boga, który powołał mnie do istnienia, "Tak" dla braci, z którymi mieszkam, i dla misji, na którą jestem wysłany. Zostałem powołany do życia, jak ten wywołany z grobu donośnym głosem: "Łazarzu, wyjdź na zewnątrz".

Tak więc możemy powiedzieć, że naczelnym zadaniem formacji jest pomóc nam stawać się chrześcijaninem, mówić "tak" Chrystusowi. Jeśli formacja tego nie spełnia, jest tylko zabawą. Ale czy to oznacza, że stawanie się dominikaninem jest nieważne, tylko przypadkowe? Nie, ponieważ to jest Dominikowa droga postępowania za Chrystusem. Być może najdawniejszą nazwą chrześcijaństwa była "droga" (Dz 9, 2). Kiedy Dominik wyruszył na szlaki południowej Francji, odkrył drogę do Królestwa. Zakon oferuje nam sposób życia ze swą wspólną modlitwą, formą rządzenia, swym sposobem uprawiania teologii i bycia bratem. Kiedy składamy śluby, ufamy, że ta dziwna droga życia zaprowadzi nas do Królestwa.

Nie czekam więc, aby być dobrym chrześcijaninem, zanim stanę się kaznodzieją. Dzielenie się z innymi Słowem Bożym jest częścią mojego poszukiwania Pana w ogrodzie. Kiedy usiłuję znaleźć słowo na kazanie, wtedy jestem jak Maria Magdalena, proszący ogrodnika, aby powiedział mi, gdzie położono ciało mego Pana. Jeśli potrafię dzielić się tym zmaganiem ze słowem, to mogę też podzielić się momentem objawienia, gdy Pan wypowiada moje imię. Muszę mieć odwagę zajrzeć do grobu i zobaczyć brak ciała, jeśli mam mieć także udział w późniejszym spotkaniu. Być kaznodzieją oznacza udział we wszystkich chwilach tego dramatu w wielkanocnym ogrodzie: opuszczeniu, stawianiu pytań, objawieniu. Ale jeśli mówiłbym jak ktoś, kto to wszystko wie i nie ma żadnych wątpliwości, wtedy ludzie mogliby być pod wrażeniem mojej wiedzy, ale mogliby też czuć, że nie ma to z nimi wiele wspólnego.

"Udaj się do moich braci"

Jezus powołuje Marię Magdalenę po imieniu i wysyła ją do swoich braci. Odpowiadamy na Boże powołanie, stając się jednym z braci.

Stać się bratem oznacza więcej niż wstąpić do wspólnoty i nałożyć habit. Pociąga to za sobą głęboką przemianę mojej istoty. Być rodzonym bratem kogoś to więcej, niż posiadać tych samych rodziców. Oznacza to związek powoli kształtujący mnie na osobę, którą jestem. W podobny sposób stawanie się jednym z braci Dominika będzie wymagało ode mnie cierpliwej, czasami bolesnej, przemiany tego, kim jestem. Nadejdą okresy, być może długie, śmierci i zmartwychwstania.

Prawdą jest, że większość braci dominikanów to kapłani i że przynależymy do "instytutu kleryckiego", ale fakt wyświęcenia nie czyni nas w mniejszym stopniu braćmi. W trakcie lat mojej formacji pokochałem bycie jednym z braci. Nie pragnąłem niczego więcej. Przyjąłem święcenia, ponieważ bracia oczekiwali tego ode mnie i ze względu na potrzeby misji. Z czasem doceniłem fakt bycia kapłanem, ponieważ komunia i miłosierdzie, będące u podstaw naszego braterskiego życia, nabrały wyrazu sakramentalnego w szerszym Kościele. Ale byłem tak samo bratem, jak wcześniej. Nie ma w Zakonie wyższego tytułu. To jeden z powodów, dla których uważam, że promowanie powołań braci współpracowników - nigdy nie lubiłem tego określenia - jest tak ważne dla przyszłości Zakonu. Oni przypominają nam o tym, kim wszyscy jesteśmy: braćmi Dominika. Nie może być w Zakonie braci drugiej kategorii.

Gdy byłem studentem, pamiętam wizytę pewnego kapłana z innej prowincji, który odwiedził naszą wspólnotę w Oksfordzie. Kiedy przyjechał, zobaczył jakiegoś dominikanina zamiatającego korytarz. Gość zapytał go: "Czy jesteś bratem?" "Tak" - padła odpowiedź. "Bracie, idź i przynieś mi filiżankę kawy". Po wypiciu kawy poprosił tego brata o zaniesienie swojego bagażu do celi. I wreszcie gość powiedział: "A teraz, bracie, chciałbym się zobaczyć z przeorem". Brat odpowiedział: "Ja jestem przeorem".

Różne wizje bycia bratem

Być bratem to odkryć, że przynależysz do nas. Czujesz się wśród braci jak w domu. Ale my, dominikanie, możemy mieć wiele różnych koncepcji na temat tego, co to znaczy być bratem.

Po wstąpieniu do nowicjatu możemy zostać zaszokowani odkryciem faktu, że współnowicjusze wstąpili być może z zupełnie inną wizją życia dominikańskiego niż nasza. Wstępując, byłem silnie pociągnięty nie tylko poszukiwaniem Veritas, ale również ubóstwem Dominika. Wyobrażałem sobie siebie, jak żebrzę na ulicach o chleb. Wkrótce odkryłem, że większość moich współnowicjuszy uważała to za głupi romantyzm. Niektórych z Was przyciągnie umiłowanie nauki; innych pragnienie walki o bardziej sprawiedliwy świat. Możecie się czuć zgorszeni, widząc innych nowicjuszy rozpakowujących ogromne ilości książek lub odtwarzacz płyt kompaktowych. Część z Was może chcieć nosić habit dwadzieścia cztery godziny na dobę, a inni będą zdejmowali go jak najszybciej. Łatwo nam deptać swoje marzenia.

Często istnieje pewne napięcie pomiędzy pokoleniami braci. Niektórzy młodzi ludzie przychodzący obecnie do Zakonu cenią sobie bardzo tradycję i widoczne znaki dominikańskiej tożsamości: studium św. Tomasza, tradycyjne pieśni czy antyfony Zakonu, noszenie habitu, czczenie naszych Świętych. Często bracia z poprzedniego pokolenia są zadziwieni tym pragnieniem wyraźnej i widocznej dominikańskiej tożsamości. Dla nich przygodą było porzucenie starych form, które wydawały się stać pomiędzy nami i głoszeniem Ewangelii. Musieliśmy być w drodze z ludźmi, patrzeć na różne rzeczy ich oczami, anonimowi, aby być blisko nich. Czasami może to prowadzić do pewnych nieporozumień, a nawet wzajemnych podejrzeń. Często prowincje, które dzisiaj dobrze się rozwijają, to te, którym udało się pokonać takie ideologiczne spory. Jak możemy zbudować braterstwo, które jest głębsze niż te różnice?

Przede wszystkim możemy dostrzec w sobie nawzajem ten głęboki odruch ewangelizacji. W habicie czy bez, głosimy tego samego zmartwychwstałego Pana. Zawsze czułem się jak w domu będąc wśród braci, czy to siedząc w samych podkoszulkach z kilkoma z nich nad rzeką w Amazonii i recytując psalmy, czy też celebrując skomplikowaną polifoniczną liturgię w Tuluzie. Oprócz obiektywnych wymogów ślubów oraz Konstytucji widzimy wyraźnie pewne rodzinne podobieństwo: tę samą radość; poczucie równości wszystkich braci; zacięcie teologiczne, nawet jeśli istnieją sprzeczne trendy; zaufanie do naszej demokratycznej tradycji; bezpretensjonalność. Wszystko to ukazuje nasz sposób wspólnego życia, niezależnie od powierzchownych różnic.

Po drugie, nasze różne wizje życia dominikańskiego mogą być uformowane przez różne momenty w historii Kościoła oraz Zakonu. Wielu z nas, którzy zostali dominikanami w trakcie Soboru Watykańskiego II, wyrosło w katolicyzmie pewnym siebie i swojej tożsamości. Naszą przygodą było dotarcie do ludzi będących daleko od Chrystusa poprzez przełamywanie barier. To, co pociąga braci i siostry tego pokolenia, to czasami pragnienie bycia blisko niewidzialnego Chrystusa, który był obecny w każdej fabryce, na każdym osiedlu czy uniwersytecie. Widoczna tożsamość zniknęła w celu głoszenia Dobrej Nowiny. Nasi księża robotnicy, na przykład, byli znakiem obecności Boga będącego blisko także tych, którzy wydawali się zapomnieć Jego imienia.

Wielu wstępujących do Zakonu dzisiaj, zwłaszcza na Zachodzie, przeszło zupełnie inną drogę, wyrastając z dala od chrześcijaństwa. Być może teraz pragniecie radować się i utwierdzić w wierze, którą poznaliście i pokochaliście. Chcecie być widziani jako dominikanie, bo to również przynależy do głoszenia. Może to być ten sam ewangeliczny impuls, który doprowadza niektórych braci do nałożenia habitu, a innych do nie noszenia go.

To napięcie w ostatecznym rachunku jest owocne i konieczne dla żywotności Zakonu. Przyjmowanie ludzi młodych do Zakonu jest wyzwaniem dla nas. Tak jak narodziny dziecka zmieniają życie całej rodziny, tak też każde pokolenie nowo wstępujących przemienia wspólnotę braci. Przychodzicie z pytaniami, na które nie zawsze znamy odpowiedź, z Waszymi ideałami, które mogą odkrywać nasze niedostatki, z Waszymi marzeniami, które nie zawsze podzielamy. Przychodzicie z Waszymi przyjaciółmi i rodzinami, Waszą kulturą i tożsamością narodową. Przychodzicie, aby zakłócić nasz spokój - i dlatego też Was potrzebujemy. Często przychodzicie żądając tego, co jest naprawdę ważne w naszym dominikańskim życiu, a o czym my być może zapomnieliśmy lub co umniejszyliśmy: głębszej i piękniejszej modlitwy wspólnotowej, głębszego braterstwa, w którym bardziej troszczymy się jeden o drugiego, odwagi do porzucenia naszych dawnych zajęć oraz wyruszenia ponownie w drogę. Zakon często odnawia się, ponieważ przychodzą młodzi ludzie i usilnie pragną budować takie życie dominikańskie, o jakim czytali w książkach. Niech to pragnienie nadal w Was trwa!

Łatwo nam, którzy wstąpiliśmy przed Wami, powiedzieć z pewną dozą irytacji: "To Wy dołączacie do nas, a nie my do Was". I jest to z pewnością prawda, tyle że połowiczna. Bo kiedy my wstępowaliśmy do Zakonu, oddaliśmy się w ręce naszych braci, którzy mieli przyjść po nas. Ślubowaliśmy posłuszeństwo tym, którzy jeszcze się nie narodzili. Naturalnie nie musimy z każdym pokoleniem od nowa wymyślać Zakonu, ale częścią geniuszu Dominika było założenie Zakonu, w który wpisana jest umiejętność dostosowywania się i elastyczność. Potrzebujemy odnowy przynoszonej przez tych, których porwał entuzjazm dla wizji Dominika. Nie możemy żądać, żebyście włączyli się w nasze stare spory. Musimy zwalczyć pokusę zaszufladkowania Was w kategorie z naszej młodości i określać Was jako konserwatystów lub progresistów. Tak samo Wy musicie powstrzymać się od spisywania nas na straty jako przeżytków dekady lat siedemdziesiątych.

Z drugiej strony mam nadzieję, że ci, którzy przyszli przed Wami, będą wyzwaniem również i dla Was. Zaakceptowanie faktu, że dominikaninem można być na wiele sposobów, nie oznacza, że każdy może wynaleźć swoją własną interpretację. Nie mogę, na przykład, zdecydować, że dla mnie śluby są do pogodzenia z posiadaniem kochanki i samochodu sportowego. Nasz sposób życia nakłada na nas pewne nieuniknione i obiektywne wymogi, które w ostatecznym rachunku muszą oznaczać zaproszenie do głębokiej przemiany mojej osoby. Jeżeli będę tego unikał, to nigdy nie zostanę jednym z braci.

Przede wszystkim różne koncepcje bycia dominikaninem nigdy nie powinny nas dzielić, jako że jedność Zakonu nie polega na wspólnej linii ideologicznej, a nawet na jednej duchowości. Gdyby tak było, to już dawno doszłoby do rozłamu. To, co trzyma nas razem, to pewna forma życia, która zezwala na wielką różnorodność i elastyczność, wspólna misja i forma rządów dająca prawo głosu każdemu. Dominikański lew i dominikański baranek mogą żyć razem i cieszyć się ze swojego towarzystwa.

W początkach istnienia naszego Zakonu napisano Vitae fratrum, aby zachować pamięć o pierwszym pokoleniu naszych braci. Zarówno te opowieści z przeszłości, jak i marzenia o przyszłości łączą nas jako wspólnotę. Widoczne znaki dominikańskiej tożsamości mają swoją wartość i mówią coś ważnego o tym, kim jesteśmy, ale nie powinny one stawać się bojowymi sztandarami różnych ugrupowań. Dominikanie, których słusznie wspominamy ze czcią, to często ci, którzy byli tak pochłonięci pasją głoszenia Słowa, że nie mieli czasu na nadmierne zastanawianie się nad swoją dominikańską tożsamością. Jak napisał Simon Tugwell: "zawsze wtedy Zakon był najbardziej wierny swojemu powołaniu, gdy najmniej przejmował się swoją dominikańskością"2.

Formacja powinna naturalnie zapewnić nam silną dominikańską tożsamość oraz nauczyć nas naszej historii i tradycji. Nie po to, żebyśmy mogli kontemplować chwałę Zakonu i to, jacy jesteśmy czy byliśmy ważni, ale po to, abyśmy mogli wyruszyć w drogę i pójść za Chrystusem ubogim i bezdomnym. Silne poczucie tożsamości uwalnia nas od zbytniego myślenia o sobie samych; w przeciwnym razie będziemy zbyt zajęci sobą, aby usłyszeć głos, który pyta nas: Kogo szukasz?

Tak więc braterstwo oparte jest na czymś więcej niż jedna wizja. Budowane jest ono cierpliwie, poprzez naukę słuchania siebie nawzajem, naukę bycia mocnym i delikatnym, poprzez naukę wierności jeden drugiemu i miłości braterskiej.

Mówienie i słuchanie

Wiemy, że czujemy się jak u siebie w domu wtedy, gdy możemy ze sobą rozmawiać bez obaw, będąc pewni, że nasi bracia będą przynajmniej próbowali nas zrozumieć. Tego się prawdopodobnie nie spodziewamy, wstępując do Zakonu. Jezus mówi do Marii Magdaleny: "Udaj się do moich braci i powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego". Maria Magdalena ma za zadanie podzielić się swoją wiarą w zmartwychwstałego Pana, pomimo że jej bracia mogą sądzić, iż jest w błędzie. Tak więc budujemy wspólny dom w Zakonie, odważnie podejmując dzielenie się tym, co nas tu sprowadziło. Czasami będzie to trudne. Przyszliśmy prawdopodobnie oczekując, że znajdziemy w Zakonie ludzi myślących podobnie jak my, z tymi samymi marzeniami i tym samym sposobem myślenia. Ale możemy odkryć, że niektórzy byli prowadzeni do Zakonu tak różnymi drogami, że nie możemy odnaleźć się w tym, co mówią. Możemy zawahać się przed wystawieniem na krytykę i ocenę tego, co najcenniejsze, naszej kruchej wiary. Dzielenie się naszą wiarą wymaga od nas wielkiej podatności na zranienie. Czasami łatwiej jest to czynić w kontaktach z ludźmi, z którymi nie musimy wspólnie żyć.

Jednym z głównych wyzwań dla magistrów jest stworzenie takiej atmosfery zaufania, abyście odważyli się swobodnie wypowiadać. Martin Buber pisał: "Kwestią decydującą jest to, czy młodzi ludzie są gotowi do rozmowy. Jeżeli ktoś zaufa i mi okaże, że w nich wierzy, to będą z nim rozmawiać. Podstawową sprawą jest, aby nauczyciel rozbudził w swoich uczniach zaufanie"3. Równie ważne jest, abyście ufali sobie nawzajem. Niekiedy stać Was może będzie na to, aby dzielić się swoimi wątpliwościami.

Współczesna kultura zachodnia systematycznie kultywuje podejrzliwość. Jesteśmy uczeni doszukiwać się w wypowiedziach innych ludzi tego, co nie jest wymawiane wprost, co jest ukryte czy nawet nieświadome. W Kościele tendencja ta przyjmuje czasami postać polowania na błędy, analizowania stwierdzeń pod kątem herezji. Czy ten brat jest prawdziwym uczniem św. Tomasza z Akwinu, czy też wyznawcą teologii wyzwolenia? Czy jest on jednym z nas? Łatwiej odkryć, w czym nasz brat się myli lub w czym zaprzecza któremuś z dogmatów Kościoła, lub mojej własnej ideologii, niż dostrzec to małe ziarnko prawdy, którym być może próbuje się z nami podzielić. Taka podejrzliwość podkopuje braterstwo. Pochodzi ona ze strachu, a tylko miłość pokonuje strach.

Umiejętność miłosiernego słuchania się nawzajem wymaga zdyscyplinowania umysłu. Benedict Ashley pisał: "Potrzebny jest jakiś nowy ascetyzm umysłu, bo nie ma nic bardziej bolesnego niż utrzymywanie żywej miłości bliźniego pośród autentycznych sporów dotyczących poważnych kwestii"4. Miłość braterska to nie tylko miłe, ciepłe doznanie emocjonalne, ale ćwiczenie umysłu. Muszę powstrzymać się przed odrzuceniem jako bzdury tego, co mówi mój brat, zanim wysłucham go w pełni. To jest właśnie ten umysłowy ascetyzm, który wymaga otwarcia się na czyjś niespodziewany punkt widzenia. Konieczne tu będzie uczenie się milczenia, nie tylko wtedy, gdy czekam, aż on skończy mówić, ale abym usłyszał, co mówi. Muszę uciszyć mój instynktowny sprzeciw, chęć przerwania mu, zanim powie następne słowa. Muszę być cicho, słuchać.

Rozmowa buduje wspólnotę równych i dlatego też musimy budować wspólnotę Rodziny Dominikańskiej znajdując czas na rozmowę z naszymi siostrami i z dominikanami świeckimi - i odkrywać w tym radość. Rozmowa buduje większy dom Dominika i Katarzyny. Rozmowa "wymaga równości uczestników, z pewnością jest ona jednym z najważniejszych sposobów ustanawiania równości. Jej wrogami są retoryka, spory, żargon i hermetyczny język lub desperacja płynąca z bycia niewysłuchanym lub niezrozumianym. Aby rozkwitać, rozmowa wymaga akuszerek obojga płci... Dopiero gdy ludzie nauczą się rozmawiać, zaczną stawać się równymi"5. Jednym z wyzwań dla nas, braci, jest pozwolenie siostrom na kształtowanie nas jako kaznodziejów. Najgłębsza formacja zawsze jest wzajemna.

Bycie mocnym i słabym

Przynależymy i jesteśmy w domu wtedy, gdy odkrywamy, że jesteśmy mocniejsi niż kiedykolwiek myśleliśmy i słabsi niż odważyliśmy się przyznać. I nie są to cechy przeciwstawne, ponieważ są to oznaki tego, że zaczynamy przypominać mocnego, ale i podatnego na zranienie Chrystusa.

Jesteśmy formowani przede wszystkim jako chrześcijanie. W naszej tradycji oznacza to nie tyle stopniowe podporządkowywanie się przykazaniom, aby poskromić naszą nieuporządkowaną naturę, co raczej wzrost w cnocie. Rozwijanie cnót czyni nas mocnymi, prostodusznymi, wolnymi i zdolnymi stanąć na własnych nogach. Jak napisał Jean Luis-Brugues OP, cnota jest uczeniem się człowieczeństwa. "Jest ona przejściem od potencjalności do doskonałości"6.

Stawanie się bratem to czerpanie siły z siebie nawzajem. Nie jesteśmy solistami. Ta siła czyni nas wolnymi, lecz dla siebie, a nie od siebie. Stajemy się mocni przede wszystkim dlatego, że ufamy sobie nawzajem.

W początkach naszej tradycji widzimy bezgraniczne zaufanie Dominika do braci. Ufał braciom, ponieważ ufał Bogu. Jak pisał Jan z Hiszpanii: "Miał takie zaufanie do dobroci Bożej, że do głoszenia wysyłał nawet ludzi niewykształconych, mówiąc im: «Nie bójcie się, Pan będzie z wami i da moc waszym ustom»"7. Tak więc pierwszym zadaniem Waszego magistra jest podbudowanie tego zaufania. Ale jest to również Wasza wspólna odpowiedzialność, ponieważ to ci, którzy są w trakcie formacji, zwykle najsilniej kształtują siebie nawzajem. Macie moc podkopać poczucie wartości współbrata, możecie go wyśmiać. Macie również moc wzajemnego budowania się, wspierania, kształtowania się na głosicieli pełnego mocy słowa Bożego.

W naszych Konstytucjach zapisano, że "odpowiedzialność za własną formację ciąży pierwszym rzędzie na samym kandydacie" (KKZ 156). Nie powinniśmy być traktowani jak dzieci, niezdolne do podejmowania samodzielnych decyzji. Wyrastamy na braci, równorzędnych członków wspólnoty, poprzez bycie traktowani jako dorośli. W czasach Dominika nie istniał tradycyjny monastyczny circator, którego zadaniem były przeszpiegi oraz sprawdzanie, czy wszyscy robią to, co do nich należy. Ale z tą odpowiedzialnością nie jesteśmy zostawieni sami sobie. Jeżeli jesteśmy braćmi, to będziemy sobie nawzajem pomagać w wolności myślenia, mówienia, wiary, podejmowania ryzyka, pokonywania strachu. Będziemy mieli również odwagę, aby rzucać sobie wzajemnie wyzwania.

W miarę, jak wzrastamy jako bracia, będziemy wystarczająco mocni, aby stawić czoła naszym słabościom i ułomnościom. To właśnie to, co jeden z moich przyjaciół nazwał "mądrością stworzeń"8. Jest to świadomość, że jesteśmy stworzeni, że nasze istnienie jest darem, że jesteśmy śmiertelni i żyjemy pomiędzy narodzinami i śmiercią. Zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy bogami. Stoimy na swoich własnych nogach, ale te nogi są darem. Odkryjemy także, że nie wstąpiliśmy do wspólnoty świętych, ale do grupy mężczyzn i kobiet, którzy są słabi, chwiejni i którzy ciągle muszą podnosić się z upadków. Już gdzie indziej pisałem, jak to odbycie może doprowadzić do momentu kryzysu w formacji braci9. Bohaterowie, których nowicjusz kochał i podziwiał, okazują się mieć gliniane nogi. Ale tak było zawsze. To jeden z powodów, dla których patronką Zakonu jest Maria Magdalena, która - jak mówi tradycja - była kobietą słabą i grzeszną, ale która została powołana do bycia pierwszą głosicielką Ewangelii.

Ponad pięćset lat temu Savonarola napisał list do pewnego nowicjusza, który to zgorszył się grzechami swoich braci. Savonarola ostrzega go przed ludźmi, którzy wstępując do Zakonu mają nadzieję na natychmiastowe wejście do raju. Tacy nigdy w Zakonie nie zostają. Pragną żyć pomiędzy świętymi, wykluczając udział grzesznych i niedoskonałych. A gdy tego nie znajdują, porzucają swoje powołanie i wyruszają w drogę... Bowiem jeżeli chcesz uciec od wszystkiego, co złe, to musisz opuścić ten świat10. Ta konfrontacja z ułomnościami często jest wspaniałą chwilą w dojrzewaniu powołania. To wtedy odkrywamy, że możemy dawać i przyjmować tę łaskę, o którą prosiliśmy wstępując do Zakonu. Jeżeli możemy tego dokonać, to jesteśmy na drodze prowadzącej do bycia bratem i kaznodzieją. Jedną z obaw, która może nas powstrzymywać przed zawierzeniem tej łasce, jest niepokój, że jeżeli bracia zobaczą, jacy jesteśmy naprawdę, to być może będą głosowali przeciwko dopuszczeniu nas do ślubów. Możemy mieć pokusę ukrycia tego, kim naprawdę jesteśmy do czasu, aż będziemy bezpieczni i chronieni, poślubieni i wyświęceni, i odporni na zranienie. Zaakceptowanie tego oznaczałoby zgodę na formację w oszustwie. Formacja stawałaby się ćwiczeniem w zatajaniu i byłoby to parodią Zakonu, którego mottem jest Veritas. Musimy ufać naszym braciom na tyle, aby mogli zobaczyć, kim jesteśmy i co myślimy. Bez takiej przeźroczystości nie ma braterstwa. Nie oznacza to, że musimy wstać w refektarzu i wyznać nasze grzechy, ale nie możemy nosić masek, za którymi się ukrywamy. Ośmielamy się wystawić na zranienie, ponieważ Chrystus uczynił to przed nami. Przygotowuje nas to do głoszenia słowa godnego zaufania i uczciwego.

Wierność i miłość braci

Wreszcie, istnieje pewna cecha braterstwa, która jest ulotna i trudna do opisania, a którą nazwę wiernością, "najpiękniejszym ze słów", jak to określił Peguy. W sercu naszego nauczania jest wierność Boga. Bóg dał nam swoje słowo - i jest to Słowo, które stało się ciałem. Jest to słowo, któremu możemy ufać i które czyni z historii ludzkości opowieść zmierzającą w pewnym kierunku, a nie tylko ciąg następujących po sobie przypadkowych zdarzeń. Jest to mocne i trwałe słowo Tego, który powiedział: "Jestem, Który Jestem". To jest ta wierność, którą musimy próbować wcielać w nasze życie. Para małżeńska jest sakramentem Bożej wierności, który nieodwołalnie złączył siebie z nami w Chrystusie. Bycie wiernymi sobie nawzajem przynależy również do naszego głoszenia Ewangelii.

Co to oznacza? Po pierwsze chodzi o wierność zobowiązaniu, jakie podjęliśmy wobec Zakonu. Bóg dał nam swoje Słowo, które stało się ciałem, mimo że prowadziło to do bezsensownej śmierci. My daliśmy Bogu słowo, nawet jeżeli wydaje się, że nasza obietnica może wymagać od nas więcej niż uważamy za możliwe do spełnienia. Pamiętam, gdy byłem prowincjałem, rozmowę ze starym bratem, który przyszedł powiedzieć mi, że umiera na raka. Był wspaniałym i dobrym człowiekiem, który w swoim dominikańskim życiu przeszedł chwile trudne i pełne niepewności. Powiedział mi: "Wygląda na to, że spełni się moja ambicja dokonania życia w Zakonie". Może się to wydawać małą ambicją, ale jakże podstawową. Dał on swoje słowo i swoje życie. Cieszył się, że mimo wszystko tego daru nie odebrał.

Po drugie oznacza to, że nasza wspólna misja jest ważniejsza od moich własnych planów. Mam własne talenty, preferencje i marzenia, ale oddałem siebie na potrzeby naszego wspólnego głoszenia Dobrej Nowiny. Ta wspólna misja może, dla dobra wspólnego, wymagać ode mnie przyjęcia na pewien czas jakiegoś niechcianego obciążenia, na przykład funkcji syndyka, magistra nowicjatu lub studentatu lub generała Zakonu. Autobus może w dużym stopniu przypominać salkę rekreacyjną. Zapełniony jest on ludźmi, którzy razem siedzą rozmawiając lub czytając i dzielą wspólną przestrzeń. Ale gdy trasa autobusu zbacza ze szlaku mojej podróży, to wysiadam z niego i podążam swoją własną drogą. Czy uważam Zakon za taki właśnie autobus, którym jadę tylko tak długo, jak długo jedzie w kierunku, w którym ja chcę jechać?

Wierność zakłada również, że stanę w obronie moich braci, ponieważ ich reputacja jest moją reputacją. W Pierwszych Konstytucjach, a nawet jeszcze nie tak dawno jednym z zadań magistra nowicjatu było nauczenie nowicjuszy, aby "oczekiwali dobra"11. Trzeba zawsze wybrać najlepszą interpretację tego, co bracia zrobili lub powiedzieli. Jeżeli jakiś brat regularnie wraca późno w nocy, to zamiast wyobrażać sobie, jakie to okropne grzechy mógł popełniać, należy przyjąć, że na przykład odwiedzał chorych. Savonarola pisał do tego nowicjusza skłonnego do surowych ocen: "Jeżeli widzisz coś, co ci się nie podoba, pomyśl, że było to zrobione z dobrą intencją. Wielu współbraci jest w sobie samych lepszymi niż ci się wydaje". To coś więcej niż optymizm ludzi nieżyciowych. Przynależy to do tej miłości, która widzi świat oczami Boga jako dobry. Św. Katarzyna ze Sieny napisała kiedyś do Rajmunda z Kapui zapewniając go, że musi wierzyć w jej miłość do niego oraz że kiedy kogoś kochamy, to przyjmujemy najlepszą interpretację tego, co robi, wierząc, że zawsze dąży do naszego dobra: "Poza ogólną miłością, jest miłość szczególna, która wyraża się w wierze. I wyraża się ona w taki sposób, że nie może ona ani uwierzyć, ani wyobrazić sobie, że druga osoba mogłaby chcieć czegoś innego niż nasze dobro"12. Jeżeli mój brat został potępiony jako zły lub odchodzący od ortodoksji, to wierność oznacza, że zrobię wszystko, aby trwać przy nim i znaleźć najlepsze możliwe wytłumaczenie jego poglądów lub czynów. To ze względu na tę wzajemną wierność we wstępie do Konstytucji z 1228 roku zarządzono, jako obowiązujące "bez wyjątku i niezmiennie na wieczność", że nikt nie może odwoływać się poza Zakonem od decyzji podjętych przez Zakon. Powinno więc być w zasadzie nie do wyobrażenia, aby brat publicznie oskarżył lub zdystansował się od któregoś ze swoich braci.

Ta wierność zakłada, że nie tylko będę trwał przy moim bracie, ale że również będę w stanie mu się przeciwstawić. Jeżeli jest moim bratem, to musi mi zależeć na tym, co myśli, i muszę mieć odwagę nie zgodzić się z nim. Nie mogę zostawiać tego tylko przełożonym, jak gdyby nie było to moją odpowiedzialnością. Z tym, że muszę to robić wprost, a nie za jego plecami. Możemy się bać takiego postępowania, spodziewając się wrogości i odrzucenia. Ale z mojego doświadczenia wynika, że jeżeli daje komuś się jasno do zrozumienia, że mówi się z umiłowania prawdy i miłości braterskiej, to sytuacja taka zawsze prowadzi do pogłębienia przyjaźni i zrozumienia.

Elementy formowania jako brata są więc następujące: rozmowa i słuchanie się nawzajem, uczenie się bycia mocnym i słabym oraz wzrastanie we wzajemnej wierności. To wszystko przynależy do rzeczy najbardziej podstawowej, którą jest nauka miłowania braci. My, dominikanie, z naszym szorstkim podejściem do siebie, możemy zawahać się przed używaniem takiego języka. Może on brzmieć zbyt słodko i sentymentalnie. Jednakże jest to bez wątpienia podstawą naszego braterstwa. Tego wymaga od nas Ten, który nas wzywa: "To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem" (J 16, 2). Jest to najważniejsze przykazanie naszej wiary. Przestrzeganie go czyni nas chrześcijanami i braćmi. Św. Dominik powiedział, że nauczył się więcej z księgi Miłosierdzia niż z ksiąg ludzką ręką pisanych13. Oznacza to, że w ostatecznym rachunku patrzymy na siebie nawzajem jako na dar od Boga. Mój brat lub siostra mogą mnie denerwować, mogę mieć zupełnie przeciwne poglądy, ale zachwycają mnie i widzę w nich dobro.

Istnieje podstawowy związek pomiędzy miłością i powołaniem. Przywiódł on do nas wielu z Was. Jezus spojrzał na bogatego młodzieńca, pokochał go i wezwał do pójścia za Nim, podobnie spojrzał na Marię Magdalenę i wezwał ją po imieniu. Stefan z Hiszpanii opowiada, że udał się do spowiedzi do Dominika, a ten "spojrzał na mnie tak, jak gdyby mnie kochał"14. Później tego samego wieczoru Dominik wezwał go i odział w habit. Miłość jest, jak powiedział Eckhart, haczykiem, na który wędkarz łapie rybę i nie pozwala jej uciec. Muszę przyznać, że zdecydowałem się wstąpić do Zakonu, zanim kiedykolwiek spotkałem jakiegoś dominikanina, pociągnięty ideą, o której tylko czytałem. To również może być błogosławieństwem.

Nie ma nic sentymentalnego w tego rodzaju miłości. Musimy czasami pracować nad nią i zmagać się z uprzedzeniami i opiniami. Jest to trud stawania się jednym z braci. Pamiętam pewnego brata, z którym ciężko było mi mieszkać. Cokolwiek zrobił lub powiedział - denerwowało mnie. Pewnego wieczoru zdecydowaliśmy się pójść razem do pubu; to takie bardzo angielskie rozwiązanie problemu. Rozmawialiśmy długie godziny, opowiadając sobie o własnym dzieciństwie i trudnościach. Mogłem wtedy po raz pierwszy, patrząc jego oczami, zobaczyć siebie samego takim, jakim on mnie widział. Zaczynałem rozumieć. Było to początkiem naszej przyjaźni i braterstwa.

"Widziałam Pana"

Maria Magdalena udaje się do braci i mówi: "Widziałam Pana". Jest pierwszą głosicielką zmartwychwstania. Jest głosicielką, ponieważ jest zdolna usłyszeć Pana, kiedy wzywa, a także dzielić się Dobrą Nowiną Chrystusowego zwycięstwa nad śmiercią.

Tak więc stawanie się kaznodzieją to coś o wiele więcej niż tylko wchłonięcie pewnej liczby informacji, aby mieć coś do powiedzenia, nauczenie się kilku kaznodziejskich sztuczek, aby wiedzieć, jak mówić. Jest to bycie uformowanym na kogoś, kto potrafi słyszeć Pana i przekazuje słowo, które daje życie. Izajasz mówi: "Powołał mnie Pan już z łona matki, od jej wnętrzności wspomniał moje imię. Ostrym mieczem uczynił me usta, w cieniu swej ręki mnie ukrył" (Iz 49, 1n). Całe życie Izajasza, od samego początku, kształtowało go jako kogoś, kto jest gotowy głosić słowo proroctwa.

Zakon powinien zaoferować Wam coś więcej niż naukę teologii. Tym czymś jest życie wspólne, które kształtuje Was na kaznodziejów. Nasze życie wspólnotowe, modlitwa, doświadczenia duszpasterskie, zmagania i upadki spowodują, że będziemy w stanie słuchać i świadczyć w sposób przekraczający nasze najśmielsze oczekiwania.

Jednym z moich poprzedników, jako prowincjała, był brat Anthony Ross. Zasłynął jako kaznodzieja, historyk, reformator więziennictwa, a nawet zapaśnik! Pewnego razu, wkrótce po tym, jak został wybrany na prowincjała, dostał wylewu i w efekcie prawie stracił mowę. Musiał zrezygnować z tej funkcji i od początku uczyć się mówić. Te kilka słów, które był w stanie wypowiadać, miały większą moc niż wszystko, co mówił dotychczas. Ludzie przychodzili do niego do spowiedzi, aby usłyszeć jego proste słowa pocieszenia. Jego kazania składające się z sześciu wyrazów potrafiły zmieniać koleje ludzkiego losu. Jak gdyby to cierpienie i to milczenie ukształtowały kaznodzieję, który dawał nam słowa życia jak nigdy przedtem. Pojechałem zobaczyć się z nim przed moim wyjazdem na Kapitułę Generalną w Meksyku, z której, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, nie wróciłem z powrotem do mojej prowincji. Jego ostatnie słowo do mnie brzmiało: "Odwagi". Największym darem, jaki możemy ofiarować bratu, jest takie słowo.

Słowo współczucia

Maria Magdalena ogłasza uczniom: "Widziałam Pana". Nie jest to jedynie stwierdzenie faktu, ale podzielenie się odkryciem. Dzieliła ona ich stratę, zadziwienie, smutek, a teraz może dzielić się z nimi swoim spotkaniem ze zmartwychwstałym Panem. Może dzielić się Dobrą Nowiną z nimi, ponieważ jest to Dobra Nowina dla niej.

Słowo, które głosimy, jest słowem, które miało udział w naszym człowieczeństwie i "nie takiego mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu" (Hbr 4, 15). Głoszenie będzie wymagało od nas wcielenia się w różne światy, czy to świat współczesnej kultury młodzieżowej, czy też wyspę Mikronezji, świat narkomanów lub biznesmenów. Musimy wejść w ten świat, nauczyć się jego języka, oglądać go oczami jego mieszkańców, wejść w ich skórę, zrozumieć ich słabości i nadzieje. W pewnym sensie musimy się stać jednymi z nich. Dopiero wtedy będziemy mogli głosić słowo, które będzie Dobrą Nowiną dla nich i dla nas. Nie znaczy to, że musimy się także z nimi zgadzać. Często będziemy musieli się im sprzeciwiać. Ale zanim będziemy mogli to zrobić, musimy najpierw dotrzeć do głębi ich człowieczeństwa.

Tradycją Kościoła jest wysławianie Boga o wschodzie Słońca. Trwamy jak wartownicy oczekujący świtu, aby podzielić się naszą nadzieją z tymi, którzy nie widzą żadnych oznak wschodzącego słońca. Dlatego że jakoś dostrzegłem ich mrok i być może rozpoznałem w nim moją własną ciemność, mogę dzielić się słowem o "serdecznej litości naszego Boga, z jaką nas nawiedzi z wysoka Wschodzące Słońce".

Często jesteśmy w stanie to uczynić ze względu na to, kim jesteśmy i co przeżyliśmy. Maria Magdalena szukała ciała Pana z delikatnością, której nauczyła się w swoim życiu naznaczonym, zgodnie z tradycją, upadkiem i grzechem. To życie właśnie przygotowało ją do bycia osobą, która szuka ukochanego człowieka i rozpoznaje go, gdy Ten wzywa ją po imieniu. Jednym z najcenniejszych darów, jakie przynosisz do Zakonu, jest Twoje życie, z Twoimi upadkami, problemami i okresami ciemności. Nawet teraz mogę spojrzeć wstecz na własny grzech i widzieć go jako błogosławioną winę, ponieważ przyczynił się on do uczynienia mnie kimś, kto potrafi wypowiadać słowa współczucia i nadziei ludziom, którzy przeżywają ten sam upadek. Mogę z nimi wspólnie przeżywać wschód słońca.

W innych dziedzinach potrzebujemy formacji we współczuciu wychowaniu serca i umysłu, które rozbije nasze kamienne serca, naszą zarozumiałość, arogancję i chęć oceniania innych. Jedną z najbardziej pożytecznych rzeczy, które robiłem w trakcie mojego dosyć niezwykłego nowicjatu, było regularne odwiedzanie w miejscowym więzieniu osób skazanych za przestępstwa na tle seksualnym. Prawdopodobnie są to ludzie najbardziej pogardzani w naszym społeczeństwie. Odkryciem dla mnie był fakt, iż w rzeczywistości nie różniliśmy się od siebie nawzajem. Mogliśmy wspólnie słuchać Ewangelii. Tak więc nasza formacja powinna umożliwić nam otwarcie się na tych, którzy są inni, nieatrakcyjni, na tych, którymi nasze społeczeństwo pogardza: na żebraków, prostytutki, kryminalistów, czyli na tych ludzi, z którymi Słowo Boże spędzało swój czas. Jeżeli nasze ręce są otwarte, to uczymy się przyjmować dary, które oni mogą nam dać.

Idealnym kaznodzieją jest ten, kto jest wszystkim dla wszystkich, kto jest doskonale ludzki. Nie znam żadnego dominikanina, który spełniałby to kryterium, ponieważ każdy z nas ma swoje ograniczenia. Przez lata, raz w tygodniu, wieczorem, chodziłem do schroniska dla bezdomnych w Oksfordzie, aby przygotowywać zupę i rozmawiać z przychodzącymi tam ludźmi. No cóż, muszę przyznać, że nie cierpiałem tego. Nienawidziłem smrodu i nudziły mnie pijackie rozmowy; wiedziałem, że moja zupa nie była żadną rewelacją i tęskniłem do moich książek, które na mnie czekały w domu. Ale nie żałuję tych godzin. Być może ten mur pomiędzy mną a moimi braćmi i siostrami z ulicy został choć trochę skruszony. Współczucie przemieni nasze życie w sposób dla nas niewyobrażalny. Gdy św. Dominik był studentem w Palencji, dopuścił do siebie uczucie współczucia dla głodnych i sprzedał swoje książki. Tylko dlatego pozostał na południu Francji i założył Zakon, że poruszył go los ludzi wciągniętych w niszczącą ich herezję. Całe jego życie składało się z odpowiedzi na sytuacje, których nie planował. Ten miłosierny człowiek był na łasce innych, otwarty na ich potrzeby. Nauczenie się współczucia wyrwie z naszych rąk wodze, za pomocą których kierujemy naszym życiem.

Słowo życia

"Widziałam Pana" - to więcej niż informacja o pewnym zdarzeniu. Maria Magdalena dzieli się ze swymi braćmi zwycięstwem życia nad śmiercią, światła nad ciemnością. Jest to słowo przynoszące świt, którego była świadkiem "wczesnym rankiem".

Katarzyna ze Sieny mówi Rajmundowi z Kapui, że mamy być "raczej ludźmi budującymi, niż niszczącymi czy psującymi"15. Kształtujemy się na kaznodziejów poprzez zwykłe rozmowy, słowa, jakie wymieniamy na salce rekreacyjnej czy na korytarzach. Poprzez formację jako bracia, którzy sobie nawzajem przekazują słowa pełne nadziei, zachęty, podbudowania i uzdrowienia, odkrywamy, jak dzielić się słowem życia w naszym kaznodziejstwie. Jeżeli jesteśmy ludźmi, którzy zazwyczaj przekazują słowa raniące i niszczące, to nawet gdybyśmy byli nie wiadomo jak inteligentni i wykształceni, nigdy nie będziemy kaznodziejami. Jest pewne polskie powiedzenie: "Wystygł mistyk; wynikł cynik"16. Możemy być psami Pańskimi, ale nigdy nie możemy być cynikami17.

Słowo kaznodziei jest płodne. Rodzi owoce. Gdy Maria Magdalena spotkała Jezusa, wzięła Go za ogrodnika. I nie był to błąd, ponieważ Jezus jest nowym Adamem w ogrodzie życia, gdzie śmierć została pokonana, a martwe drzewo krzyża wydaje owoc. Tak więc w naszym społeczeństwie naturalnymi sprzymierzeńcami kaznodziei są ludzie twórczy. Kim są ludzie próbujący odnaleźć sens współczesnych doświadczeń? Kim są myśliciele, filozofowie, poeci i artyści, którzy mogą nauczyć nas współczesnego, twórczego języka? Oni również powinni nam pomóc formować się na kaznodziejów.

Słowo, które przyjęliśmy

Jak też mamy odnaleźć to ożywcze, twórcze i współczujące słowo? Wyznałem na początku tego listu, że gdy wstępowałem do Zakonu, obawiałem się, że nigdy nie będę w stanie głosić kazań. Ta obawa często powraca. Jako dominikanin muszę ze wstydem wyznać, że kiedy jestem proszony o wygłoszenie kazania, często moją pierwszą reakcją wciąż jest: "Przecież ja nie mam nic do powiedzenia". Jednak to, co ma zostać powiedziane, zostanie nam dane, czasem dopiero w ostatniej chwili; aby przyjąć dane nam słowo, musimy nauczyć się sztuki milczenia. W nauce i w modlitwie uczymy się trwania w milczeniu, uważni, aby móc przyjąć od Pana to, czym się z nami dzieli: "Ja bowiem otrzymałem od Pana to, co wam przekazałem" (1 Kor 11, 23).

Trwanie w milczeniu jest dla wielu najtrudniejszą częścią formacji. Pascal pisał: "Odkryłem, że nieszczęście ludzi pochodzi od jednej tylko rzeczy: nieumiejętności pozostania w ciszy we własnym pokoju"18. W ostatecznym rachunku kaznodzieja musi kochać "przyjemność samotności", ponieważ to wtedy otrzymuje dary. Musimy przykuć się do naszych krzeseł, nie po to, by zgłębiać wiedzę, ale aby być gotowymi, czujnymi, gdyż ona przyjdzie niespodziewanie jak złodziej w nocy. Wreszcie możemy dojść do tego, że pokochamy to milczenie, będące centrum naszego dominikańskiego życia. Jest to czas otrzymywania darów, czy to na modlitwie, czy też w trakcie studium.

Wymaga to dyscypliny. "Prawdziwie Tyś Bogiem ukrytym" (Iz 45, 15). Aby dostrzec nadchodzącego Pana, potrzebujemy wyczulonych uszu, takich jak uszy myśliwego. Eckhart pyta: "Gdzie jest ten Bóg, którego poszukują wszystkie istoty i od którego otrzymują swoje istnienie i swoje życie? Bóg jest jak człowiek, który próbuje się ukryć, ale kaszle - i w ten sposób wyjawia miejsce swego ukrycia. Nikt nie może odkryć Boga, o ile on sam się nie ujawni". Ale Bóg jest obecny, dyskretnie pokasłuje, daje nieznaczne wskazówki tym, którzy trwając w milczeniu są w stanie Go usłyszeć. Później w Waszym dominikańskim życiu będzie Wam często brakowało czasu ze względu na liczne obowiązki. I już teraz musicie ustanowić sobie zwyczaj regularnej ciszy w obecności Boga i musicie tego zwyczaju przestrzegać przez całe życie. W życiu dominikanina może stanowić on o różnicy pomiędzy zwykłą egzystencja a rozkwitem.

Ludzie często przychodzą do Zakonu z prawdziwym entuzjazmem, aby dzielić się Dobrą Nowiną Jezusa Chrystusa. Możecie chcieć natychmiast wyruszyć na ulice, stanąć przy ambonie, dzielić się ze światem swoim odkryciem Ewangelii. Możecie się czuć sfrustrowani faktem, że wstąpiliście do Zakonu Kaznodziejskiego, a teraz musicie kilka lat spędzić na nudnej nauce i czytaniu drętwych książek napisanych przez nieżyjących już ludzi. Być może tęsknimy do wyruszenia na drogi i głoszenia Ewangelii lub do wyjazdu na misje.

Możemy być jak ci młodzi ludzie, o których pisał Dostojewski w Braciach Karamazow, "którzy nie rozumieją, że poświęcenie swojego życia jest w większości przypadków prawdopodobnie najłatwiejszym z poświęceń" i że poświęcenie, na przykład, pięciu czy sześciu lat z ich życia pełnego młodzieńczej werwy na ciężką i trudną naukę, chociażby po to, aby dziesięciokrotnie zwiększyć moc służenia prawdzie tak, aby móc wykonać tę wielką pracę, do której wykonania pałały ich serca - że takie poświęcenie jest prawie ponad siłę wielu z nich.

To prawda, że od samego początku znajdujemy sposoby dzielenia się Dobrą Nowiną z innymi ludźmi, ale cierpliwe uczenie się milczenia jest nieuniknione, jeżeli chcemy przekazać im coś więcej niż tylko nasz entuzjazm. Pamięć Dominika była jak "coś w rodzaju stodoły Pańskiej wypełnionej wszelkiego rodzaju zbożem"19. Potrzebujemy tych lat studiów, aby napełnić tę stodołę. Wprawdzie w Ewangelii św. Mateusza (Mt 10, 19) napisano, że nie powinniśmy martwić się o to, co mamy mówić, ale Humbert de Romanis mówił braciom będącym w trakcie formacji, że tekst ten dotyczy tylko Apostołów!20

Słowo, którym się dzielimy

Rok temu, spacerując wąskimi, bocznymi uliczkami miasta Ho Chi Minh w Wietnamie, natrafiłem na mały placyk z dominującą figurą św. Wincentego Ferreriusza. Stojąc na piedestale, wyglądał jak wzór kaznodziei, samotny mówca wyniesiony ponad tłum. Możemy pragnąć być takimi kaznodziejami, gwiazdorami będącymi przedmiotem uwagi i uwielbienia.

Słowo kaznodziei nie pochodzi od niego. Jest to słowo, które otrzymujemy nie tylko w milczeniu modlitwy i nauki, ale również od siebie nawzajem. Tak więc wspólnota kaznodziejów powinnna być miejscem, gdzie możemy dzielić się naszymi najgłębszymi przekonaniami, tak jak Maria Magdalena podzieliła się z braćmi swoją wiarą w zmartwychwstałego Pana. W gronie Rady Generalnej zbieramy się w każdą środę, aby wspólnie czytać Ewangelię. Nasze kazania są owocem wspólnej refleksji. Współczesne koncepcje praw autorskich mogą spowodować, że będziemy zachłanni w stosunku do naszych pomysłów; możemy uważać, że każdy brat, który z nich korzysta, okrada nas. Ale to bogaci mocno wierzą w własność prywatną. My dzielimy się tym, co otrzymaliśmy - i jako bracia zakonu żebraczego nie powinniśmy wstydzić się wyżebrać od kogoś jakąś myśl. Nasza formacja powinna nas przygotować do głoszenia wspólnego, we wspólnej misji. Jezus rozsyłał uczniów po dwóch. Chęć zawłaszczenia misji apostolskiej i zazdrosnego strzeżenia jej przed innymi braćmi jest kusząca.

To moja odpowiedzialność, moja troska, moja chwała. Jeżeli tak będę postępował, to być może wszystkim, co będę głosił, będę ja sam. Humbert de Romanis ostrzega nas przed ludźmi, "którzy zdają sobie sprawę z faktu, że kaznodziejstwo jest szczególnie wspaniałym zajęciem i zajmują się tym, ponieważ chcą być ważni"21. Jeżeli ulegniemy tej pokusie, to możemy zacząć myśleć, że to my jesteśmy tą dobrą nowiną, na którą wszyscy oczekują. Największą frajdę sprawiało mi nauczanie, gdy wykładałem dogmatykę na Oksfordzie wspólnie z dwoma innymi braćmi. Przygotowaliśmy razem program kursu i chodziliśmy nawzajem na swoje wykłady. Próbowaliśmy uczyć studentów poprzez wprowadzanie ich w nasze dyskusje. Zamiast być pasywnymi odbiorcami pewnej wiedzy, poprzez wejście w naszą rozmowę, mieli możliwość odkrycia swojego zdania. Każdy z braci mówi w imieniu całej wspólnoty. Najbardziej znany tego przykład miał miejsce w początkach podboju obu Ameryki, kiedy Antonio Montesino piętnował krzywdy zadawane Indianom, a władze miasta udały się na skargę do przeora. Przeor odpowiedział, że gdy Antonio zabierał głos, to wypowiadała się cała wspólnota.

To wszystko sprzeciwia się ziarnu indywidualizmu, który jest charakterystyczny zarówno dla czasów współczesnych, jak i często dla nas, dominikanów. I rzeczywiście, często indywidualizm jest, z pewną dozą dumy, uważany za cechę typowo dominikańską. To fakt, że nasza tradycja szanuje wolność i indywidualne dary każdego z braci. Dzięki Bogu. Planowanie wspólnych przedsięwzięć w Zakonie może być koszmarem. Ale jesteśmy braćmi kaznodziejami i najwięksi z naszych braci, choć często przedstawiani są w pojedynkę, zwykle pracowali razem z innymi: Fra Angelico nie był samotnym artysta, ale przekazywał braciom swoje umiejętności; św. Katarzyna była otoczona przez braci i siostry; Bartolomeo de Las Casas współpracował ze swymi braćmi w Salamance na rzecz praw Indian. Congar i Chenu rozkwitli jako członkowie wspólnoty teologów. Nawet św. Tomasz potrzebował grupy braci do zapisywania jego słów.

Tak więc nasza formacja powinna uwolnić nas od ograniczających skutków współczesnego indywidualizmu i ukształtować nas jako braci kaznodziejów. W naszym głoszeniu będziemy naprawdę o wiele bardziej osobiści i mocni, gdy odważymy się to zrobić. W częściach świata, które zostały w większym stopniu dotknięte tym indywidualizmem, może to być największym wyzwaniem dla Waszego pokolenia: wypracować i wprowadzić w Życie nowe sposoby wspólnego głoszenia Ewangelii. Możecie tego dokonać. W trakcie formacji jest wielu młodych: jeden na sześciu braci, a w bieżącym roku ponad tysiąc nowicjuszek u mniszek i sióstr. Razem możecie dokonać więcej, niż teraz jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.


Zakończenie

W 1217 roku, wkrótce po założeniu Zakonu, św. Dominik rozesłał swoich braci, ponieważ przechowywane ziarno gnije. Wysłał ich w drogę bez pieniędzy, jak Apostołów. Ale jeden z braci, Jan z Navarry, odmówił wyjazdu do Paryża, jeśli nie dostanie kieszonkowego. Kłócili się o to, a w końcu Dominik poddał się i coś mu dał. Ten incydent zgorszył niektórych braci, ale być może dobrze obrazuje naszą formację. Nie sugeruję, że Wasi magistrzy powinni spełniać każde Wasze życzenie, ale że nasza formacja powinna być zarówno wymagająca, jak i współczująca, idealistyczna, lecz również realistyczna. Dominik zaprasza Jana, aby był pełen zaufania, nie z arogancką pewnością siebie, ale zaufania do Pana, który zatroszczy się o niego w trakcie podróży, i do braci, którzy go wysyłają. Kiedy widzi, że Jan jeszcze nie zaszedł tak daleko, okazuje mu miłosierdzie.

Modlę się, aby Wasza formacja pomogła Wam wzrastać w zaufaniu i radości Dominika. Zakon potrzebuje odważnych i radosnych młodych mężczyzn i kobiet, którzy pomogą nam zakładać klasztory Zakonu w nowych miejscach, odnawiać je w innych i rozwijać nowe sposoby głoszenia Ewangelii. Czasami tak, jak w przypadku brata Jana, Wasze zaufanie będzie słabło. Możecie wątpić, czy macie wystarczająco dużo sił, aby wyruszyć w drogę, albo czy też w ogóle warto w nią wyruszać. Oby takie okresy ciemności i niepewności prowadziły do Waszego wzrostu jako chrześcijan, kaznodziejów, braci i sióstr. Gdy czujecie się zagubieni i niepewni, obyście usłyszeli głos, nieoczekiwanie bliski, mówiący: Kogo szukasz?


fr. Timothy Radcliffe OP
generał Zakonu




1 M. Walshe, Meister Eckhart, Vol 1 London, s. 46-47

2 Simon Tugwell, "Dominican Spirituality" w: Compendium of Spirituality, wyd. E De Cea OP, New York 1996, s. 144

3 Simon Tugwell, op. cit., s. 144

4 Encounter with Martin Buber, Aubrey Hodes, London 1972, s. 217

5 Theodore Zeldon, An Intimate History of Humanity, London 1994, s. 49

6 Les idees heureuses, Paris 1996, s. 24. "It is in the passage from virtuality to virtuosity"

7 Bologna Canonization Process 26

8 Rowan Williams, Open to Judgement, London 1994, s. 248

9 Obietnica życia, 2.4

10 List do Stefano di Codiponte, 22 maja 1492

11 Tugwell, op. cit., s. 145

12 Mary O Driscoll OP, Catherine of Siena: Passion for the truth, Compassion for Humanity, New City 1993, s. 48

13 Gerald de Frachet, 82

14 Świadectwo brata Stefana z Hiszpanii na procesie kanonizacyjnym św. Dominika

15 Mary O Driscoll OP, op. cit., s. 48

16 W angielskim tekście listu Generał przytoczył powiedzenie najpierw po polsku (!), a następnie przetłumaczył je na angielski (przyp. red.)

17 Wybaczcie ten kiepski dowcip i sprawdźcie etymologię słowa "cynik".

18 Myśli, nr 205

19 Jordan z Saksonii, Libellus 7

20 "Treatise on the Formation of Preachers" w: Early Dominicans: Selected Writings, tł. Simon Tugwell OP, s. 205

21 Early Dominicans, op.cit., s. 236