MODLITWA JUBILEUSZOWA
na 800-lecie Zakonu


Boże, Ojcze miłosierdzia,
który powołałeś św. Dominika
na pełnego wiary
wędrownego kaznodzieję
i głosiciela łaski;
wylej na nas
Ducha Chrystusa Zmartwychwstałego,
abyśmy przygotowując się
do Jubileuszu Zakonu,
wiernie i z radością głosili
Ewangelię pokoju.

Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.
Misja Rodziny Dominikańskiej
Wielbić - błogosławić - głosić
Misja Rodziny Dominikańskiej


List generała Zakonu na spotkanie Rodziny Dominikańskiej w Manili w 2000 r.

Kiedy zostałem poproszony, aby zwrócić się do tego zgromadzenia Rodziny Dominikańskiej, byłem niezwykle podekscytowany. Jestem przekonany, że jeżeli możemy dojść do wspólnego dzielenia się Ewangelią, będziemy w stanie odnowić cały Zakon. Czułem się jednocześnie bardzo niezręcznie. Kimże jestem, aby wyrażać wizję takiej wspólnej misji? W jaki sposób każdy zakonnik, siostra, mniszka czy świecki dominikanin może to robić? Tak więc razem, słuchając się nawzajem, musimy odkryć tę nową wizję - i po to właśnie znaleźliśmy się tutaj w Manili. Pomyślałem więc, że to, co powinienem zrobić, to wsłuchać się w Słowo Boże. Każde głoszenie zaczyna się od wsłuchania się w Ewangelię. Skoro więc jesteśmy głosicielami zmartwychwstania, wybrałem tekst, który dotyczy zmartwychwstałego Chrystusa, zjawiającego się wśród uczniów w Ewangelii Jana.

Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam, gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: "Pokój wam!" A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: "Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam". Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: "Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane" (J 20, 19-23).

Ta scena z uczniami wydaje się być bardzo oddalona od naszego spotkania Rodziny Dominikańskiej. Tam mamy niewielką grupę uczniów zamkniętych w pokoju na górze, nie mających odwagi wyjść, ponieważ się boją. A tutaj jesteśmy my, dziewięć tysięcy kilometrów stamtąd i dwa tysiące lat później, w tej wielkiej sali konferencyjnej. Oni byli niewielką grupą Żydów, a my na tym zgromadzeniu jesteśmy stu sześćdziesięcioosobową grupą z pięćdziesięciu ośmiu narodów z naszymi braćmi i siostrami z Rodziny Dominikańskiej na Filipinach. Oni nie odważyli się wyjść z pokoju, a my zebraliśmy się tutaj z całego świata.

A jednak pomimo wszystko jesteśmy tacy jak oni. Ich historia jest naszą historią. My też jesteśmy zamknięci w naszych własnych, niewielkich pomieszczeniach; my też mamy nasze lęki, które trzymają nas na uwięzi. Zmartwychwstały Chrystus przychodzi także do nas, aby otworzyć drzwi i posłać nas w drogę. My też odkrywamy, kim jesteśmy jako Rodzina Dominikańska i jaka jest nasza misja. Nie przez wpatrywanie się w siebie nawzajem, ale przez spotkanie ze Zmartwychwstałym Panem. Także do nas mówi więc: "Pokój wam!" i wysyła nas, aby głosić wybaczenie i pojednanie. Dlatego też chcę zadumać się nad tą historią i odkryć, czego uczy nas o wspólnej misji. Porównanie odnowienia Rodziny Dominikańskiej z powstaniem z martwych może wydawać się absurdalne, ale dla chrześcijan każde nowe życie jest zawsze udziałem w tym właśnie zwycięstwie. Paweł wzywa nas do umierania i zmartwychwstawania z Chrystusem każdego dnia. Tak więc najmniejsze porażki i zwycięstwa są kształtowane przez owe trzy dni: od Wielkiego Piątku do Niedzieli Zmartwychwstania.


Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam, gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami...

Tak więc uczniowie są zamknięci w pokoju na górze. Jest to czas oczekiwania pomiędzy dwiema formami życia. Kobiety twierdzą, że spotkały zmartwychwstałego Pana, ale uczniowie jeszcze Go nie widzieli. Jak zwykle mężczyźni są nieco z tyłu. Widzieli tylko pusty grób, ale co to znaczy? Ich stare życie z Jezusem skończyło się wtedy, kiedy poszli z Nim do Jeruzalem, słuchali Jego przypowieści i dzielili z Nim życie. Ale nowe życie po zmartwychwstaniu jeszcze się nie zaczęło. Słyszeli już, że Jezus zmartwychwstał, ale nie widzieli Go jeszcze twarzą w twarz. Tak więc czekają albo wracają do tego, co robili wcześniej, do łowienia ryb. I to jest moment przejścia.

W pewien sposób Rodzina Dominikańska przeżywa taki właśnie moment. Od początku Dominik zebrał razem rodzinę głosicieli, mężczyzn i kobiety, świeckich i duchownych, kontemplatyków i głosicieli, którzy poszli w drogę. W Santa Sabina znajdują się wczesne inskrypcje, które wspominają Rodzinę Dominikańską. Zawsze była ona częścią tego, czym sami jesteśmy. A teraz twierdzimy, że dzieje się coś nowego. Na całym świecie siostry i świeccy dominikanie rozpoznają swoją tożsamość jako głosiciele. Kiedy czytamy akta Kapituł Generalnych Braci, mówi się nam, że jest to nowy moment naszej historii. Głosimy, że wszyscy członkowie Rodziny Dominikańskiej są równi i dzielą wspólną misję. Mamy wiele pięknych dokumentów. Ale niektórzy z nas są właśnie tacy, jak uczniowie. Jak do tej pory nie widzieliśmy wiele dowodów na zmianę. Większość rzeczy wydaje się biec tak jak poprzednio. Słuchamy cudownych opowiadań o nowej współpracy, ale zazwyczaj wydaje się ona wydarzać gdzieś indziej, a nie tam, gdzie sami jesteśmy! Tak więc jesteśmy jak uczniowie w pokoju na górze: wyczekujący, pełni nadziei, ale niepewni.

W chwili obecnej jest to część doświadczenia całego Kościoła. Mamy wspaniałe dokumenty II Soboru Watykańskiego, głoszącego godność powołania świeckich. Mamy dokumenty o miejscu kobiety w życiu i misji Kościoła. Mamy nową wizję Kościoła jako pielgrzymującego Ludu Bożego. Ale czasami czujemy, że nic się w gruncie rzeczy nie zmieniło. Faktycznie, Kościół wydaje się czasami nawet bardziej klerykalny niż poprzednio. Tak więc dla wielu katolików jest to czas mieszanych uczuć: nadziei i rozczarowania, odnowy i frustracji, radości i gniewu.

A potem przychodzi lęk. Uczniowie pozostają zamknięci przez lęk w swoim pokoju na górze. A czego my się boimy? Jakie lęki trzymają nas zamkniętymi wewnątrz jakichś niewielkich przestrzeni, niechętnych, aby próbować zrobić coś nowego? Musimy odważyć się zobaczyć te lęki, które zamykają nas wewnątrz i powstrzymują nas przed całkowitym rzuceniem się w misję Rodziny Dominikańskiej. Być może boimy się utraty szacownej tradycji naszego Zakonu i naszego Założyciela, jego unikalnej historii i dziejów. Być może boimy się, że rozpoczniemy coś nowego i nie podołamy. Czasami bracia obawiają się współpracy z kobietami, nawet z siostrami! Bezpieczniej jest po prostu kontynuować to, co zawsze robiliśmy. Chodźmy więc łowić ryby.


Przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: "Pokój wam!" Pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.

To właśnie widok poranionego Chrystusa uwalnia uczniów od lęku i daje im radość. To poraniony Chrystus przekształca ich w głosicieli.

Nie można zostać głosicielem, nie będąc zranionym. Słowo stało się Ciałem i zostało zranione i zabite. Był bezsilny w obliczu siły tego świata, odważył się wystawić na to, co chcieli Mu zrobić. Jeżeli więc jesteśmy głosicielami tego samego Słowa, także zostaniemy zranieni. W centrum głoszenia św. Katarzyny znajduje się wizja zranionego Chrystusa, w którego ranach ona dostępuje udziału. My możemy cierpieć tylko niewielkie zranienia bycia wyśmianym albo nie potraktowanym poważnie. Możemy być torturowani, jak nasz brat Tito de Alencar w Brazylii, albo zamordowani jak Pierre Claverie w Algierii czy Joaquin Bernardo w Albanii, albo nasze cztery siostry w Zimbabwe w latach siedemdziesiątych. Wizja zranionego, ale wciąż żyjącego Chrystusa może uwolnić nas od lęku przed zranieniem. Możemy podjąć to ryzyko, ponieważ cierpienie i śmierć nie odnoszą zwycięstwa.

Kiedy widzimy tego cierpiącego Chrystusa, stajemy przed faktem, że już jesteśmy zranieni. Być może zostaliśmy zranieni przez nasze dzieciństwo, przez wzrastanie w rodzinach dysfunkcyjnych albo przez nasze doświadczenie życia religijnego, przez nieudane próby miłości, przez ideologiczne konflikty wewnątrz Kościoła, przez grzech. Każdy z nas jest zranionym głosicielem, ale Dobra Nowina dla nas jest taka, że jesteśmy głosicielami, ponieważ jesteśmy zranieni. Gerald Vann, angielski dominikanin, był jednym z najsłynniejszych pisarzy duchowości w angielskojęzycznym świecie od czasów drugiej wojny światowej. Walczył z alkoholizmem i depresją przez całe swoje życie. Właśnie dlatego miał coś do powiedzenia. Dysponujemy słowami nadziei i miłosierdzia, ponieważ sami ich potrzebujemy. Na półce mam książkę napisaną przez starego francuskiego dominikanina zatytułowaną Les Cicatrices (Blizny). W książce tej opowiada, jak przyszedł do Chrystusa przez zranienie swojego życia. Kiedy mi ją dawał, napisał dedykację, mówiącą: "Dla Tymoteusza, który wie, że blizny mogą stać się drzwiami ku słońcu”. Każda rana, którą mamy, może stać się drzwiami ku wschodzącemu słońcu. Obawiam się, że będziecie musieli poczekać na moje memoirs!

Najbardziej pełna bólu rzecz dla uczniów polega na tym, iż patrząc na Jezusa, patrzą na Tego, którego zranili. Wyparli się Go, opuścili Go, uciekli. Zranili Go. Jezus nie oskarża ich, pokazuje im jedynie swoje rany. Musimy stanąć przed faktem, że my także zraniliśmy się nawzajem. Tak często widziałem braci raniących innych członków Rodziny Dominikańskiej przypadkowo, przez protekcjonalne słowo, przez złe traktowanie kobiet albo świeckich jako nam nierównych. Ale to nie tylko bracia. My wszyscy mamy władzę, aby ranić: władzę, aby wypowiadać słowa, które ranią, władzę księży nad świeckimi, mężczyzn nad kobietami i kobiet nad mężczyznami, duchownych nad świeckimi, przełożonych nad członkami ich wspólnot, bogatych nad biednymi, pewnych siebie nad lękliwymi.

Możemy odważyć się dostrzec rany, które zadaliśmy i których doznaliśmy, a wciąż jednak możemy radować się, ponieważ Chrystus powstał z martwych. Możemy kuśtykać na jedną nogę, ale to Pan czyni nas szczęśliwymi. Taka była radość Dominika i nie ma bez tego głoszenia Dobrej Nowiny. Na początku tego roku ekipa francuskiej telewizji przyjechała na kilka dni do Santa Sabina, aby nakręcić program. Na końcu reżyser powiedział do mnie: "To bardzo dziwne. W waszej wspólnocie mówicie o poważnych rzeczach, a mimo to wciąż się śmiejecie". Jesteśmy radosnymi, zranionymi głosicielami.


A Jezus znowu rzekł do nich: "Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak Ja was posyłam".

Jezus posyła uczniów poza bezpieczeństwo zamkniętego pokoju. Posłanie to jest początkiem głoszenia. Być głosicielem oznacza bycie posłanym przez Boga, ale nie wszyscy są posłani w ten sam sposób. Dla sióstr i braci będzie to często oznaczać literalne posłanie na inne miejsce. Moi bracia wysłali mnie do Rzymu. Moją nadzieją jest, że wraz z rozwojem wolontariatu będziemy widzieć świeckich posyłanych do innych części świata, aby uczestniczyć w naszym głoszeniu, Boliwijczyków na Filipinach, Filipińczyków we Francji. Dla wielu z nas bycie posłanym oznacza bycie gotowym do spakowania bagaży i odejścia. Pamiętam, jak jeden stary zakonnik powiedział mi, że żaden brat nie powinien posiadać więcej, niż może unieść w swoich dwóch rękach. Jak wielu z nas mogłoby to zrobić?

Ale dla wielu członków Rodziny Dominikańskiej bycie posłanym nie oznacza przeprowadzki. Siostry są członkami wspólnot klauzurowych i to właśnie tam zazwyczaj pozostają przez całe swe życie. Wielu świeckich dominikanów żyje w małżeństwie albo posiada pracę, co oznacza, że nie mogą tak po prostu wstać i pójść. Tak więc bycie posłanym oznacza więcej niż fizyczną mobilność. Oznacza bycie od Boga. I takie jest nasze bycie. Jezus jest "Tym, który jest posłany" (Hbr 3, 1). On jest posłany od Ojca, ale nie oznacza to, że Jezus zostawił niebo i przyszedł do innego miejsca zwanego ziemią. Cała Jego istota wyraża się w pochodzeniu od Ojca. Będąc posłanym jest Tym, Który Jest, teraz i na wieki!

Bycie głosicielem oznacza, że każdy z nas jest posłany przez Boga do tych, których spotykamy. Żona jest posłana do męża, a mąż do żony. Każde jest Słowem Bożym skierowanym do tego drugiego. Mniszka może nie być w stanie opuścić klauzury, ale jest w równej mierze posłana jak każdy z braci. Jest posłana do swoich sióstr i cały klasztor jest Słowem Bożym skierowanym do nas. Czasami przyjmujemy naszą misję przez pozostanie tam, gdzie jesteśmy i bycie słowem życia właśnie tam.

Jedna z moich ulubionych fraternii świeckich znajduje się w więzieniu Norfolk, w Massachusetts, w Stanach Zjednoczonych. Członkowie tej fraterni nigdzie nie mogą wyjść. Gdyby spróbowali, zostaliby zatrzymani siłą. Ale są oni głosicielami w tym więzieniu, posłanymi, aby być słowem nadziei w miejscu cierpienia. Są oni posłani jako głosiciele do miejsca, do którego większość z nas nie może się udać.

Ale Jezus nie tylko wysyła uczniów z zamkniętego pokoju, łączy ich także we wspólnotę. Wysyła ich na krańce ziemi i daje im przykazanie, aby byli jedno, tak jak On i Ojciec stanowią jedno. Są więc zgromadzeni we wspólnotę i rozesłani z misją. Jestem przekonany, iż paradoks ten jest centralnym dla życia dominikańskiego. Kiedy Dominik otrzymał bullę zatwierdzającą Zakon, wrócił do swojej niewielkiej wspólnoty w Tuluzie i rozesłał braci. Wspólnota ledwie co została uformowana, a już dokonał się jej podział. Nie wszyscy bracia pragnęli pójść, ale Dominik nalegał.

Dla Dominika Zakon rozprasza braci i gromadzi ich razem. Jesteśmy posłani, aby głosić, ale jesteśmy jednym, ponieważ głosimy jedno Królestwo, do którego powołani są wszyscy ludzie. Jak pisze Paweł, głosimy, że "jedno jest Ciało i jeden Duch, bo też zostaliście wezwani do jednej nadziei, jaką daje wasze powołanie. Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich...” (Ef 4, 4n). Nie możemy głosić Królestwa i być podzielonymi. Oto dlaczego zawsze walczyliśmy, aby nie podzielić się na oddzielne Zakony, mimo iż czasami wisieliśmy trzymając się jedynie rękoma!

Tak więc dla braci od początku stanowiło to sedno naszego życia: bycie posłanym i zebranym powtórnie w jedności. Takie jest oddychanie naszego Zakonu. A geniuszem Dominika było danie temu procesowi oddychania mocnych płuc, które stanowi nasza demokratyczna forma rządzenia. Rządzenie nie jest li tylko formą administracji. Ucieleśnia ono duchowość naszej misji. To właśnie te płuca wydychają nas na misję, aby wciągnąć nas z powrotem do wspólnoty. W początkowych wiekach kapituła generalna odbywała się każdego roku. Każdego roku bracia zebrani w Bolonii albo w Paryżu wyruszali w nowe misje. Niektórzy bracia przez cały rok byli w drodze, wędrując do Bolonii albo Paryża, aby spotkać się w trakcie kapituły, a potem wyruszyć do nowych miejsc misyjnych, takich jak Anglia!

Rodzina dominikańska ma różne sposoby na bycie posłanym. Jak więc możemy być jednym? Jaką formę przybierze nasza komunia? Co stanowi nasze płuca, które wydychają nas i wciągają razem z powrotem? Jesteśmy dopiero u początku refleksji na ten temat. Klasztory sióstr czują się głęboko związane z Zakonem, a mimo to każdy klasztor ma swoją własną, cenną autonomię. Dla wielu gałęzi naszej Rodziny jedność nigdy nie była tak ważna. Wiele kongregacji sióstr zaistniało dzięki procesowi rozdzielenia przez podział zbliżony do komórkowego. Jurysdykcyjna jedność nie była ważna dla naszych sióstr. W ramach Międzynarodowej Kongregacji Sióstr Dominikańskich (Dominican Sisters International) siostry znajdują się u początku odkrywania tego, jak sto sześćdziesiąt kongregacji może współpracować razem i odnaleźć jedność. Jak dotąd nie istnieje światowa struktura, która łączyłaby razem dominikanów świeckich.

Jestem przekonany, iż musimy rozpocząć od odnajdywania jedności w misji. Jesteśmy posłani razem, aby głosić Królestwo, w którym cała ludzkość jest pojednana. Nasza wzajemna jedność będzie odkrywana, kiedy będziemy razem szli. Będziemy potrzebować nowych struktur w tworzeniu wspólnej misji. Wydaje się, że już zaczęły się one pojawiać. Kapituła Generalna w Bolonii dwa lata temu zachęciła żyjącą na tym samym terenie Rodzinę Dominikańską, aby spotkała się i planowała wspólną misję. W Mexico City albo w Paryżu, na przykład, cała rodzina może się spotkać, by zadecydować, jaka jest tam nasza wspólna misja. Na poziomie spotkań międzynarodowych Rada Generalna braci spotyka się regularnie ze współpracującym z nią ciałem DSI (Międzynarodowej Kongregacji Sióstr Dominikańskich), aby dzielić razem troski. Kiedy zakładamy Zakon w nowych miejscach, powinniśmy od początku próbować planować naszą nową obecność jako inicjatywę całej Rodziny Dominikańskiej.

Na tym spotkaniu naszym celem nie jest ustanowienie nowej struktury prawnej. Nie mamy ku temu władzy. W przyszłości wspólnie możemy odkryć, jakie struktury najlepiej służą jedności. Dzisiaj mamy daleko bardziej fundamentalne i ważne zadanie: odkrycia wspólnej wizji takiej misji. Taki jest pierwszy krok ku jedności. Powróćmy do pojawienia się Zmartwychwstałego Chrystusa i zobaczmy, jaką wizję misji tam odnajdziemy.


Jezus rzekł do swoich uczniów: "I Ja was posyłam!"

Jezus daje uczniom autorytet nauczania. Głosiciel nie tylko przekazuje informację. Nauczamy jak ci, którzy mają ku temu prawo. Jeśli wszyscy potwierdzamy swoją tożsamość głosicieli, to musimy uznać nasz wzajemny autorytet w głoszeniu Ewangelii. Przede wszystkim wszyscy mamy prawo do głoszenia, ponieważ zostaliśmy ochrzczeni. Takie jest wyraźne nauczanie Kościoła w Evangelii nuntiandi, Redemptoris missio i Christifideles laici. Zostaliśmy ochrzczeni w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa - i to właśnie musimy głosić. Każdy z nas ma także wyjątkowe prawo, wynikające z tego, kim jesteśmy, oraz z darów nam udzielonych. Każdy z nas ma do głoszenia słowo, które nie zostało dane nikomu innemu. Bóg jest w naszym życiu, czy to w małżeństwie, czy życiu samotnym, czy to jako rodzice, czy jako dzieci. To właśnie z tego ludzkiego doświadczenia miłości, jego tryumfów i porażek wypływa słowo głoszenia Boga, który jest miłością. Prawo to wypływa także z naszych umiejętności i wiedzy. Jesteśmy politykami i lekarzami, kucharzami i stolarzami; jesteśmy nauczycielami i kierowcami taksówek, prawnikami i ekonomistami. Kiedyś byłem na spotkaniu w Goias w Brazylii z członkami Rodziny Dominikańskiej, którzy są prawnikami. Cieszą się oni szczególnym autorytetem jako prawnicy, co pozwala im łatwiej wyrażać zagadnienia dotyczące sprawiedliwości i pokoju na kontynencie.

Ostatecznie prawo naszego głoszenia wynika z prawdy, Veritas. To jest prawda, dla której wszystkie ludzkie istoty zostały uczynione i którą instynktownie rozpoznają. Kiedy brat Luis Munio de Zamora zaproponował pierwszą regułę dla dominikańskich fraterni w XIV wieku, nie zaprosił ich tylko jako penitentów, jak to było w ówczesnej tradycji. Chciał, aby byli ludźmi prawdy: "prawdziwymi synami Dominika w Panu, napełnionymi w zupełności mocnym i gorliwym żarem dla katolickiej prawdy w sposób przystający do ich sposobu życia". Prawdą pozostaje, iż musimy szukać razem w miejscach, takich jak Instytut św. Tomasza w St. Louis w Stanach Zjednoczonych, gdzie świeccy dominikanie razem z siostrami i braćmi wspólnie studiują i nauczają. Poszukiwanie może być bolesne. Może zaprowadzić nas do tego, że będziemy niezrozumiani, a nawet potępieni, jak nasz brat Marie-Joseph Lagrange. Ale to dodaje naszym słowom mocy i odpowiada na najgłębsze ludzkie pragnienie.

Siostra Christine Mwale z Zimbabwe mówiła tutaj o kuchni, wokół której koncentruje się afrykańska rodzina. Przygotowywanie posiłków opiera się na trzech podstawach, które porównała do trzech form władzy w ramach Rodziny Dominikańskiej: władzy, jaką posiadamy jako jednostki, delegowanej władzy starszych i autorytetu grupy. Jeśli naprawdę mamy być rodziną głosicieli, to musimy uznać władzę każdego z nas. Muszę być otwarty na autorytet siostry, ponieważ mówi ona z prawdy swojego doświadczenia jako kobieta, a być może także jako nauczyciel albo teolog. Muszę uznać autorytet świeckiego dominikanina, który wie więcej niż ja o tak wielu rzeczach: być może o małżeństwie, o jakiejś dyscyplinie naukowej czy umiejętności. Jeśli nawzajem uznamy swoje autorytety, wtedy prawdziwie staniemy się rodziną głosicieli. Wspólnie możemy posiadać autorytet, którego żaden z nas nie miałby pojedynczo. Musimy odnaleźć wspólnie nasz głos.

Dla wielu dominikanów odkrycie, iż wszyscy mamy władzę głoszenia, stało się pobudzające i wyzwalające. A wyłączenie niewyświęconych z głoszenia po Ewangelii w czasie Mszy św. stało się głęboko raniące dla wielu. Jest to doświadczane jako zaprzeczenie naszej pełnej tożsamości jako głosicieli.

To, co chcę powiedzieć, to: nie zniechęcajcie się. Przyjmijcie każdą okazję do głoszenia. Wspólnie stwórzmy nowe możliwości. Niezależnie od tego, czy zgadzamy się, czy nie zgadzamy z tym postanowieniem, nie od nas zależy jego rozwiązanie. Głoszenie z ambony zawsze było tylko niewielką częścią naszego głoszenia. W rzeczywistości można pokazywać, iż Dominik chciał kontynuować głoszenie Ewangelii poza granicami wyznaczonymi przez mury kościoła, na ulicy. Pragnął zanieść słowo Boże tam, gdzie są ludzie, gdzie żyją, studiują, spierają się i wypoczywają. Dla nas wyzwaniem staje się głoszenie w nowych miejscach: przez Internet, przez sztukę, na tysiące innych sposobów. Paradoksalne byłoby, gdybyśmy myśleli, że głoszenie z ambony jest jedynym prawdziwym sposobem głoszenia Ewangelii. Byłaby to forma fundamentalizmu idąca pod prąd kreatywności Dominika, byłoby to wycofanie się z powrotem w mury kościoła.

Wiem, że może to wyglądać jak odwrót, jako tłumaczenie pozbawienia świeckich i sióstr aktywnego głoszenia słowa w zwykłym tego słowa znaczeniu. Wyglądałoby to jakbyśmy mówili, iż nie-wyświęceni powinni zadowolić się niższą formą głoszenia. Ale tak nie jest. Zakon Kaznodziejski istnieje, aby wychodzić i dzielić Dobrą Nowinę szczególnie z tymi, którzy do nas nie przyjdą. Czynimy to na niewiarygodnie wiele sposobów: pisząc książki, występując w telewizji, odwiedzając chorych. Jakkolwiek wyłączenie z prawa do głoszenia z ambony może być raniące i nieakceptowane, nie sądzę, że stanowi to zasadniczy problem.

Wszyscy jesteśmy "jako dobrzy szafarze różnorakiej łaski Bożej" (1 P 4, 10) na wiele sposobów. Każdy z nas otrzymał gratia praedicationis, ale na inny sposób. Dominikańscy męczennicy w Wietnamie, w Chinach i Japonii w XVII w. byli mężczyznami i kobietami, świeckimi i duchownymi, z olbrzymią różnorodnością sposobów głoszenia. Św. Dominik Uy był wietnamskim świeckim dominikaninem, znanym jako "mistrz głoszenia", tak więc w sposób oczywisty głosił słowo; Piotr Ching był chińskim świeckim, który brał udział w publicznej debacie w Fogan, aby bronić prawdziwości chrześcijaństwa, dokładnie tak, jak Dominik wobec albigensów. A inni świeccy dominikanie, którzy zostali zamęczeni, byli katechistami, kupcami, naukowcami, prowadzili zajazdy.

Głosimy Słowo, które stało się ciałem, i to Słowo Boga może stać się ciałem we wszystkim tym, czym jesteśmy, a nie tylko w tym, co mówimy. Św. Franciszek z Asyżu powiedział: "Zawsze głoś Ewangelię. Jeśli to konieczne, użyj słów!" Musimy stać się żywymi słowami prawdy i nadziei. Św. Paweł pisał do Koryntian: "Wiadomo, żeście listem Chrystusowym dzięki naszemu posługiwaniu, listem napisanym nie atramentem, lecz Duchem Boga żywego; nie na kamiennych tablicach, lecz na żywych tablicach serc" (2 Kor 3, 3). W niektórych sytuacjach najbardziej efektywnym słowem może być nawet milczenie. W Japonii byłem uderzony przez to, jak mocnymi świadkami Ewangelii są tam nasze klasztory. Buddyści mogą spotkać Chrystusa znacznie mocniej pośród ciszy sióstr niż w jakichkolwiek słowach, które możemy wypowiedzieć. Myślę o koloniach trędowatych prowadzonych przez braci św. Marcina, które są ucieleśnieniem współczucia Dominika. Słowo staje się także widzialne w poezji i malarstwie, w muzyce i tańcu. Każda umiejętność daje nam możliwość głoszenia słowa. Na przykład Hillary Pepler, słynny świecki dominikanin i drukarz, napisał, że "praca drukarza, jak każda praca, powinna być wykonywana dla chwały Bożej, praca drukarza polega na powielaniu pisanego słowa, tak więc drukarz służy wypowiadającemu słowa, a wypowiadający słowa służy - czy powinien służyć - Słowu, które stało się Ciałem" (Éd. Aidan Nichols OP, Dominican Gallery, Leominister 1997).

Nie głosimy tego słowa jako rozproszone jednostki, ale jako wspólnota. Christifideles laici mówi, że z komunii z Jezusem "wynika komunia pośród chrześcijan (...), komunia jest misyjna, misja zaś służy komunii" (nr 32). Jak wszyscy wiecie, na początku wspólnota braci była znana jako sacra praedicatio, święte kaznodziejstwo. Kiedy Antonio de Montesinos głosił swoje słynne kazanie w obronie Indian na Hispanioli w 1511 r., hiszpańscy konkwistadorzy udali się z pretensjami do przeora, Pedro de Cordoby. A przeor powiedział im, że kiedy głosił Antonio, głosiła cała wspólnota. Powinniśmy być dla siebie nawzajem akuszerami, pomagającymi naszym siostrom i braciom w głoszeniu słowa, które jest im przekazane. Musimy pomagać sobie nawzajem, aby odnaleźć daną nam władzę. Razem jesteśmy żywym słowem w taki sposób, w jaki nie moglibyśmy być pojedynczo.

Ostatnio spotkałem brata ze Stanów Zjednoczonych, który miał operację na raka i stracił część języka. Musiał od nowa nauczyć się mówić. Odkrył wtedy, jak skomplikowaną rzeczą jest powiedzenie pojedynczego słowa. Potrzebujemy poszczególnych części naszego ciała, chociaż nigdy o nich nie myślimy: naszego umysłu, płuc, gardła, strun głosowych, języka, zębów i ust. Wszystkie one są konieczne, aby powiedzieć: "Pokój wam!" I jeżeli mamy to głosić światu, potrzebujemy siebie nawzajem, tak żebyśmy mogli razem formułować słowa życiem. Razem jesteśmy umysłem, płucami, ustami, zębami, strunami głosowymi, które mogą wypowiadać słowo pokoju.

Wcześniej w tym roku byłem na spotkaniu Rodziny Dominikańskiej w Bolonii. Jest tam pochowany Dominik, ale jego rodzina wciąż żyje. Jest tam grupa świeckich, którzy pracują z siostrami i braćmi w głoszeniu misji w parafiach. Jest tam inna grupa świeckich i braci, którzy kochają filozofię i którzy widzą swoją misję w konfrontowaniu intelektualnej próżni z najgłębszymi potrzebami ludzkiego życia. Głoszą - wykładając. I jest tam grupa sióstr, które prowadzą uniwersytet dla emerytów i bezrobotnych. I jest jeszcze fraternia świeckich, która mówi, że chciałaby wspierać misje innych braci modlitwą. I pomiędzy tymi dominikanami nie ma żadnej rywalizacji.

Żadna grupa nie może twierdzić, że tylko ona jest "prawdziwie dominikańska" albo że inni są "obywatelami drugiej klasy". Nie może być rywalizacji pomiędzy siostrami klauzurowymi a innymi siostrami, dotyczącej tego, kto jest bardziej dominikański. Świeckie fraternie od początku stanowią ważną część Zakonu Dominikańskiego i tak jest do dzisiaj. Prawdą jest, że jest teraz wiele nowych świeckich grup. Jak nowo narodzone dzieci mogą one potrzebować więcej troski i być w centrum szczególnej uwagi, ale w żaden sposób nie stanowią one konkurencji dla roli fraterni, które przecież zajmują centralne miejsce w życiu Zakonu. Nie może być pomiędzy nami rywalizacji. Jeżeli ma ona miejsce, to wtedy ponosimy klęskę we wcielaniu Ewangelii w życie.


Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: "Weźmijcie Ducha Świętego!"

Jezus tchnął na uczniów. Przypomina to opis stworzenia człowieka, kiedy Bóg tchnął w Adama i uczynił go żywą istotą. Jezus tchnie na uczniów po to, by mogli w pełni żyć. Stanowi to dopełnienie stworzenia. Piotr mówi do Jezusa: "Ty masz słowa życia wiecznego" (J 6, 68). Celem głoszenia nie jest przekazywanie informacji, ale życia. Pan mówi do Ezechiela: "Wyschłe kości, słuchajcie słowa Pana! Oto Ja wam daję ducha (tchnienie) po to, abyście się stały żywe" (Ez 37, 4-5). My, głosiciele, powinniśmy wypowiadać słowa, które ożywiają wyschłe kości!

Musimy uczciwie przyznać, że większość głoszenia jest po prostu niezmiernie nudna i bardziej pobudza do snu niż do przebudzenia. No, przynajmniej pobudza ku modlitwie. Po dziesięciu minutach dyskretnie patrzymy na zegarki i modlimy się za kaznodzieję, aby przestał. Kolumbijscy dominikanie mówią: "Pięć minut dla ludzi, pięć minut dla ścian, co ponadto - dla diabła". Nawet Pawłowi, największemu z głosicieli, udało się uśpić Eutycha, tak że spadł z okna i niemal umarł! Ale Bóg czasami daje nam łaskę wypowiadania słów, które dają życie.

Spotkałem tu na Filipinach kobietę, która nazywa się Clarentina. Zaraziła się trądem, kiedy miała czternaście lat i całe swoje życie spędziła w leprozoriach, mieszkając z braćmi świętego Marcina. Z trudem odważyła się opuścić te miejsca, w których była akceptowana i przyjmowana. Teraz, chociaż ma już prawie sześćdziesiąt lat, odkryła swoje powołanie jako głosiciel. Znalazła w sobie odwagę, aby opuścić swój zamknięty "pokój na górze", aby wyjść i odwiedzić leprozorium, by zachęcić będących tam ludzi do odnalezienia wolności. Przemawia ona teraz na konferencjach i do agencji rządowych. Odnalazła swoje miejsce i powołanie. Właśnie to znaczy głoszenie słowa życia.

Dla nas jako głosicieli wszystkie słowa mają znaczenie. Wszystkie nasze słowa mogą innym ludziom dać życie albo śmierć. Powołaniem wszystkich członków Rodziny Dominikańskiej jest przekazywanie słów, które dają życie. Przez cały dzień przekazujemy sobie nawzajem słowa; żartujemy, droczymy się, wymieniamy informacje, plotkujemy, powtarzamy wiadomości i mówimy o ludziach, których nie ma w pobliżu. Czy słowa te przekazują życie czy śmierć, uzdrawiają czy ranią? Jeden z wirusów komputerowych został wysłany z tego miasta, z Manili, na początku tego roku. Był on ukryty w wiadomości zatytułowanej "I love you". Ale gdyby ta wiadomość została otwarta, wszystkie pliki komputerowe zostałyby zniszczone. Czasami nasze słowa działają podobnie. Możemy sprawiać wrażenie, iż jesteśmy po prostu prawdomówni, po prostu uczciwi, "mówię to tylko dla twojego własnego dobra, mój drogi”, jednocześnie wysiewając truciznę.

Jedno z haseł naszego Zakonu brzmi: laudare, benedicere, praedicare - czyli chwalić, błogosławić, głosić. Stawanie się głosicielem jest czymś więcej niż uczeniem się mówienia o Bogu. Jest odkrywaniem sztuki wychwalania i błogosławienia wszystkiego tego, co dobre. Nie ma głoszenia bez celebrowania. Nie możemy głosić, jeżeli nie celebrujemy i nie chwalimy dobroci tego, co uczynił Bóg. Czasami głosiciel musi, tak jak Las Casas, skonfrontować się i ujawnić niesprawiedliwość, ale tylko po to, aby życie mogło zwyciężyć nad śmiercią, zmartwychwstanie nad grobem i pochwała nad oskarżeniem.

Tak więc możemy wzrastać jako rodzina głosicieli tylko jeśli nawzajem umocnimy się i przekażemy sobie życie. Musimy tchnąć Boży oddech na każdego z nas, tak jak Jezus tchnął na uczniów. Święta Katarzyna ze Sieny była głosicielem nie tylko przez to, co powiedziała i napisała, ale przez to, że dodawała innym sił. Kiedy papież zniechęcał się, ona wzmacniała jego odwagę. Kiedy jej ukochany Rajmund z Kapui, generał Zakonu, bał się, ona zachęcała go do działania. Wszyscy generałowie zakonu potrzebują tego czasami! Kiedy jeden z przestępców został skazany na śmierć, pomogła mu stawić czoła egzekucji. Powiedziała mu: "Odwagi, drogi bracie, wkrótce razem będziemy na uczcie weselnej... Nigdy tego nie zapomnij. Będę na ciebie czekać na miejscu egzekucji" (L. 273; DT XXXI)

Rodzina dominikańska w Brazylii ustanowiła coś, co nazywa się "dominikańskim mutirao". Mutirao znaczy "pracując razem". Każdego roku niewielka grupa braci, sióstr i świeckich udaje się do ludzi walczących o życie i sprawiedliwość, szczególnie do tych, którzy są biedni i zapomniani. Idą tam tylko po to, żeby z nimi być, żeby okazać wsparcie, żeby usłyszeć, jak żyją, żeby pokazać, że ktoś o nich pamięta. Potrzebujemy tego, jeśli mamy być mocni.

Większość z nas uczy się być mocnymi i bycia ludźmi w naszych rodzinach. Nasi rodzice i rodzeństwo, ciotki, wujkowie i kuzyni uczą nas, jak rozmawiać i słuchać, jak bawić się i śmiać, jak chodzić i wstawać, kiedy upadniemy. Nie można się nauczyć bycia człowiekiem samemu. Być może dlatego zawsze myślimy o Zakonie jako o rodzinie, z siostrami i ze świeckimi, i z braćmi. Dominik był w pełni człowiekiem i głosił Boga obejmującego nasze człowieczeństwo. Potrzebujemy naszej Rodziny Dominikańskiej, aby uformowała w nas głęboko ludzkich głosicieli, którzy radują się w Bogu dzielącym człowieczeństwo z nami. Potrzebujemy mądrości kobiet oraz doświadczenia małżonków i rodziców, potrzebujemy także głębi kontemplacji, jeśli mamy być uformowani jako wrażliwi na ludzi głosiciele.

Tak więc cała dominikańska formacja powinna polegać na wzajemnym formowaniu. W wielu częściach świata nowicjusze i nowicjuszki spędzają część czasu formacji razem. Często w sposób ewidentny nie doceniamy tego, jak wiele świeccy dominikanie mogą nauczyć pozostałe gałęzie Dominikańskiej Rodziny. Wy posiadacie mądrość, w którą my nie zawsze jesteśmy wsłuchani. Z przeciwnej strony w wielu częściach świata także świeccy dominikanie pragną pełnej formacji teologicznej i duchowości Zakonu, którą nie zawsze oferujemy. Z pewnością obecnie jest to jeden z najbardziej pilnych priorytetów. Jak więc możemy odpowiedzieć?

Ostatnie słowa Jezusa, nad którymi się pochylę, pokazują nam, co leży w sercu słowa życia.


"Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane".

Dwukrotnie więc Jezus mówi do nich "Pokój wam!", a potem daje im moc do odpuszczania albo zatrzymania grzechów. To jest serce naszego głoszenia. Podczas tego spotkania pojawił się wyraźny nacisk na zaangażowanie się w kwestie sprawiedliwości i pokoju jako centralne dla naszej wspólnej misji jako Rodziny Dominikańskiej. Myślę na przykład o Dominikańskiej Akcji Pokoju w Wielkiej Brytanii (Dominican Peace Action) jako grupie mniszek, sióstr, świeckich i braci, którzy zobowiązali się pracować razem, pisząc i głosząc, a nawet naruszając prawo na rzecz pokoju, a zwłaszcza wycofania broni nuklearnej.

Ale głoszenie pokoju i wybaczenia jest powołaniem, które można wypełnić na wiele sposobów. Była taka francuska dominikanka, świecka kobieta, Marti Girtanner, która w młodości była doskonałą pianistką. Ale w 1940 roku, podczas nazistowskiej okupacji Francji, założyła grupę oporu. Ostatecznie została złapana przez gestapo i torturowana przez młodego lekarza. Zniszczyło to jej system nerwowy i przez resztę życia bardzo cierpiała. Zniszczyło to także jej artystyczną karierę. Czterdzieści lat później doktor ten uświadomił sobie, że zanim umrze, musi szukać przebaczenia. Tak więc odnalazł Marti i poprosił o wybaczenie. Wybaczyła mu, a on wrócił do domu gotów spojrzeć w oczy sobie, swojej rodzinie i śmierci. Jak powiedziała Marti: "Vous voyez le mal n'est pas le plus fort" - "Widzisz, zło nie jest najmocniejsze". To także jest ucieleśnienie Jezusowego głoszenia.

W Rzymie istnieje wspólnota braci oddana słuchaniu spowiedzi w Santa Maria Maggiore. Przez wiele godzin każdego dnia, zwłaszcza zaś w tym jubileuszowym roku, są tam, aby w wielu językach dawać Boże przebaczenie. Wszystko to jest sposobem głoszenia słów "Pokój wam!". Ale nie możemy głosić tego pokoju, jeżeli nie żyjemy nim między sobą. Kiedy bracia i siostry składają profesję, proszą o Boże miłosierdzie i o miłosierdzie Zakonu. Niczego nie możemy powiedzieć o pokoju i wybaczeniu, jeżeli nie obdarowujemy nim siebie nawzajem.

Kiedy w 1982 wybuchła wojna pomiędzy Argentyną i Wielką Brytanią o Malwiny (Wyspy Falklandzkie), bracia ze wspólnoty w Oksfordzie wyszli w habitach na ulice niosąc świece. Poszliśmy w procesji do pomnika upamiętniającego wojnę, aby modlić się o pokój. W ubiegłym roku byłem w Argentynie w trakcie "Dnia Malwinów", w którym naród odnawia swoje przywiązanie do wysp. Byłem w Tucuman na północy kraju, a ulice były pełne argentyńskich flag i sztandarów. Muszę przyznać, że zastanawiałem się, czy wybrałem właściwy dzień na przyjazd! Wieczorem poszedłem na spotkanie tysiąca członków Rodziny Dominikańskiej i zobaczyłem tam także brytyjską flagę! I wspólnie celebrowaliśmy Eucharystię za poległych Argentyńczyków i Brytyjczyków. Pokój, który głosimy, jest pokojem, którym musimy żyć.

W północnym Burundi znajduje się klasztor dominikanek. Cała okolica została zniszczona przez gwałtowną wojnę domową pomiędzy Tutsi i Hutu. Wioski są wszędzie puste, a pola spalone. Ale kiedy zbliżamy się do wzgórza, na którym wybudowany jest klasztor, można zobaczyć, że jest zielone. Ludzie tutaj doglądają swoich pól. Na tej wojennej pustyni klasztor stanowi oazę pokoju. I dzieje się tak dlatego, że siostry same wspólnie żyją w pokoju, mimo iż pomiędzy nimi są zarówno Hutu, jak i Tutsi. Każda z nich straciła członków swojej rodzin w czasie wojny. To właśnie pokój i wybaczenie stały się ciałem tej wspólnoty.

Pokój, który powinniśmy dzielić, jest czymś więcej niż tylko brakiem konfliktu. Jest czymś więcej niż wybaczeniem sobie nawzajem popełnionych błędów. To taka przyjaźń jest w sercu dominikańskiej duchowości. Jezus, zanim umarł, powiedział do swoich uczniów: "Nazwałem was przyjaciółmi". Trzy dni później po zdradzie, wyparciu się, cierpieniu i śmierci pojawia się pośród nich i oferuje im swoją przyjaźń powtórnie: "Pokój wam!" Właśnie przyjaźń pozwala przekroczyć zdradę, tchórzostwo czy grzech. To właśnie przyjaźń jest własnym życiem Boga, miłością w sercu Trójcy Świętej.

Przyjaźń ta leży u podstaw równości pomiędzy nami. Znaczy to, że wszyscy w równej mierze należymy do Rodziny Dominikańskiej. Rodzina Dominikańska jest naszym wspólnym domem. Jesteśmy wezwani, aby być chez nous w la nuestra casa. Czasami siostry i świeccy mogą czuć, że w naszym dominikańskim domu bracia zajmują miejsce w górnym pokoju i usiłują zamknąć się bez innych. Jedno z największych naszych wyzwań polega na budowaniu wspólnej świadomości Zakonu jako miejsca, do którego wszyscy należymy. Być w domu oznacza, że nie trzeba usprawiedliwiać swojego w nim bycia, że jest się u siebie. Jest się akceptowanym po prostu takim, jakim się jest. To objawia się na naszych twarzach, gestach i słowach w powitaniu, które sobie przekazujemy. Oczywiście każda wspólnota potrzebuje swojego własnego czasu i miejsca. Nie możemy się wszyscy tłoczyć w klasztorach i domagać udziału w życiu mniszek. Wspólnoty braci i sióstr i rodziny świeckich potrzebują swojej własnej prywatności.

Wiele drobnych nieporozumień wewnątrz Rodziny Dominikańskiej - jak te: kto może używać inicjałów po swoim nazwisku, kto i kiedy może nosić habit - jest symptomem ważniejszego i głębszego pragnienia przyjaźni, domu, przynależności, posiadania bezpiecznego miejsca przy stole albo przytulnego kąta. W przeszłości zwykliśmy należeć do Pierwszego, Drugiego i Trzeciego Zakonu. Terminologia ta została zniesiona na kapitule generalnej w River Forest w 1968 roku, aby usankcjonować naszą równość. Nikt nie jest pierwszej, drugiej czy trzeciej klasy. Przez taki krok straciliśmy jednak możliwość wyrażenie naszej jedności w ramach wspólnego Zakonu. Musimy znaleźć sposoby zbudowania takiego wspólnego domu.

I powinien to być dom otwarty, który przyjmuje przyjaciół naszych przyjaciół, który przyjmuje nowe grupy, których dominikańska tożsamość nie jest być może jeszcze jasna, ale które chcą być częścią Rodziny. Przyjaźń, którą oferuje Jezus, jest szeroka i otwarta. On przyjmuje każdego. Niecierpliwi się, kiedy uczniowie usiłują powstrzymać kogoś od głoszenia, ponieważ nie należy do uczniów. On nie zamyka drzwi, ale przez nie przenika. Ucieleśnijmy tę wielką serdeczną przyjaźń wspaniałomyślnością Dominika. Bądźmy znakiem tego przyjęcia, abyśmy wszyscy czuli się u siebie w rodzinie Dominika. Niech Dominik wyzwoli nas od lęku, który zamyka drzwi.


fr. Timothy Radcliffe OP
generał Zakonu