MODLITWA JUBILEUSZOWA
na 800-lecie Zakonu


Boże, Ojcze miłosierdzia,
który powołałeś św. Dominika
na pełnego wiary
wędrownego kaznodzieję
i głosiciela łaski;
wylej na nas
Ducha Chrystusa Zmartwychwstałego,
abyśmy przygotowując się
do Jubileuszu Zakonu,
wiernie i z radością głosili
Ewangelię pokoju.

Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.
Czytelnia
Innocenty Józef Bocheński OP († 1995)

O intelektualizmie dominikańskim
Do tercjarzy dominikańskich


Chcę wam, drodzy Bracia, mówić dzisiaj o podstawowym rysie naszego Zakonu. Podstawowym w tym znaczeniu, że różni go od innych i jest jego wyłączną własnością, ale podstawowym także w tym znaczeniu, że kto tego rysu nie rozumie, może nosić nasz habit i być nawet dobrym zakonnikiem, ale nie może być prawdziwym dominikaninem. A zamierzam mówić o tym nie dlatego, aby powiększyć zasób waszych wiadomości o Pierwszym Zakonie. Wiecie dobrze, że Trzeci Zakon świętego Dominika jest zakonem w pełnym tego słowa znaczeniu, nie pobożnym bractwem, i że jego członkowie zobowiązuję się żyć w praktyce dla celu Zakonu i wytężać wszystkie siły, w miarę możności i w ramach swojego życia, aby stać na wysokości zadania Zakonu. Nie ma pod tym względem różnicy między nami a wami: różnice stanowią tylko zewnętrzne formy życia, nie duch i podstawowe praktyki.

Cechą, o której chcę mówić, jest nasz intelektualizm. Ojciec Clerissac powiedział kiedyś, że Bóg w zadziwiający sposób chciał wyrazić w poszczególnych regułach podporządkowanie sobie poszczególnych władz człowieka. W ten sposób wielkie reguły zakonów, które nadają ton dziesiątkom innych i stanowią wielkie ośrodki myśli katolickiej, każdy wyobraża inną ofiarę i inną służbę Bogu. I tak zdaje się, że Bóg powołał braci naszych św. Franciszka do szczególniejszej służby uczuciem – i rzeczywiście nikt tak jak oni nie kładzie nacisku na serce. Reguła św. Ignacego, wedle której żyją ojcowie jezuici, zdaje się być niemal całkowicie nastawiona na ofiarę i służbę woli, i rysem podstawowym tego zakonu jest bezwzględne, przerażające w swoim heroizmie, ale imponujące każdemu, kto myśli po katolicku, poddanie swojej woli we wszystkim, bez reszty, woli przełożonych. Otóż zarówno nasza dewiza - Veritas - jak i cała historia Zakonu świętego Dominika, najświetniejsza karta z dziejów myśli Kościoła, dowodzi jasno, że przypadła nam w udziale służba rozumu. Intelektualizm jest cechą podstawową specyficznych rysów Zakonu Kaznodziejskiego. Kiedy się zastanowimy głębiej nad jego życiem i duchem, okazuje się, że około tego intelektualizmu obraca się wszystko, i że całość jego zwyczajów można wyjaśnić z tego stanowiska.

Nie chciałbym być źle zrozumiany: wystarczy przypomnieć sobie wielkie postacie: św. Katarzynę i bł. Henryka Suzo, aby zdać sobie sprawę z tego, że i uczucie ma u nas wiele do powiedzenia. Jeśli chodzi o wolę, żądamy jej podporządkowania niemal równie bezwzględnie jak ojcowie jezuici. Wreszcie myśl o pokucie wyrażona w życiu takiej np. św. Róży albo św. Katarzyny z Ricci, która wywarła na nasz Zakon olbrzymi, bodaj że nie doceniany wpływ, jest u nas także aż nadto widoczna. Z drugiej strony nie ulega wątpliwości, że element intelektualny znajdzie się i gdzie indziej: sami ojcowie franciszkanie mieli wielu wybitnych myślicieli i do dziś nie zaniedbują studiów.

Nie chodzi o to, zależy nam tylko na stwierdzeniu, co w umysłowości danego zakonu jest podstawowe i w tym znaczeniu twierdzę, że naszą własną, odwieczną i nam tylko przypadłą w udziale funkcją katolicyzmu jest podporządkowanie intelektu Bogu. Zobaczymy, na czym to podporządkowanie polega i jakie za sobą pociąga konsekwencje.

Intelektualizm jest, najogólniej mówiąc, kierunkiem filozoficznym, który wyższą wartość przypisuje funkcjom poznawczym niż innym, gdy np. pragmatyzm uważa, że myśl nie ma innego sensu i celu niż służenie życiu, a woluntaryzm zapewnia, że wola i czyn zewnętrzny są czymś szlachetniejszym od wysiłku umysłowego, który jest całkowicie zorientowany w jego kierunku, jako narzędzie i przygotowanie. Intelektualizm stoi twardo na stanowisku, że myśl jest najwyższą ludzką funkcją człowieka i powinna w jego życiu odgrywać rolę nie narzędzia, ale celu. To jest podstawowa prawda tomizmu, na której opiera się wszystko inne. Ona to właśnie sprawia, że tomizm może, w przeciwieństwie do mnóstwa innych kierunków, oprzeć się zwycięsko wszystkim herezjom i błędom. Racja jest prosta: wszystkie kierunki anty-intelektualistyczne nie są w stanie znaleźć żadnego obiektywnego miernika dla swych poglądów. Jeśli pierwszą rzeczą ma być uczucie albo wola, to prawdziwe będzie to, czego człowiek pożąda uczuciowo, względnie czego gorąco chce, a nie to, co przedmiotowo istnieje. Nie potrzebuję dodawać, że Kościół, zwłaszcza w początkach bieżącego (XX w. - przyp. red.) stulecia, stanął bardzo bezwzględnie po stronie intelektualizmu w obronie wiary. Niemniej olbrzymie rzesze katolików nie orientują się jeszcze dostatecznie w sprawie i dlatego musi istnieć w Kościele ośrodek czystki myśli intelektualistycznej, który będzie ostoją przeciw wszystkim zakusom na pewność i zwartość naszej wiary. Tym ośrodkiem jesteśmy my: oczywiście ani ja, ani wy, wielebni Bracia, ale Zakon jako całość, który dzięki swojej niezrównanej dyscyplinie intelektualnej dawał Kościołowi w chwilach kryzysów zawsze ludzi o zdrowym nastawieniu i tęgich bojowników intelektualnych.

Otóż to pierwszeństwo myśli nad uczuciem i wolą przeprowadzamy konsekwentnie wszędzie, także w stosunku do Boga. Nasza religia, oparta na intelektualnym akcie wiary i obracająca się około prawd objawionych, jest przede wszystkim rzeczą rozumu. Żyć w pełni swoją religią to nie unosić się słodkimi uczuciami. To przede wszystkim i najpierw rozumieć, głęboko i wnikliwie wchodzić w tajemnice swojej wiary i nimi żyć. To oczywiście nie wyklucza uczuć i woli, ale ich funkcje wypłyną z czynu rozumowego jako jego konsekwencja. Rozumiecie, drodzy bracia, już w świetle tego, że kto nie żyje nigdy wiarą, kto nie poświęca codziennie ani chwili na rozważanie tajemnic, ten choćby był najpełniejszy dobrych uczuć i miał najsilniejszą wolę do czynu, pomylił się z powołaniem i nie ma niczego do roboty między nami. Jesteśmy ludźmi myśli i przede wszystkim myśli.

Można by się zapytać, czy ten skrajny intelektualizm nie koliduje z wiarą i nie prowadzi nas do racjonalizmu? Historia odpowiada odmownie: byliśmy – z nadmiaru bezwzględnej logiki – inkwizytorami, tu i ówdzie wychowaliśmy jakiegoś wielkiego heretyka, jak Giordano Bruno albo Campanellę, czy może także mistrza Eckharta, ale jeśli chodzi o całość, mało który zakon zachował wiarę w takiej czystości, jak my, dlatego oczywiście, że w żadnym – jak w naszym – nie kładziono takiego nacisku na jej poznanie. Ale jak wiara godzi się z intelektualizmem?

Godzi się bez żadnych trudności. Tylko mierne głowy i ludzie, którzy nigdy nie myśleli na serio, mogą przypuszczać, że człowiek potrafi zdobyć sobie własnymi siłami pełny, udowodniony światopogląd. My wiemy doskonale, że to niemożliwe: tę tezę uzasadnił już św. Tomasz, a dzisiaj w świetle nowoczesnej krytyki nauk i logiki matematycznej jego twierdzenie jest niezbitym pewnikiem: nie ma rozumowego światopoglądu w tym znaczeniu, żeby można było w nim udowodnić logicznie podstawy. Na dnie wszystkiego jest zawsze wiara. Otóż my wolimy od arbitralnie wybranych tez – w rodzaju np. marksizmu albo tzw. poglądu liberalno–humanitarnego – prawdy objawione. Te przyjmujmy bez dyskusji, aksjomatycznie, jako pierwsze podstawy naszej myśli. Nie będziemy nigdy poddawali ich prawdy w wątpliwość i jesteśmy gotowi odrzucić każde twierdzenie, które stałoby z nimi w kolizji. Tak samo zresztą dogmatyzują – tylko na ileż słabszych podstawach – wszyscy inni, aż do zwolenników tzw. światopoglądu naukowego, który jest najbardziej nienaukowym ze wszystkich. Ale z tym zastrzeżeniem dla naszej aksjomatyki: chcemy żyć rozumem i zmysłem krytycznym, zgłębiać tajemnice wiary, łączyć je w system, dedukować wnioski i stosować je w życiu. Innymi słowy, nasz światopogląd jest rozumowy, żyjemy intelektem.

Ten intelektualizm jest równocześnie największą ofiarą, jaką składamy w naszym życiu zakonnym, i podstawowym wyrzeczeniem, które na siebie przyjmujemy. Mogę was zapewnić, drodzy Bracia, że ofiara jest ogromna: wszystkie nasze dyscypliny, posty, nocne czuwania, nawet samo posłuszeństwo jest niemal niczym w porównaniu do tego obowiązku ciągłego wysiłku intelektualnego, ustawicznego podrywania myśli do rozumowania. Ale jeśli się jest dominikaninem, trzeba sobie powiedzieć, że to jest pierwszy i podstawowy obowiązek. Można służyć Bogu i bez tego, poświęcając się robotom ręcznym, albo czemu innemu, ale nie można Mu służyć u nas bez bezwzględnej wierności służbie intelektualnej. Jeden z wielkich naszych ludzi, kardynał Kajetan, którego 400. rocznicę śmierci obchodziliśmy w ubiegłym roku, powiedział kiedyś, że dominikanin, który nie studiuje cztery godziny dziennie, grzeszy śmiertelnie. Przesada oczywista, ale to powiedzenie wyraża dobrze sens naszego Zakonu i jego podstawowy obowiązek.

Niech mi więc wolno będzie wezwać was, drodzy Bracia, abyście byli ofiarni przede wszystkim pod tym względem: niech wasze życie zakonne będzie prawdziwą, szczerą i surową ofiarą, przede wszystkim ofiarą myśli – codziennego wysiłku w poznawaniu i zgłębianiu prawdy.

Chciałbym teraz powiedzieć kilka słów o tym, jak całe nasze życie orientuje się około tej zasady, i jak wszystko, co czynimy, bądź jest narzędziem myśli, bądź jej wynikiem.

Mamy przede wszystkim dwa wielkie obowiązki, o których nasze Konstytucje mówią, że nie mogą być nigdy zniesione: obowiązek kontemplacji i obowiązek nauki.

Obowiązek nauki: każdy dominikanin bez wyjątku, jeśli chce być godnym tego imienia, powinien być człowiekiem wiedzy, oczywiście przede wszystkim wiedzy Bożej, to jest teologii. Wiem doskonale, że w niektórych krajach, w okresie upadku, doszło do tego, że poziom wykształcenia naszych braci spadł do poziomu zwykłego kleru parafialnego, albo i niżej. Ale to są smutne rzeczy, o których nie chciałoby się myśleć, jak i o tych tercjarstwach podobnych jak dwie krople wody do zwykłych bractw. Dziś, Bogu dzięki, pod kierunkiem obecnego naszego ojca Generała, który zanim objął kierownictwo Zakonu był przez 25 lat profesorem uniwersytetu i zapisał się jako wybitny uczony, Zakon Pierwszy jest na najlepszej drodze ku odzyskaniu należnego mu miejsca w nauce: prowadzimy już trzy wielkie uniwersytety, do naszych szeregów zgłaszają się coraz liczniej ludzie wysokiej kultury intelektualnej. Wystarczy powiedzieć, że w ubiegłym roku nowicjat w Saulchoir liczył między braćmi aż sześciu wykładowców wyższych uczelni. Także i u nas w Polsce, gdzie jesteśmy jeszcze tak słabi i tak długo zabijały nas małe klasztory z ich życiem parafialnym, mamy już pięciu docentów uniwersytetów i niebawem odegramy rolę, którą nam Bóg przekazał. Znacznie gorzej jest z Trzecim Zakonem. Po kryzysie XIX wieku nie potrafiliśmy jeszcze skupić w silnych ośrodkach ludzi myślących i szczerze oddanych naszej misji intelektualnej.

Czego chcielibyśmy wymagać od naszych tercjarzy? W miarę możności tego samego, czego wymagamy od nas, z zachowaniem proporcji, wynikłej z tego, że my jesteśmy wolni od innych zajęć, gdy bracia z Trzeciego Zakonu pracują przeważnie w świecie. Ale z tym zastrzeżeniem, że pod względem naukowym musimy uważać, że Bóg i Zakon stawia nam to samo wymaganie dobrego, głębokiego i naukowego poznania wiary. Innymi słowy: wytężonego studium teologii. To jest, drodzy Bracia, jeden z pierwszych waszych obowiązków. W skrajnej bezmyślności naszego społeczeństwa, którego życie religijne opiera się niemal wyłącznie na uczuciu i którego wiedza religijna stoi na beznadziejnie niskim poziomie, trzeba, abyście byli ośrodkiem wiedzy Bożej, pierwszym ogniskiem światła katolickiego. Otóż nie można oświecać innych, jeśli się samemu nie ma światła, i dlatego trzeba, abyście je pozyskali.

Mówiąc konkretnie, zależnie od swoich obowiązków tercjarz naszego Zakonu powinien zaprząc się do gruntownego studium swojej wiary - i to nie studium z pobożnych książeczek, ale z poważnych dzieł naukowych. Stać was na to, jeśli chodzi o inne dyscypliny, dlaczego nie miałoby was stać w sprawach najważniejszych, kiedy chodzi o samego Boga? W naszych warunkach krakowskich macie już do dyspozycji kilku wykształconych ojców, którzy chętnie będą wam służyli jako przewodnicy i doradcy w tej pracy. Ale to jest sprawa, o której trzeba pamiętać: samemu dowiedzieć się, kto spośród ojców stoi na wysokości zadania, a potem domagać się od nich wyjaśnień i wskazówek. Jestem przekonany, że przy dobrej woli można zdziałać bardzo wiele.

Drugim wielkim środkiem naszej intelektualnej służby Bogu jest kontemplacja. Prawdy wiary poznaje się dostatecznie tylko wtedy, jeśli się je nie tylko zrozumiało naukowo, w suchych spekulacjach, ale kiedy się je przemyślało dokładnie, szczegół po szczególe, na modlitwie. Stąd nastawienie całego naszego życia na modlitwę kontemplacyjną; stawiamy ją ponad wszystkie inne formy pobożności. Świadczy o tym najlepiej fakt, że Zakon nasz zawsze był największym propagatorem różańca, i że każdy z nas stara się go odmówić codziennie w całości – piętnaście dziesiątek. Różaniec jest mianowicie świetnym narzędziem rozmyślania o tajemnicach boskich, które umożliwia tę pracę nawet ludziom zupełnie niewyrobionym. To prawda, że kontemplacja nie jest identyczna z nauką. Nauka daje schemat zewnętrzny, same ramy prawd. Wyczerpać ich treść, w miarę ludzkich sił, można tylko na modlitwie, bez rozumowania, w tej jakby intuicji intelektualnej, którą nazywamy kontemplacją. Rzecz się ma przy tym mniej więcej tak, jak przy oglądaniu obrazu: oglądamy najpierw szczegóły, aby potem cofnąć się i objąć całość jednym, syntetycznym i wnikliwym spojrzeniem. Tym spojrzeniem jest właśnie kontemplacja, przygotowana przez naukę. Wynika z tego, że kontemplacja nie jest u nas czymś niezależnym od nauki i że czas spędzony na modlitwie nie jest stracony dla wiedzy. To są tylko dwie formy tej samej intelektualnej służby Bogu.

W świetle tego pojęcia kontemplacji łatwo zrozumieć, dlaczego nasz Zakon kładzie tak wielki nacisk na modlitwę liturgiczną: praca umysłu, w przeciwieństwie do wysiłku uczuć i woli, jest najzupełniej obiektywna, gubi się i zatapia w przedmiocie. O wiele bardziej odpowiada naszemu intelektualnemu nastawieniu przedmiotowa, nieosobista modlitwa kościelna, w której człowiek działa jako narzędzie Ciała Mistycznego Chrystusa, od wszystkich prywatnych paciorków. Przy tym liturgia jest przeważnie modlitwą pochwalną i dziękczynną, i jako taka wypływa naturalnie z kontemplacji, nie mówiąc o tym, że sama łatwo przechodzi w rozmyślanie prawd Bożych.

To jest zatem drugi podstawowy obowiązek dominikanina: kontemplować. Mówią o św. Dominiku, że mówił tylko z Bogiem albo o Bogu: rozmyślał o Nim albo oddawał się swojej innej kontemplacji. Aby godnie nosić nasz habit, trzeba być człowiekiem medytacji: ciągłej, korzystającej z każdej chwili, uważnej i skupionej. Przy pewnym wysiłku nie trudno jest całe życie otoczyć atmosferą kontemplacji. Powinno się wymagać od każdego z nas przynajmniej tego, aby miał w dniu jakąś chwilę wyłącznie poświęconą rozmyślaniu prawd Bożych. Najlepiej używać na początku różańca, pod warunkiem, żeby ten różaniec nie był klepaniem pacierzy, ale rzetelną modlitwą myślną, jak nią być powinien.

Otóż około tych dwóch podstawowych środków naszej służby intelektualnej skupia się u nas niemal wszystko inne. I tak przede wszystkim milczenie. Czy panowie znają atmosferę milczenia i skupienia panującą w wielkich bibliotekach, gdzie ludzie pracują naukowo? To samo dotyczy całego naszego życia: my jesteśmy ciągle, gdy tylko nasze obowiązki pozwalają, zajęci jakąś poważną myślą, dociekaniem naukowym albo kontemplacją. Rzecz jasna, że to nie może się dziać, jeśli nie nałożymy sobie bardzo surowego rygoru w stosunkach z zewnętrznym światem. Aby móc myśleć swobodnie, trzeba mieć wolność od rozterek, a najlepszym środkiem ku temu jest milczenie. U nas, w Pierwszym Zakonie, reguła gwarantuje to milczenie. Panowie, musicie regułę zastąpić duchem - i jeśli chcecie być ludźmi naszego ducha, nałożyć sobie bezwzględnie ograniczenie rozmów do koniecznie potrzebnych w waszych obowiązkach. Nic poza tym. Każde słowo wypowiedziane niepotrzebnie jest przeszkodą w naszym zadaniu.

Podobnie nastawienie naszego umartwienia jest całe zorientowane w stronę wysiłku intelektualnego. Nie uprawiamy umartwień, które podrywają zdrowie, ale stosujemy do siebie surową dyscyplinę, aby dać sobie wolność od namiętności, dlatego przede wszystkim, że namiętności odwodzą od myśli i mącą ją. Nie można być naukowcem, jeśli się nie jest opanowanym. Niech mi wolne będzie zwrócić szczególną uwagę na czystość: jest ona nieodzownym warunkiem wysiłku intelektualnego, zwłaszcza w sprawach wiary, i nie darmo św. Tomasz, patron szkół katolickich, jest równocześnie patronem czystości.

Wreszcie nasze śluby zdają się same służyć pracy rozumu. Uprawiamy i czcimy ubóstwo, aby być wolni od przywiązań, które mogłyby nam przeszkodzić w naszych zadaniach myślnych. Czystość jest, jak powiedziałem, nieodzownym ich warunkiem. Ale, rzecz ciekawa, nawet posłuszeństwo ma u nas charakter bardzo intelektualny. Dla św. Tomasza całą jego racją było to, że człowiek początkujący, a wszyscy zakonnicy uważają się za początkujących na drodze duchowej, potrzebują profesora, którym jest u nas właśnie przełożony. Trzeba, według niego, pojmować naszą uległość przełożonym właśnie w ten sposób, jak uczeń podejmuje swoje posłuszeństwo wobec mistrza. Warto zresztą dodać, że najwyższy przełożony nosi w naszym Zakonie, i tylko w naszym, tytuł nie "generalnego przełożonego" jak u ojców jezuitów, ani "generalnego sługi" jak u ojców franciszkanów, ale "generalnego mistrza", czyli tłumacząc to wyrażenie w sensie, w jakim je średniowieczni ludzie rozumieli - naczelnego nauczyciela. Same nasze śluby są zorientowane w stronę ofiary intelektualnej.

Możecie sobie, drodzy Panowie, wyobrazić, jak potężną siłą byłby dominikanin, który by żył stuprocentowo według ducha naszego Zakonu. Byłby jednostką uosabiającą życie intelektualne z wiary i wiarę samą, cała jego psychika byłaby przesiąknięta jej światłem, całe życie zorientowane bez reszty na coraz głębsze wnikanie w to światło. To jest oczywiście ideał, ale do tego ideału trzeba nam dążyć, aby móc spełnić drugie zadanie Zakonu: oświecać innych. My wprawdzie uczymy się i kontemplujemy nie dla dobra innych, ani nawet nie dla siebie, ale wprost dla samego przedmiotu: uważamy, że nie ma wyższego i godniejszego zajęcia od zatapiania się w tajemnicach naszej wiary i coraz lepszego poznawania ich. Ale sam Zakon jako całość zorganizowany jest nie tylko po to, by nam dać ramy do takiego życia: jego głównym celem jest apostolstwo. Z tego, co powiedziałem, wynika jasno, jakim to apostolstwo być powinno: będziemy działali na innych nie przez uczucie, nie frazesami, ale przede wszystkim przez naukę. Chcemy uczyć ludzi, pociągać ich ku wierze przez pokazywanie im piękności jej nauk i podnosić tych, którzy już wierzą, dając im do ręki wyższe, nieznane im dotąd prawdy.

Nie potrzebuję dodawać, że nie ma w tej chwili u nas pilniejszej roboty. Chciałoby się, abyśmy mieli tysiące polskich inteligentów, zdolnych stanąć w naszych szeregach, ale nie po to, żeby polemizować i mówić beztreściowe frazesy, ale na to, by swoją wyższością intelektualną, swoją wiarą przemyślaną i przemedytowaną działać na ludzi, którzy czekają tylko na to, aby do nich ktoś przyszedł. Jak dotąd przychodzą do nich tylko wysłannicy zła, a jeśli przychodzą katolicy, to zwykle tacy, że wstyd nam robią nawet przy najlepszej swojej woli.

Bądźcie, drodzy Panowie, takimi apostołami. Sposobność do pracy znajdzie się wnet. Ale zanim ona się zjawi, trzeba przede wszystkim wżyć się w ducha naszego Zakonu i być mu wiernym: służyć Bogu rozumem przez codzienny, wytrwały wysiłek intelektualny. Nie ma rzeczy potrzebniejszej dla was samych i dla świata, ale nie ma też wspanialszej drogi niż ta królewska droga intelektu, na którą was wzywa św. Dominik.