MODLITWA JUBILEUSZOWA
na 800-lecie Zakonu


Boże, Ojcze miłosierdzia,
który powołałeś św. Dominika
na pełnego wiary
wędrownego kaznodzieję
i głosiciela łaski;
wylej na nas
Ducha Chrystusa Zmartwychwstałego,
abyśmy przygotowując się
do Jubileuszu Zakonu,
wiernie i z radością głosili
Ewangelię pokoju.

Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.
Święty Piotr z Werony, prezbiter i męczennik († 1252)

Piotr, rodem z Werony, był synem rodziców należących do sekty manichejczyków. Od dzieciństwa okazywał wielki zapał do wiary katolickiej przeciw heretykom. Studiując w Bolonii, wstąpił do Zakonu Kaznodziejskiego pod wpływem kazań św. Dominika, który sam nałożył mu habit. Budował wszystkich roztropnością, czystością i nieskazitelnością nauki. Był wzorem modlitwy i pokory. Miał wielkie nabożeństwo do Matki Najświętszej i Ona często mu się ukazywała. Pewnego razu jeden z braci zobaczył, jak Najświętsza Maryja Panna nawiedziła Piotra w celi. Oskarżył go wtedy o przyjmowanie niewiasty. Piotr bez bronienia się przyjął karę. Doszedłszy do niezwykłej świętości w gorliwej pracy apostolskiej, nawrócił wielką liczbę heretyków i stał się przedmiotem ich bezgranicznej nienawiści. Mianowany inkwizytorem przez Grzegorza IX, zyskał liczne nawrócenia w Rzymie, Mediolanie, Florencji i Bolonii.
Papież Innocenty IV miał do niego tak wielkie zaufanie, że powierzył mu misję zbadania Reguły nowo założonego Zakonu Serwitów. Piotr założył dwie fraternie świeckie (formacja, zwana wtedy Zakonem od Pokuty, znana później jako Trzeci Zakon). Jedna z tych fraterni była założona dla obrony wiary świętej, a druga - dla oddawania szczególnej czci Matce Bożej. W czasie wypełniania misji inkwizytora w roku 1252 powracał z Como do Mediolanu. Został napadnięty na drodze przez dwóch heretyków i zamordowany przez jednego z nich. Nie będąc w stanie mówić, w chwili śmierci wypisał swą krwią na ziemi pierwsze słowa symbolu wiary - Credo. Jego zabójca, Karino, nawrócił się, wstąpił do Zakonu Kaznodziejskiego i został bratem konwersem; umarł w opinii świętości.
Żywot Piotra został napisany przez jednego z jego towarzyszy pracy - brata Tomasza de Lontini, przeora i założyciela konwentu w Neapolu, tego samego, który nałożył habit Tomaszowi z Akwinu. Jedenaście miesięcy po męczeńskiej śmierci Piotra z Werony papież Innocenty IV ogłosił go świętym (1253 r.). Jego ciało znajduje się w bazylice Santo Eustorgio w Mediolanie. Na obrazach pokazywany jest z wielką raną na głowie, czasami też w momencie śmierci, gdy palcem namoczonym we krwi pisze słowo Credo. Znany jest również obraz, często umieszczany w klasztorach dominikańskich - św. Piotr trzyma palec na wargach, nakazując milczenie. Obraz ten nawiązuje do dawnej liturgii, w której wierni przed przyjęciem Komunii świętej powtarzali: "Nie zdradzę Cię pocałunkiem jak Judasz i nie zdradzę Twoich tajemnic przed nieprzyjaciółmi Twymi!"


Z listu brata Rodryga z Atencji do św. Rajmunda z Penyafort

[Czcigodnemu w Chrystusie Bratu Rajmundowi z Penyafort, brat Rodryg z Atencji.
Wiecie o tym, że w Lombardii, ze względu na trwające wojny, heretycy cieszyli się niedobrą wolnością, bezkarnie plując jadem heretyckiej przewrotności. Toteż Ojciec Święty, który tamtędy przejeżdżał i wszystko to widział, ustanowił uzdolnionych do tego braci z Zakonu w poszczególnych miastach inkwizytorami, którzy mieli za zadanie wydalać heretyków z granic Lombardii.
Wiedząc, że najsilniejsze liczbą i zaciekłością ich zastępy znajdują się w Mediolanie i Como, mianował przeorem braci w Como brata Piotra z Werony jako gorliwego bojownika, który od samego dzieciństwa nabierał doświadczenia w tej świętej wojnie, obowiązek zaś inkwizytora wypełniał pilnie i gorliwie, usuwając heretyków, gdzie tylko się dało. Dlatego właśnie błędnowiercy z Mediolanu, Como, Bergamo, Lodi i Pavii zaprzysięgli zgubę braciom, szczególnie zaś dwom: bratu Piotrowi oraz bratu Rajnerowi, który był kiedyś ich wielkim herezjarchą. Sprzysięgli się też na nich bardziej niż na innych, chcąc tym sposobem zatriumfować nad katolikami. Do tej złej sprawy jako narzędzia wybrano dwóch, to znaczy zapłacono im dużo pieniędzy, co nie było tajne sługom Chrystusa, którzy pomimo to nie zaprzestali stosować surowej sprawiedliwości zarówno w małych, jak i w wielkich sprawach.]
Gdy [zatem] w niedzielę, w oktawie świąt wielkanocnych, brat Piotr miał przybyć z Como do Mediolanu w sprawach wiary, udał się w drogę już w poprzedzającą sobotę. A kiedy z samego rana przyjął błogosławieństwo i chciał odchodzić, nagle w jego sercu zrodził się zamiar, aby wcześniej odprawić Mszę Świętą o zmartwychwstaniu. Upadł do nóg pewnego brata, z którym miał razem iść, jak to często zwykł czynić podczas spowiedzi, i wyspowiadał się jeszcze dokładniej i staranniej niż zwykle, o czym wspomniany brat sam ustnie zaświadczył. Po odprawieniu Mszy Świętej wraz z trzema braćmi udał się w drogę i, jak później bracia stwierdzili, przez cały czas rozprawiał pobożnie tylko o największych cierpieniach męczenników. Kiedy skończył tę długą opowieść, wbrew swojemu zwyczajowi zaczął na głos śpiewać sekwencję Victimæ paschali laudes.
Zaraz dołączył do niego brat Dominik, przyszły towarzysz bardzo bliskiego już męczeństwa. Gdy zaś inny brat o imieniu Konrad starał się wraz z nimi śpiewać tę pieśń w kwincie, brat Piotr zwrócił się do niego i grzecznie powiedział: "Proszę cię, żebyś pozwolił śpiewać mi samemu z bratem Dominikiem, gdyż przeszkadzasz nam w śpiewie". Wskutek tego brat ów milczał, a oni dwaj zaśpiewali na głos całą sekwencję.
Kiedy ją ukończyli, weszli w porze obiadowej do pewnego miasteczka o nazwie Meda, w diecezji mediolańskiej, i rozdzielili się na czas posiłku, aby nie być zbytnim ciężarem dla gospodarzy. Dwóch udało się w jedno miejsce, a brat Piotr z bratem Dominikiem skierowali się do pewnego klasztoru, gdzie znaleźli przygotowany obiad. Prędko go spożyli, a potem wysłali do pozostałych braci posłańca, aby im powiedział, że oni już wracają, a ci niech do nich dołączą po posiłku. Sami zaś udali się w drogę, podążając prędko po wieniec męczeństwa.
Wkrótce znaleźli się na pewnym wzgórzu oddalonym od miasteczka o dwie mile, gdzie w ukryciu siedzieli dwaj najemnicy, słudzy szatana. Gdy z daleka ujrzeli braci, postanowili, że ich zabiją. Lecz jeden z nich pod wpływem skruchy, przerażony uczestnictwem w tak wielkiej zbrodni, opuścił drugiego i szybko pobiegł do owego miasteczka. Kiedy zaś zobaczył przed sobą dwóch innych braci, ze łzami wyjawił im cały podstępny zamiar. Wówczas bracia zaczęli biec z całych sił na ratunek bratu Piotrowi, jednak zanim przybiegli, drugi sługa szatana ostrym narzędziem w okrutny sposób zadał pięć ran bratu Piotrowi.
On zaś - jak zaświadczył jego towarzysz, który żył jeszcze przez sześć następnych dni - gdy go zabijano, na wzór Zbawiciela nie narzekał, nie bronił się, nie uciekał, lecz wszystko wytrzymał i łaskawie przebaczył krzywdę zabójcy, a modląc się za niego, wzniósł ręce do nieba i głośno zawołał: "W ręce Twoje, Panie, powierzam ducha mojego". I w czasie nony, o szóstej godzinie, oddał nieskalaną duszę Chrystusowi ukrzyżowanemu i zmartwychwstałemu.