Strona główna

Dlaczego duchowni unikają noszenia swoich strojów?

     Przyzwyczailiśmy się czytać informacje ze Stanów lub z innych odległych krajów z pewnym niczym nie usprawiedliwionym spokojem. Bardzo często się uspakajamy tym, że u nich jest źle, a u nas – dobrze. Ale niestety tak nie jest.
     Po pierwsze Kościół nie jest kościołem amerykańskim lub polskim, Kościół jest kościołem powszechnym. Jest to jeden organizm, całkowity i niepodzielny. Można go porównać do organizmu ludzkiego. Jeśli jeden z członków jest chory - cierpi cały organizm. Jeśli boli noga, to całe ciało choruje. Jeśli boli głowa, cały człowiek jest chory. I nic nie pomoże uspakajanie się typu – nogi mam chore, ale za to ręce mam zdrowe. To dobrze, że chociaż ręce są zdrowe, ale człowiek i tak cierpi.
     Podobnie jest z Kościołem. Jeśli w Stanach jest źle, to cały Kościół choruje. I nie ma żadnej gwarancji, że choroba się nie rozprzestrzeni. Wręcz przeciwnie – ona już się rozprzestrzenia i jeśli u nas nie jest tak zaawansowana, jak w Stanach jest to prawdopodobnie tylko sprawa czasu.
     Owszem u nas jeszcze zakonnice chodzą w swoich ubraniach zakonnych, ale księża i zakonnicy od dawna już nie wychodzą na ulicę w sutannach czy habitach. Rozpowszechnił się zwyczaj używania zaledwie koloratki, która nota bene jest tylko częścią stroju kapłana świeckiego. Gdy kapłan wyjeżdża najczęściej bierze do plecaka swój habit. Choć nie koniecznie – jeśli wyjazd jest tam, gdzie jego zakon lub zgromadzenie ma klasztor, czasami habitu nie bierze, by się nie obciążać dodatkowo, pożycza wtedy od swoich współbraci. Strój zakonny czy kapłański został zredukowany do „ubrania służbowego”.
     Wielu ludzi nad tym ubolewa. Należy zaznaczyć – wielu świeckich! Kapłan, który na co dzień używa sutannę lub habitu jest uważany przez wiernych za niemal świętego. Niestety – coraz rzadziej można spotkać takiego kapłana.
     Parę lat temu umarł mój znajomy kapucyn z Bułgarii– o. Franc. Po prześladowaniach w czasach stalinowskich, został on jedynym kapucynem w Sofii. Inni albo zostali zamęczeni w łagrach (ostatnio Ojciec Święty Jan Paweł II beatyfikował jednego z nich), albo z racji bycia cudzoziemcami zostali wydaleni z Bułgarii. Ojciec Franc został sam. Przez dobrych kilka lat był jedynym kapłanem w parafii sofijskiej i musiał wszystkiemu zaradzić. Czasy po woli się zmieniały, ale dla katolików w Bułgarii odwilż postalinowska przychodziła bardzo wolno. I oto ojcu Francowi aż do lat dziewięćdziesiątych minionego wieku nie było wolno nosić habitu. Wolno mu było ubierać się w czarny strój duchowny, przypominający sutannę. Gdy przyjeżdżałam do ojca Franca, zawsze miał miejsce pewien rytuał – o. Franc otwierał szafę, w której wisiał jego habit i mówił – popatrzymy sobie. Patrzyliśmy sobie na ten habit z szacunkiem i miłością przechowywany, a potem całowaliśmy habit i ojciec Franc zamykał szafę. A jak odjeżdżałam na ogół mówił – „zazdroszczę ci tego pięknego kraju, gdzie wolno chodzić ubranym w habit”. Wraz z biegiem lat tych „ubranych w habit” było coraz mniej, ale nie mówiłam o tym ojcu Francowi, by nie sprawiać mu przykrości. Aż przyszły lata dziewięćdziesiąte i ojciec Franc założył habit. Wtedy właśnie przyjechali i misjonarze kapucyni do Sofii. Pojawiła się możliwość obsadzenia kilku dawnych kościołów kapucyńskich i ojca Franca wysłano na wieś. Któregoś roku w połowie lat dziewięćdziesiątych pojechałam do Bułgarii z grupą młodzieży z Polski. Był z nami też pewien dominikanin. Pojechaliśmy odwiedzić ojca Franca w jego wsi – na południu Bułgarii. Było lato, temperatura powietrza prawdopodobnie przekraczała trzydzieści stopni. Zajechaliśmy około godziny trzeciej po południu. Ojca Franca zastaliśmy czytającego lekturę duchową – ubrany w habit, wełniany brązowy kapucyński habit, z piuską na głowie. Nasz ojciec oczywiście był w szortach i koszulce. Szybko musiał odszukać w bagażach habit. Następnego dnia upał był jeszcze większy. Wczesnym popołudniem ojciec Franc miał poprowadzić pogrzeb do cmentarza wiejskiego. Godzinę wybrano taką, by jak najlepiej odpowiadała wiernym. Rodzina zmarłego namawiała ojca, zawieść go na cmentarz samochodem, by uniknął trudu w upale. Ojciec odmówił. Uważał, że powinien cały poprzedzać kondukt pogrzebowy niosąc krzyż. Dopiero w połowie drogi zgodził się przekazać krzyż kościelnemu. Szedł w tym upale w swoim habicie i w kapie liturgicznej, niosąc przed sobą swój sztandar – krzyż Chrystusowy. Miał wtedy bodajże siedemdziesiąt sześć lat. W tym czasie już wiedział, że w Polsce nie jest tak pięknie jak jemu się wydawało. Moje milczenie nie uchroniło go przed gorzką prawdą. Widział swoich młodych współbraci, kapucynów z Polski, jak całe lato narzekają na upał i ubrani w krótkie spodenki uciekają jak tylko mogą do klimatyzowanych pomieszczeń.
     Czy ojciec Franc był reliktem minionej epoki? A może po prostu zwykłym zakonnikiem, wiernym swemu powołaniu i nieugięty w świadczeniu o Chrystusie.
     Otóż żyjemy w dziwnym świecie, gdzie świadectwa robią wielką karierę. Chodzi jednak o świadectwa „mówione”, najczęściej składane w gronie własnej wspólnoty. (W niektórych wspólnotach takie świadectwa są wręcz obowiązkowe!) Kapłani chętnie nawołują do ich składania. Dlaczego w takim razie nie chcą sami świadczyć o Chrystusie swoim ubiorem i wyglądem? Wiele razy zadawałam to pytanie zaprzyjaźnionym kapłanom. Otrzymywałam różne odpowiedzi: nie jest to strój wygodny, łatwo się brudzi, trudno w habicie prowadzić samochód itd. Wszystkie te odpowiedzi są wymijające. Do każdego ubrania można się przyzwyczaić i to co nam rok temu wydawało się niewygodne dziś wydaje się idealne, można jeszcze uwierzyć, że biały habit łatwo się brudzi (choć środki do prania obecnie są bardzo dobre), ale czarny lub brązowy tak łatwo się nie brudzi. Samochód prowadzę w długiej spódnicy i wiem, że nie przeszkadza, zresztą znam takich niemodnych ojców, którym habit nie przeszkadza w prowadzeniu samochodu. Jest jeszcze jedna wymówka, która tym razem ma jakieś odzwierciedlenie w rzeczywistości – habity i sutanny są drogie. Tak, ale noszenie habitu czy sutanny jako ubrania codziennego oszczędzi kupna innych ubrań – więc i ten argument jest mało przekonujący. Gdy wyczerpią się wszystkie argumenty sfery materialnej pada na ogół argument ostateczny: nie jest ważne jak wyglądasz – ważne jest co masz w swym sercu. Jest to tylko pozornie słusznie, bo choć jest to prawda – kapłan, zakonnik, zakonnica są również i znakiem zewnętrznym, świadectwem dla świata.
     Nasuwa mi się na myśl męczeństwo sióstr nazaretanek, męczenniczek z Nowogródka. Te odważne siostry idąc na śmierć poprosiły swoich oprawców o pozwolenie założenia habitów. W okupowanym przez Niemców Nowogródku nie było im wolno nosić na co dzień habitów. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że Pan Jezus widział ich kochające serca. Ale One chciały, by ich ciała były ubrane w habity, gdy przeszywać je miały kule.
     Dla czego wrogowie Kościoła zawsze zakazują duchownym noszenia ich strojów? Jest to pytanie prawie retoryczne. Każdy wie, że chodzi im i o sponiewieranie osób i o zanegowanie sensu ich powołania, i o zaciemnienie znaku, jakiego oni stanowią dla świata. Ci co walczą z Chrystusem nie chcą, by ludzie o Chrystusie pamiętali. Im mniej habitów i sutann na ulicy, tym mniej będą pamiętać.
     Dlaczego w takim razie sami kapłani rezygnują ze strojów duchownych? U nas jeszcze zakonnice nie zrezygnowały z habitów (choć niektóre zgromadzenia mają tak uproszczone, że czasami trudno się domyśleć co to jest za ubranie). Ale jeśli w Stanach i nie tylko, bo w wielu krajach zachodnich też, zakonnice habity ubierają tylko przy okazji spotkań religijnych, nie ma powodu się uspakajać. Niedługo możemy się doczekać tego samego zjawiska. Być może zanikło zrozumienie jakie jest znaczenie habitu? Być może zanikł szacunek dla stroju duchownego? Wreszcie być może za mało my, zwykli wierni zwracamy uwagę osobom duchownym na wartość znaku, którym oni dla nas stanowią?
     Jakby nie było – sytuacja jest groźna – zeświecczenie kleru nie może doprowadzić do niczego dobrego. Należy się modlić za kapłanów i zakonników, by powrócili do swoich zwyczajnych ubrań (to właśnie zawarte jest w słowie habitus). Należy się modlić, by zrozumieli jak wielkie to ma znaczenie i jak wiele mogą pomóc Kościołowi. Należy się modlić, by nie wstydzili się Pana, a byli odważnymi Jego świadkami. Na każdym kroku i w każdej sytuacji. Nawet wtedy gdy nie jest wymagana ofiara, a tylko zwykła rezygnacja z wygody.