Strona główna

Maria K. Kominek OPs
Jeszcze raz o zakonności

     Często ludzie, zainteresowani naszym tercjarskim życiem zadają mi pytanie: "na co wam przyrzeczenia?" Chodzi zasadniczo o to jaki jest sens składania przyrzeczeń, jeśli na dobrą sprawę to, co przyrzekamy zawiera się w pojęciu "żyć po Bożemu". Sam fakt, że stajemy się członkami Zakonu nie zawsze do kogoś przemawia. Ludzie często interesują się tylko zewnętrznym wymiarem życia. Mistyczny wymiar zostaje jakby na boku.
     Rzeczywiście, jeśli ograniczymy się tylko do wymiaru codziennego i zewnętrznego nie znajdziemy sensu składania przyrzeczeń. Jeśli spojrzy się z takiego punktu widzenia na nasze Ustawy dojdzie się do wniosku, że wymagają one od nas tylko i wyłącznie dobrego życia chrześcijańskiego, może tylko nieco intensywniejszego. Mało tego, logiczną konsekwencją podejścia tylko i wyłącznie od strony zewnętrznej będzie przyrównanie Trzeciego Zakonu do jakieś wspólnoty lub pobożnego ruchu.
     Na naszej stronie staram się odpowiadać na pytanie czym jest Trzeci Zakon? Czasami słyszę, że za bardzo się w to angażuję, że nie ma sensu, bo i tak świat poszedł do przodu i już teraz nie ma co stawać na "pozycjach zakonnych". Słyszę to i z ust tzw. "młodych tercjarzy" i od niektórych ojców dominikanów. Dobrze, że tylko od niektórych!
     Sprawa bowiem jest bardzo poważna! Dotyczy nie tylko Trzeciego Zakonu, dotyczy w ogóle wielkiej zmiany w myśleniu zakonnym lub - jeśli kto woli - w myśleniu o zakonności. Sprawa powtarzam jest bardzo poważna, bo nie dotyczy tylko widzenia Trzeciego Zakonu (Trzecich Zakonów), sięga dużo głębiej - do samej istoty zakonności. Jest to pewien nurt myślenia, który zaczyna jakby dominować w młodszym pokoleniu zakonników.
     Powołam się na swoje rozmowy z zaprzyjaźnionymi dominikanami (co jest dowodem na to, że można się z kimś przyjaźnić, choć się ma inne podejście do zakonności!). Wykorzystam też i opinię, które pojawiają się na różnych forach dyskusyjnych w Internecie (na przykład na stronie Znaku) Przytaczam więc w ogólnym zarysie te myśli, które są powodem mego wielkiego niepokoju:
     Pojawia się dyskusja na temat czy w XXI wieku można jeszcze realizować posłuszeństwo zakonne i jaki jest jego zakres. (Było o tym dość głośno jakiś czas temu na kilku forach internetowych.) Zwolennicy nowego podejścia do posłuszeństwa zakonnego powołują się na wolność osoby ludzkiej. Dla nich problemem staje się możliwość, by ktoś decydował za kogoś, co jest dla niego dobre i co jest szkodliwe. Obawiają się oni, że przełożony może mieć złe rozeznanie i dochodzą często do ostatecznego wniosku, że należy słuchać Boga, ale przełożonego nie zawsze, bo może on, jak każdy człowiek popełniać błędy. Dla nich nie do pomyślenia staje się to, aby w sposób ostateczny decydować za kogoś, co jest dla niego dobre, a co szkodliwe. Pojawia się myśl, że nawet hierarchowie Kościoła powinni zrozumieć, że wierny (niezależnie od tego, jakiego jest stanu) ma prawo do tego, aby uznać jakąś rzecz za nie swoją.
     Jeśli komuś się będzie wydawało, że ja koloryzuję lub dodaję coś od siebie, by wzmocnić swoją wypowiedź, to niech sobie otworzy adres: http://www.znak.com.pl/znak/paczos.html przekona się niestety, że zakonnik może tak myśleć!
     Drugi element zmian w myśleniu o zakonności dotyczy samego pojęcia "zakon". Coraz częściej słyszę, że zakon, to pojęcie, które się przeżyło. Dobre było dla czasów dawnych, dla średniowiecza, ale teraz "to już nie to". Nie raz spotkałam się też z opinią, że "pojęcie zakon" od dawna już nie funkcjonuje, bo jeszcze w XVI wielu zaczęto zakładać wspólnoty i kongregacje, a nie zakony. Jest to mylne rozumienie - zakonów nie wolno było zakładać, nie dlatego, że się przeżyły lub pojęcie przestało funkcjonować, a dlatego, że kongregacje poddawano pod jurysdykcję miejscowego biskupa. Kościół w ten sposób chciał zapewnić maksymalne posłuszeństwo biskupowi, które nie obowiązywało wielkich zakonów, poddanych bezpośrednio papieżowi (wyjątkiem tu stanowi Towarzystwo Jezusowe, ale to jest osobny temat). Na marginesie można wspomnieć o olbrzymich uprawnieniach dominikanów, chociaż by o prawie "czterech mil" czy możliwości spowiadania wszędzie, gdzie się znaleźli bez pytania miejscowego biskupa, o ich prawach w czasach interdyktu itd. Czasem było to dość kłopotliwe dla biskupa, należało więc zabezpieczyć przed rozrastaniem się "armii uprawnionych". Zakładano wtedy kongregacje i co ciekawsze - był taki okres, kiedy wolno było nowe kongregacje lub zgromadzenia zakładać tylko na regule Trzeciego Zakonu Dominikańskiego. Tak na przykład powstali werbiści.
     Myślenie typu "zakon się przeżył i nie jest już użyteczną strukturą " może świadczyć o dwóch rzeczach - z jednej strony o zagubieniu rozumienia własnej tożsamości, a z drugiej - o chęci znalezienia czegoś zastępczego, czegoś, co zapełni pustkę po zniknięciu zakonności.
     I tak: Pojawia się inne widzenie ubóstwa zakonnego. Chcę być dobrze zrozumianą - nie chodzi mi o to, że czasem zakonnicy mają więcej do używania, niż powinni. Nie na tym polega sprawa. Nie to jest istotą rzeczy! Nadużycia były zawsze i prawdopodobnie będą do końca świata. Chodzi o zupełnie coś innego - chodzi o pewne widzenie, które można ująć w skrócie tak: "wszystko, z czego korzystam jest wspólne, ja już nic nie posiadam, więc nie muszę dbać o rezygnację z rzeczy doczesnych." Jest w tym duże niebezpieczeństwo, nie dlatego, że zakonnik czy zakonnica będzie używać rzeczy nowoczesnych i drogich lub w nadmiarze, a dlatego, że zaprzestanie w ogóle walki wewnętrznej z naturalną skłonnością posiadania rzeczy stworzonych.
     Przy tak postawionym zagadnieniu nie ma się co dziwić, że starania ludzi świeckich by używać rzeczy świata, tak jakby nie należały do nich zaczynają się wydawać dziwactwem i "chorą dewocją".
     Nic się chyba nie zmieniło tylko w rozumieniu ślubu czystości - Bogu dzięki! Nic też się nie zmieniło (mimo górnolotnych mów o wartości małżeństwa) w stosunku do tych, którzy nie żyją w celibacie. Jak zawsze uważani są za gorszych i nawet jeśli się tego nie artykułuje - daje się w taki czy inny sposób do zrozumienia. Chociażby przez twierdzenie (bardzo rozpowszechnione, zresztą), że nie można być w pełni oddanym Bogu, jeśli się żyje w małżeństwie! Znowu na marginesie - nawet beatyfikacja małżonków Marii i Ludwika Beltrame Quattrocchich nie wpłynęła na zmianę podejścia do samego faktu życia w małżeństwie.

     Skąd biorą się te wszystkie zmiany w myśleniu o zakonności. Zmiany, które często sięgają aż do zaprzeczenia samego sensu zakonności. Otóż biorą się one z innej wizji człowieka jako takiego. Obecne prądy filozoficzne kładą nacisk na osobę ludzką i ukazują człowieka jako cel działania. Nic dziwnego, że takie prądy wpływają i na myślenie teologiczne. Bardzo wiele mówi się o otwarciu na człowieka, o wychodzeniu do ludzi i to wszystko jest bardzo dobre i potrzebne, nawet koniecznie potrzebne - tylko, że nadmierne akcentowanie wartości osoby ludzkiej może doprowadzić do zapomnienia kto jest najważniejszy!
     Spotkałam się kiedyś z czymś takim: usłyszałam od pewnego ojca, że Kościół tym, między innymi, różni się od sekt, że w sekcie grupa jest podmiotem działań, a w Kościele najważniejsza jest osoba ludzka. A ja w swej "konserwatywnej wierze" byłam przekonana, że najważniejszy w Kościele jest Chrystus!
     Jednocześnie z tym mocno zaakcentowane w świecie prądy tzw. demokratyzacji i ciągły nacisk na wolność osoby prowadzi do zapomnieniu o transcendencji osoby ludzkiej i o miejscu człowieka w planie Bożym.
     Powtarzam - niezmiernie istotne jest przesunięcie akcentów. Człowiek nie może siebie zrozumieć bez Boga, bez Chrystusa. Jednak ważne jest gdzie jest postawiony akcent - na Boga czy na człowieka. Jeśli nasze myślenie będzie wychodziło od człowieka i szukało racji bytu człowieka, to nawet jak dojdziemy do Boga, Bóg może jawić się nam tylko jako Ten, który nadaje sens ludzkiemu bytowaniu. Jeśli jednak skierujemy swoje myślenie na Boga, to całe spojrzenie ułoży się inaczej i wtedy i tak, jak powiedział by św. Tomasz z Akwinu - człowiek będzie dążył do swego celu, jako istota wolna i świadoma, lecz oczy swe skieruje na Boga, a nie na siebie!
     Dochodzimy więc do pewnych absurdów w wypowiedziach o zabarwieniu teologicznym: Spotykamy się z myśleniem typu: "by odnaleźć Boga należy zadać pytanie czym jest człowiek i jak ludzka osoba działa w zbawieniu". Albo z innym tak samo dziwnym twierdzeniem, że "każdy człowiek na własną rękę, tzn. samodzielnie, musi szukać prawdy o tym, co dobre lub złe". Te cytaty są całkiem prawdziwe i niestety pochodzą od ojców dominikanów. Nic od siebie nie dodaję. Ten, kto uważnie śledzi całe nasze życie dominikańskie bez trudu będzie wiedział od kogo pochodzą.
     Jeśli w myśli teologicznej akcent przesuwa się w kierunku człowieka, nieuchronnie w myśli zakonnej akcent musi przesunąć się od zakonu w kierunku wspólnoty. W tym miejscu, ktoś może mi zarzucić, że używam pojęć synonimicznych. Nie jest to jednak tak, ponieważ zakon, każdy zakon jest wspólnotą, tak jak kongregacja zakonna jest też wspólnotą, zgromadzenie czy to księży czy sióstr - tak samo, podobnie instytut świecki, wreszcie każde bractwo czy ruch. To wszystko są różnego rodzaju wspólnoty. Ale zakon to jeszcze coś. Nie tylko dlatego, że posiada własną Regułę czy swoje Konstytucje, ale dlatego, że istnieje jeszcze coś, o czym tak łatwo się zapomina. Mianowicie istnieje mistyczny związek między wszystkimi członkami zakonu, związek ten jest zakotwiczony w Prawodawcy i Założycielu, ale jest to ostatecznie związek mistyczny z samym Chrystusem. Niezależnie od zewnętrznych przejawów życia zakonnego, które jest w takim czy w innym stopniu uregulowane przez "ordo", niezależnie od tego jak kto z poszczególnych członków spełnia swoje śluby, przyrzeczenia czy obserwancje - ten związek istnieje.
     By w to dogłębnie wejść należy przesunąć akcenty - z człowieka na Chrystusa. Wtedy zobaczymy nie człowieka, który otrzymał powołanie do życia we wspólnocie i według rad ewangelicznych, po to by tak realizował swoją osobowość i swoją drogę do Boga (tak to brzmi obecnie!), ale zobaczymy wszystko z innej perspektywy. Zobaczymy kogoś powołanego przez Chrystusa do spełnienia Jego, Bożego planu właśnie na drodze zakonnej - dominikańskiej czy innej, na drodze specjalnie wybranej dla niego.
     Wtedy również nie będzie nam trudno spojrzeć na tercjarzy jako na tych, dla których Chrystus przygotował powołanie tercjarskie, które zawiera w sobie realizację wspólnoty nie przez zamieszkanie w jednym domu, ale przez łączność duchową, wspomaganą spotkaniami. Zrozumiemy, że tercjarskiemu powołaniu nie jest przeznaczone życie według rad ewangelicznych, ale życie w duchu tychże rad i świadectwo przed światem, że takie życie jest możliwe.
     Spojrzymy wtedy na tercjarzy nie jak na ludzi, którzy chcą sobie uzurpować prawo bycia zakonnymi, "choć czasy się zmieniły i niektórym to nie odpowiada, bo młodzi myślą inaczej", a na ludzi, którzy chcą tylko i wyłącznie jedno - spełniać swoje powołanie!
     Wtedy być może powrócimy do tego zrozumienia, że jesteśmy jedno, jesteśmy zakonem. Nasza mistyczna jedność, nasz mistyczny związek urzeczywistnia się w Generale, następcy naszego św. Ojca Dominika, na ręce którego wszyscy składamy swoje obietnice - ojcowie i mniszki swoje śluby, a my swoje przyrzeczenia. Tego się nie da zaprzeczyć i na tym polega ten zapomniany mistyczny związek. Nie jesteśmy jakąś wspólnotą rządzoną przez administratora, zwanego tradycyjnie Generałem. Jesteśmy Zakonem, związanym ze swoim Generałem, ze swoim Założycielem, ze swoimi świętymi, ze swoją Najlepszą Patronką i Matką - Maryją w mistycznym związku zakonności, realizowanym według własnego powołania!
     Gdy spojrzymy na to przez perspektywę tych więzów, przestaniemy wyszukiwać coraz to sprytniejsze dowody teologiczne na to, by udowodnić swoje rację. Przestaniemy dyskutować o tym, kto jest w zakonie, kto ma i kto nie ma prawa nazywać się zakonnym! Po prostu zaczniemy realizować plan Boży, iść według tego, co dla nas Chrystus zaplanował, nie myśląc zbytnio o własnej realizacji, ale dbając o dobro Zakonu i Kościoła Świętego!
     I chyba najlepiej ten związek mistyczny wyrażają słowa, które słyszymy z ust kapłana w momencie, gdy składamy nasze profesje:
     Przyjmij udział w zasługach tych, którzy żyli w naszym Zakonie w bojaźni Pana; przelewamy na Ciebie zasługi wszelkich naszych dobrych uczynków gdziekolwiek i przez kogokolwiek one spełnione zostały. Niech wam przyniosą korzyść ofiary złożone przez wszystkich naszych kapłanów, modlitwy wszystkich naszych braci i sióstr, tych, którzy dniem i nocą chwałę Bogu śpiewają i tych, którzy z Ewangelią nie tylko do wiernych chrześcijan, ale i do błądzących w wierze i niewierzących idą. Niech Ci korzyść przyniosą cierpienia młodych, śluby dziewic, praca i łzy pokuty naszych braci i sióstr świeckich. Niechże wreszcie modlitwy naszych świętych wydadzą w Tobie podobne owoce gorącej miłości Boga i bliźniego.